Wywiad z Agnieszką Steur, autorką „Wojny w Jangblizji”

Po ponad dwóch miesiącach przerwy w blogowaniu zapraszam do przeczytania mojego wywiadu z Agnieszką Steur, autorką wyjątkowej książki pt. „Wojna w Jangblizji”.

Agnieszka Steur, fot. Gosia Lubbers-Dąbrowska

Beata Kobierowska: Na polskim rynku wydawniczym „Wojna w Jangblizji” wyróżnia się (tematyką, przesłaniem) spośród innych powieści dla młodzieży (i nie tylko). Skąd wziął się u Ciebie pomysł na tę książkę?

Agnieszka Steur: To był dziwny proces, przynajmniej tak mi się teraz z perspektywy czasu wydaje. Ta historia powstawała bardzo długo. Rozwijała się, dojrzewała, pojawiały się kolejne pomysły. To, że chcę pisać książki wiedziałam zawsze. W tematyce fantasy zakochana byłam od dawna i chyba chciałam spróbować swych sił w tym gatunku. Gdy to już stało się jasne, zaczęłam zastanawiać się nad treścią. Z jednej strony ważna dla mnie była budowa, „gdzie”, „jak”, „kto”, „z kim” i co najważniejsze „dlaczego”. Chciałam również zawrzeć w powieści wszystko to, co jest dla mnie ważne. Wokół tych pytań budowałam moje opowieści. Być może również dlatego, że tak długo nad tym myślałam, pojawił się pomysł trylogii.

Beata Kobierowska: Jak powstał tytuł i słowo Jangblizja?

Agnieszka Steur: Wychodzę z założenia, że nie zdradzam tego, choć najczęściej na spotkaniach autorskich i tak się wygadam. Lubię za to zawsze słuchać, co myślą czytelnicy, jak interpretują tę nazwę. Zazwyczaj, każdy kto przeczytał moje książki, ma jakąś teorię. W moich książkach, prawie wszystkie imiona i nazwy coś znaczą. Chyba, że akurat dana nazwa tak jak nazwisko rodziny królewskiej mi się przyśniło, wtedy znaczenie jest również dla mnie nie do końca jasne.

Beata Kobierowska: Moimi ulubionymi postaciami z Twojej książki są: Nana, Roan, Ewa, Dawid i Fitels, ale oni wszyscy nie pojawiają się w powieści od razu. Którego z bohaterów „Wojny…” wymyśliłaś najpierw?

Agnieszka Steur: Pierwsza „przyszła” do mnie królowa. Potem pojawili się Nana i Roan. Potrzebowałam rodzeństwa, ponieważ chciałam, aby dwie osoby oceniały tę samą sytuację. Nana podchodzi do swej rodziny, do poznawanych tajemnic z większym spokojem, Roan jest wściekły. Ona potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji, jemu przychodzi to znacznie trudniej. To fascynujące, jak dwie osoby potrafią inaczej patrzeć na to samo. Ewę i Dawida natomiast zobaczyłam na placu zabaw. Dowiedziałam się, że rodzice dwójki dzieci, które znał mój syn są właśnie w trakcie rozwodu. Gdy patrzyłam na te maluchy, to było wiele lat temu, miałam wrażenie, że są pozostawieni sami sobie, wydali mi się tak potwornie samotni w swym zagubieniu, wtedy zobaczyłam Ewę i Dawida, sieroty. Bohaterowie przychodzą do mnie w różnych sytuacjach. Czasem nawet czyjaś nieogolona twarz może stać się inspiracją.

Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizji t. I

Beata Kobierowska: Kiedy czytałam tom pierwszy – „W Tamtym Świecie”, byłam pod wrażeniem świetnie skonstruowanej fabuły. Czy miałaś gotowy plan wydarzeń przed przystąpieniem do pisania?

Agnieszka Steur: Ostatnio rozmawiając o tym, przyrównałam moje tworzenie książki do układania puzzli. Wydaje mi się, że mam już wszystkie fragmenty i zaczynam je układać. Na początku nie tworzę w kolejności. Nie mam gotowego planu, ale historia już w mojej głowie istnieje. Z jednej strony mam zarys, ale wiele wątków powstaje w trakcie pisania. Zdradzę Ci tajemnicę, napisałam już ostatni rozdział trzeciej części, ale brakuje mi jeszcze dużo ze środka.

Beata Kobierowska: Gdzie nauczyłaś się pisać? Co pomogło/pomaga Ci w pisaniu powieści? Studia, lektury, własne doświadczenia?

Agnieszka Steur: Chyba wszystko o czym mówisz. Pisanie jest częścią mnie. Pomaga mi wielu sytuacjach. Właściwie tak się zaczęło, odkryłam, że dzięki pisaniu, potrafię uporządkować swoje myśli, zrozumieć uczucia. Gdy zaczęłam publikować felietony przekonałam się, że i inni mogą też czerpać przyjemność z tego, co tworzę. Czasem zdarza mi się, że gdzieś usłyszę jedno słowo i tak mi się spodoba, że muszę go użyć w swojej książce, a wokół niego buduję sytuację. Dlatego jestem pewna, że w pisaniu pomaga własne doświadczenie, ale bez lektury też się nie da. A co do moich studiów, szczególnie tych w Holandii, pewnie bez nich bym nie zaczęła pisać w ogóle.

Beata Kobierowska: Jakie książki miały na Ciebie wpływ? Które były inspiracją lub pomagały w pisaniu „Wojny…”?

Agnieszka Steur: Mam kilka książek po które sięgam, gdy się „zatnę”. Jeśli tworzę felietony, to zawsze obok mnie mam Herberta i Twardowskiego, u obu mam na myśli ich prozę. Z pewnością ogromną inspiracją był dla mnie Tolkien, ale nie tyle same jego powieści, co ich związek z życiem pisarza. To była dla mnie ogromna inspiracja na temat tego, jak przenieść moje doświadczenia na papier. Od C.S. Lewis’a oraz Rodericka Gordona i Briana Williamsa wszystko się zaczęło, bo podobnie jak u nich chciałam stworzyć dwa światy, które są blisko siebie, ale i bardzo daleko.

Beata Kobierowska i Agnieszka Steur – początek wspólnego spaceru po Gdańsku
fot. Gosia Lubbers-Dąbrowska

Beata Kobierowska: Co było/jest dla Ciebie najtrudniejsze podczas pisania? A może to czysta przyjemność?

Agnieszka Steur: Pisanie to przyjemność, ale miałam i nadal mam wiele trudnych momentów. Pomagają mi mój mąż i dzieci. Zawsze opowiadam, że najważniejsze jest pisać o tym, co się wie. Dlatego oczywiście najtrudniejsze dla mnie było tworzenie fragmentów, o których mało wiedziałam… oczywiście na początku. Wtedy zabierałam się za studia, poszukiwania, wypytywanie ludzi. W tworzeniu niektórych fragmentów bardzo pomógł mi mój tata. Potem, gdy słowa pojawiały się na papierze, historia sama się rozwijała i w temacie czułam się już silniejsza. Często problemy pojawiają się, gdy nie potrafię się zorganizować. Po głowie pląta się tyle myśli, tyle jest do zrobienia, że zamiast działać czasem przejmuję się tą ilością. Teraz bardzo trudne jest dla mnie to, że wciąż pojawiają się nowe pomysły do trzeciej części a ja już zaczynam się bać, czy nie przesadzam z ilością wątków.

Beata Kobierowska: Czy łatwo Ci było wydać swoją powieść? Czy wysłałaś ją do wielu wydawnictw?

Agnieszka Steur: Było bardzo trudno.

Beata Kobierowska: Spotykasz się z licznymi czytelnikami, odbyłaś trasę promocyjną po Polsce. Czy opinie, które otrzymałaś o „Wojnie…” mają (lub będą miały) wpływ na Twoje kolejne powieści?

Agnieszka Steur: Tak, z pewnością mają. Największy wpływ, jeśli chodzi o trzecią część, mają wielokrotne prośby o większą ilość ilustracji. Już nawet nie wiem, ile razy słyszałam zażalenia, że w drugiej części było ich zdecydowanie za mało. Dlatego kłaniając się moim czytelnikom, obiecałam sobie, że w trzeciej części ilustracji będzie znacznie więcej.

Beata Kobierowska: Ilustracje Ewy Kieńko Gawlik do „Wojny…” są cudowne! Jaki miałaś wpływ na ich wygląd, tematykę, liczbę? Czy tak właśnie wyobrażałaś sobie swoich bohaterów?

Agnieszka Steur: Tak jak powiedziałam, ilustracje będą specjalnym prezentem ode mnie dla czytelników. Współpraca z Ewą jest dla mnie czymś cudownym i wyjątkowym. Jeśli chodzi o pracę nad ilustracjami, to zawsze mam wpływ na to, co będą przedstawiać i do mnie należy ostatnie słowo, np jeśli ilustracja nie jest taka, o jaką mi chodziło. Powiem, że tak się zdarzyło tylko raz i to na samym początku. Zazwyczaj jest tak, że Ewa czyta książkę i potem razem myślimy nad ilustracjami. Ja opowiadam, co bym chciała, a ona to rysuje. Ja ustalam, ile będzie ilustracji i co będą przedstawiały, ale wyobrażenia należą już do Ewy. Tak pracowałyśmy nad wszystkimi rysunkami z wyjątkiem okładek, stworzyła je Ewa, po przeczytaniu rękopisów.

Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizji. W domu

Beata Kobierowska: Drugi tom – „W domu” – różni się od pierwszego. Pojawiają się nowi bohaterowie, nowe wątki. Czy w tomie trzecim również nas zaskoczysz? Czy możesz coś już zdradzić, np. tytuł?

Agnieszka Steur: Mam ogromną nadzieję, że zaskoczę. Pojawią się nowi bohaterowie, ale nadal najważniejszą rolę będą odgrywać ci z pierwszej i drugiej części. Pokażę świat po wojnie i trudy odbudowania. Tytułu jeszcze nie zdradzę, ale będzie on miał ścisły związek z dwoma poprzednimi.

Beata Kobierowska: Czy po sukcesie „Wojny…” (nie spotkałam się z żadną negatywną recenzją, a czytałam ich wiele) zamierzasz dalej pisać fantastykę dla młodzieży? Czy mogłabyś trochę opowiedzieć o swoich planach na przyszłość?

Agnieszka Steur: Mam już kolejne pomysły. Gdy tylko skończę pisać trzecią część „Wojny…”, rozpocznę pracę nad kolejną książką. Miała to być powieść czysto obyczajowa, ale ja chyba tak nie potrafię i już obmyślając szczegóły, zaczęłam mieć pomysły trochę ze świata fantasy. Trwają prace nad zbiorem moich bajek, książka pojawi się na razie w Holandii, ponieważ tworzę ją z myślą o dwujęzycznych dzieciach. Moja przyszłość to pisanie. Nie potrafię inaczej, jestem tego pewna.

Wywiad z Danutą Awolusi, autorką powieści „Na wysokim niebie”

Serdecznie zapraszam na pierwszy na moim blogu wywiad z autorką książki! Wczoraj mogliście przeczytać o jej powieści – „Na wysokim niebie”, a dziś macie szansę poznać bliżej ją samą.

Danuta Awolusi, fot. Patrycja Płanik 

Beata Kobierowska: Dlaczego zdecydowałaś się napisać powieść? Czy możesz opowiedzieć, jak do tego doszło, jak wyglądało zapisywanie pierwszych zdań?

Danuta Awolusi: Zawsze chciałam coś napisać. Ale to nie takie proste – nigdy nie przyszedł mi do głowy pomysł, który chciałabym wykorzystać! Zawsze były to jedynie poszlaki. Jednak mój serdeczny przyjaciel Piotr Jędrzejczyk często do mnie dzwonił i mówił: „Danusia, weź coś napisz. Przecież potrafisz!” Nie wierzyłam w te słowa, ale pewnego dnia po wyjściu spod prysznica (śmiech) miałam wizję. Ania stanęła w mojej wyobraźni jak żywa. Zaniedbana, zakompleksiona i samotna. Jeszcze tego samego wieczoru napisałam pierwsze strony, chcąc jak najszybciej pozwolić jej przemówić.

Beata Kobierowska: Jak długo nad nią pracowałaś? Co było najtrudniejsze podczas pisania? A co najprzyjemniejsze?

Danuta Awolusi: Prace trwały pół roku. Najtrudniejsze były rozdziały, do których podeszłam bardzo emocjonalnie. Jest w powieści taka scena z moim ukochanym bohaterem panem Piotrem i Anią. Kiedy opisywałam emocje, jakie towarzyszyły bohaterom podczas tych wydarzeń, działy się ze mną dziwne rzeczy. W ustach miałam sucho, mięśnie były napięte, dłonie pociły mi się niesamowicie, z trudem łapałam oddech. Kiedy skończyłam, poczułam się niesamowicie zmęczona, cała się trzęsłam. To był z jednej strony trudny moment, z drugiej przyjemny, bo poczułam się bardzo związana z bohaterami. Rozstanie z nimi było najprawdziwszym wyzwaniem!

Beata Kobierowska: Czy możesz powiedzieć, która to była scena?

Danuta Awolusi: Hm, nie chciałabym zdradzić za wiele z fabuły. Chodzi o moment w którym Ania odwiedza pana Piotra wczesnym rankiem. Myślę, że każdy, kto będzie czytał, od razu domyśli się, o jaki moment chodzi…

Beata Kobierowska: Czy w pisaniu pomagała Ci wiedza zdobyta na studiach polonistycznych (historia i teoria literatury) albo doświadczenie, które zdobyłaś jako blogerka pisząca o książkach?

Danuta Awolusi: Sama nie wiem… Ania bardzo dużo czyta i przytacza tytuły wielu książek, które ją ukształtowały… Z mojej strony to hołd dla literatury, którą kocham. Myślę jednak, że same studia nie miały nic do rzeczy, poza tym, że były związane z tym, co bardzo cenię i jest dla mnie ważne.

Jeżeli zaś chodzi o samą blogosferę, to myślę, że nie przydało mi się to w procesie pisania, może poza tym, że recenzje na pewno szlifują warsztat i dają większą świadomość pióra. Natomiast znajomość blogerów i tego świata pomogła na pewno przy promocji książki!

Beata Kobierowska: Jak udało Ci się tak szybko znaleźć wydawcę?

Danuta Awolusi: Nie miałam żadnych znajomości czy poleceń. Po prostu wysłałam tekst do wybranych wydawnictw i czekałam na odzew. Wydawnictwo SOL zaproponowało mi współpracę, a ja z radością się zgodziłam. To były niesamowite emocje! Odezwali się po trzech tygodniach, bo książka im się spodobała. Tak po prostu.

Beata Kobierowska: Główna bohaterka, Ania, skojarzyła mi się z Anią z Zielonego Wzgórza. Pomaga innym, jest dobrym duchem w ich życiu. Czy podczas pisania miałaś w głowie jakiś wzór – np. dzieło ulubionego pisarza?

Danuta Awolusi: Nie, ale jest taka książka Rusella Willy`ego pod tytułem „Inny chłopiec”. Pisząc swoją powieść miałam w głowie ten klimat… To historia chłopca, który również przechodzi niełatwe dojrzewanie. Czasem wspominałam także „Buszującego w zbożu”, być może dlatego, że obydwa przywołane tytuły dotyczą młodych ludzi, którzy muszą odnaleźć się w świecie. Ania ma podobnie…

Beata Kobierowska: Ania napisała dwie książki, Ty jedną (z tego, co wiem), obie lubicie czytać (szczególnie Harry’ego Pottera) i chodzić do kina. Naturalnie zaczęłam się zastanawiać, na ile książka jest autobiograficzna.

Danuta Awolusi: Bookfa z bloga Lost in the Library napisała w recenzji mojej książki, że debiutant zawsze wykorzystuje prywatne doświadczenia w powieści, a kto mówi, że jest inaczej – kłamie. Cóż, nie będę więc zaprzeczać: owszem, włożyłam w tę książkę część siebie. Ale nie martw się – byłam gruba, ale nie śmierdząca (śmiech)! A mój dom rodzinny był wspaniały (i nadal jest). Jednak znam bardzo dobrze piekło szkoły podstawowej, poczucie poniżenia i odrzucenia. Wydarzenia w książce w większości są fikcyjne, ale doświadczyłam bardzo podobnych, mam tu na myśli tylko i wyłącznie akcję rozgrywającą się w szkole. Tak naprawdę fikcją jest fabuła, ale emocje to już w wielu momentach moje doświadczenie. Dotyczy to pierwszej części książki. Potem, kiedy Ania poznaje Tobiasza, bohaterka zupełnie oddzieliła się od tego, co znam i sama poprowadziła mnie przez swoje życie.

Oczywiście, wszystkie książki, o których opowiada narratorka to utwory, które bardzo kocham i które miały wpływ na moje życie!

Beata Kobierowska: Poruszyłaś ważne problemy w powieści – przemoc w szkole, wśród dzieci, bieda, brak właściwej opieki w rodzinie. Zrobiłaś to w sposób wiarygodny i prawdziwy, przejmujący. Chciałaś w ten sposób zwrócić uwagę ludzi na te zjawiska czy raczej pomóc ofiarom przemocy, takim jak Ania? Jaki był Twój cel?

Danuta Awolusi: Kiedy Ania pojawiła się w mojej głowie wiedziałam, że jest zlepkiem czegoś, co mnie kiedyś dotknęło. Nie chodzi o moją osobę, bo Ania nie jest mną! Ma pewien pierwowzór, choć mocno zmodyfikowany, stare wspomnienie… Ja takich Ań znałam bardzo wiele, dlatego dałam bohaterce tak proste, popularne imię. Pamiętam dzieci, które czegoś nie miały i musiały za to płacić – były wyśmiewane, gorsze, zepchnięte. A pomocy raczej nie było. Nie wiem, jak jest teraz w szkołach, może lepiej. Znałam też oprawców… I pomyślałam, że może kogoś ten obraz poruszy, żeby się rozejrzeć wokół, dać wsparcie. Co ważne – trzeba zrobić to dyskretnie! Ania nienawidzi współczucia i deklaracji pomocy. To ją upokarza. Ostentacyjne pomaganie peszy i podkreśla statut… Chodzi o to, by się zainteresować, by znaleźć drogę do takiej osoby, jak zrobiła to pani Sabina. Ania jest nieufna, łatwo ją spłoszyć.

Beata Kobierowska: Filip to moja ulubiona postać. Niby realny, ale trochę z pogranicza magii i snu. Skąd taki pomysł na tę postać?

Danuta Awolusi: Bardzo dobrze wyczułaś moją intencję. Filip to taki ktoś, kto ma w sobie coś magicznego… To taka odskocznia od moich bohaterów, którzy mocno stąpają po ziemi. A on jest… nieuchwytny, wielowymiarowy. Ale wiem, że są tacy ludzie, bo takich również znam.

Filip sam do mnie przyszedł, nie miałam na niego pomysłu. On po prostu chciał być w tej powieści.

Beata Kobierowska: Zaskoczyły mnie dwa wątki: braci Ani – Adama i Marka oraz rozwiązanie wątku Roberta Mikulskiego. Dlaczego dopowiedzenie tych historii było dla Ciebie takie ważne?

Danuta Awolusi: To kolejna rzecz, która przyszła do mnie sama i która nie podlegała mojej kontroli. To życiorys Ani, jej życie, które odkryłam. Ania to osoba, która ma w sobie cały wulkan emocji, wcześniej powstrzymywanych. Kiedy w końcu zrozumiała, że w życiu można brać, a nie jedynie dawać, zapragnęła opowiedzieć o swoich braciach. A Robert? Nie oceniajcie go jednoznacznie, bo o to bardzo łatwo. To postać złożona, choć wiem, że nie do końca to widać. A jednak, wystarczy się mu uważniej przyjrzeć! Jeżeli wydaje się komuś, że to tradycyjny osiłek klasowy – grubo się myli…

Beata Kobierowska: Twoja powieść przypomina trochę pamiętnik, narracja jest pierwszoosobowa, bohaterka mówi: „Często oglądam się za siebie” i wspomina najważniejsze wydarzenia i osoby ze swojego życia. Dlaczego wybrałaś akurat taką formę wypowiedzi?

Danuta Awolusi: Bo to rozprawa dorosłej kobiety, która nosi w sobie brzemię tej historii i pragnie o niej opowiedzieć. Chce się oczyścić, uporządkować emocje. I równocześnie oddać hołd tym ludziom, których tak bardzo pokochała!

Danuta Awolusi, fot. Patrycja Płanik

Beata Kobierowska: Dla kogo napisałaś „Na wysokim niebie”? Jak myślisz, jakiej grupie odbiorców spodoba się najbardziej?

Danuta Awolusi: Bardzo wiele osób mi mówi, że to książka dla młodzieży. A ja ją napisałam dla dorosłych, żeby przypomnieli sobie emocje z przeszłości, które miały wpływ na ich życie, które ukształtowały ich wartości lub też… kompleksy.
Pisząc myślałam jednak głównie, że to książka dla wszystkich – bo każdy z nas zna w jakimś stopniu odczucia Ani.

Beata Kobierowska: Czy byłaby to odpowiednia lektura dla młodzieży? Jako była nauczycielka myślę, że byłby to wdzięczny temat do dyskusji. Chciałabyś, żeby Twoja powieść była omawiana w szkole na lekcjach języka polskiego?

Danuta Awolusi: Jasne, że bym chciała, choć może wtedy dzieci nie lubiły by jej czytać (śmiech). Ale, wystarczyłby mi jeden nauczyciel lub jedno dziecko, które dzięki mojej powieści zauważyłoby koło siebie taką właśnie Anię… Dyskusja o braku akceptacji i agresji jest zawsze potrzebna, bo to temat stale obecny!

Beata Kobierowska: Czy wiadomo już coś o spotkaniach autorskich promujących „Na wysokim niebie”? Gdzie będzie można Cię spotkać w najbliższym czasie? Kiedy w Gdańsku?

Danuta Awolusi: Oj, daleko ten Gdańsk… Ale nie znam przyszłości! Natomiast zapraszam wszystkich na dwa spotkania. Pierwsze 24 października w Warszawie. Poprowadzi je Magda Walusiak. Będzie także śpiewał chór Gospel, którego jestem dumną członkinią. Będzie się działo! A drugie 31 października w moim rodzinnym Świerklańcu na Śląsku, w ukochanej bibliotece, którą znam od dzieciństwa!

Beata Kobierowska: Czy zamierzasz pisać? Może już piszesz? Czytałam, że jest pomysł na kontynuację wątku jednej z drugoplanowych postaci „Na wysokim niebie”. Czy zdradzisz jakieś jeszcze?

Danuta Awolusi: Hm, chciałabym napisać drugą powieść i to zrobię, ale nie wiem kiedy. Nie chcę sobie wyznaczać terminów. Owszem, pomysł się zrodził i dotyczy jednego z bohaterów „Na wysokim niebie”, ale nie będzie to w żadnym razie kontynuacja. Raczej zupełnie odrębna historia, myślę, że poruszająca… I chyba póki co więcej nie zdradzę! (śmiech)

Beata Kobierowska: Na koniec ważne dla mnie pytanie. Co będzie z „Książkami Zbójeckimi”?

Danuta Awolusi: KZ, mój ukochany blog, będzie działał nadal, ale musi troszkę poczekać. W moje życie wkroczyła gigantyczna fala zmian, które wywróciły dobę do góry nogami. Muszę się teraz skupić na swoich emocjach, wartościach, uporządkować swoje życie, a kiedy wody się uspokoją, Książki Zbójeckie wrócą do życia! Nie wiem, czy z równą intensywnością, jak kiedyś, ale na pewno powrócą…

Danuta Awolusi, fot. Patrycja Płanik

Jeżeli macie jakieś pytania do Danuty Awolusi, to bardzo dobrze. Jutro będzie konkurs „Zadaj pytanie autorce i wygraj”!

Wywiad z Alicją Lipińską – koordynatorką BiblioCampu

Z Alicją Lipińską poznałyśmy się na zeszłorocznym Blog Forum Gdańsk i to ona po raz pierwszy wspomniała mi o BiblioCampie. Nie przypuszczałam wtedy, że wezmę w nim udział i że to przedsięwzięcie będzie dla mnie tak ważne. Niedawno mogliście przeczytać moją relację i teraz już trochę wiecie na temat tego, co Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku robi dla blogerów. Pomyślałam jednak, że to za mało. Poprosiłam Alicję, żeby odpowiedziała na kilka moich pytań, abyście mogli poznać osobę, bez której zaangażowania BiblioCamp by się nie odbył.

Alicja Lipińska w Bibliotece Manhattan, BiblioCamp 2013

Alicja Lipińska
fot. Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku

Beata Kobierowska: Skąd wziął się pomysł na BiblioCamp?

Alicja Lipińska: Pomysł zrodził się kilka lat temu w Filii Gdańskiej, placówce Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku, kiedy nie przypuszczaliśmy jeszcze, że będzie to inicjatywa, która aż tak się rozwinie i ewoluuje. Choć muszę przyznać, że takie marzenia i inspiracje były. Już przy pierwszej edycji projektu nawiązaliśmy współpracę z Fundacją Projekt: Kultura, a dokładnie z Martą Szadowiak i Tomkiem Nadolnym, który wymyślił nazwę BiblioCamp (bardzo nam się ta nazwa w bibliotece spodobała, dlatego towarzyszy nam już od trzech lat).

Beata Kobierowska: W 2013 roku odbyła się już trzecia edycja BiblioCampu. Czy mogłabyś opowiedzieć trochę o pierwszej i drugiej? Jakie były, czym się różniły od tegorocznej edycji, a w czym były podobne – czyli jak BiblioCamp rozwijał się w ciągu tych lat aż do chwili obecnej?

Alicja Lipińska: Pierwszy BiblioCamp to było ogólne zagłębianie się w temat blogosfery. Odbyły się spotkania z ekspertami od nowych mediów oraz blogerami. Wiele spotkań dotyczyło prezentacji internetowych inicjatyw dotyczących miasta.

Zeszłoroczna edycja to przede wszystkim warsztaty poruszające takie zagadnienia jak: tworzenie filmów na youtube, stosowanie licencji creative commons, tworzenie bloga czy odkrywanie potencjału bibliotek cyfrowych. Tegoroczna edycja to rozwinięcie tematów dwóch poprzednich oraz poszerzenie programu o tematykę związaną z książką elektroniczną, współpracą blogerów z wydawnictwami. Odbył się również warsztat i spotkanie skierowane do najmłodszych użytkowników internetu.

Beata Kobierowska: Wzięłam udział w dwóch blokach tematycznych BiblioCampu: „Kultura w sieci” i „Miasto w sieci”, a był jeszcze trzeci – „Dzieci dla sieci”. Skąd takie pomysły na tematy? Czy w przyszłości będą podobne?

Alicja Lipińska: Tak jak wspomniałam, jest to rozwiniecie tematyki dwóch poprzednich edycji. Natomiast moduł „Kultura w sieci” zrodził się z obserwacji tego, co dzieje się na rynku wydawniczym, zmian, jakie zachodzą w sposobie czytania, ale też sposobie uczestnictwa w kulturze.

Tegoroczna edycja skierowana była też do uczniów szkół podstawowych modułem „Dzieci dla sieci”. Na warsztacie „Dzieci w biblio-sieci” prowadzonym przez dra Grzegorza Stunżę i Annę Miler dzieciaki uczyły się, jak bezpiecznie korzystać z internetu. Dorosłe osoby często miewają z tym problem, więc edukacja tych najmłodszych jest bardzo ważna, zwłaszcza że coraz młodsze dzieci zaczynają korzystać z internetu.

Co będzie dalej? Na razie trzeba się skupić nad tegorocznym projektem, wyciągnąć wnioski, podsumować wszystkie wydarzenia tegorocznej inicjatywy. Sławek Czarnecki z Instytutu Kultury Miejskiej partner BiblioCampu, pracuje nad publikacją z artykułami uczestników debat, spotkań oraz warsztatów BiblioCampu 2013. Zaczną też się pojawiać filmy trójmiejskiej artystki Kamili Chomicz, która przez cały czas trwania projektu rozmawiała z prelegentami oraz uczestnikami spotkań oraz warsztatów.

BiblioCamp

www.bibliocamp.info

Beata Kobierowska: BiblioCamp to nie tylko spotkania, prezentacje, dyskusje, ale i warsztaty. Cały wachlarz możliwości dla potencjalnych uczestników. Czy mogłabyś zdradzić, które punkty programu cieszyły się największą popularnością? Które Ty uważasz za najlepsze, najbardziej udane? Może jest coś, co chciałabyś poprawić?

Alicja Lipińska: Spotkaniom panelu „Miasto w sieci” towarzyszyły warsztaty, liczba miejsc była ograniczona, a chętnych do udziału dużo. To pokazuje, jak spore jest zapotrzebowanie na tego typu warsztaty i że warto je organizować. Cały panel „Kultura w sieci” można było śledzić w internecie, a podczas ostatniego spotkania „Kultura bez pośredników” dodatkowo łączyliśmy się przez skypa z uczestnikiem debaty Marcinem Niewęgłowskim.

Dużym osiągnięciem jest to, że projekt odbywał się w różnych placówkach Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku, wykorzystując różne przestrzenie. Spotkania „Miasto w sieci” odbywały się w Filii Gdańskiej, warsztaty dla blogerów w sali komputerowej w Bibliotece Głównej, zajęcia dla dzieci w nowo wyremontowanej Filii nr 9 na Przymorzu, a cały panel „Kultura w sieci” w Bibliotece Manhattan, gdzie były najlepsze warunki do przeprowadzenia transmisji on-line.

Beata Kobierowska: Podczas Bibliocampu często podkreślałaś, że nie jest on tylko Twoją zasługą, ale że to efekt pracy zespołowej. Bardzo jestem ciekawa, jak wyglądają kulisy organizacji tak dużego przedsięwzięcia. Jeżeli inne bibliotekarki chciałyby pójść za Twoim przykładem i stworzyć coś na miarę sukcesu BiblioCampu, od czego powinny zacząć? Kogo należy zaangażować do współpracy? Co jest najważniejsze w planowaniu takiego projektu i w jego realizacji?

Alicja Lipińska: Nie lubię słowa sukces… Przede wszystkim trzeba czerpać z doświadczenia starszych kolegów i koleżanek w pracy, nie bać się pytać, czy prosić o pomoc, jak się czegoś nie wie, czy nie rozumie. Mam takie szczęście, że pracuję z ludźmi, którzy chcieli się dzielić swoim doświadczeniem, ale też dawali dużo swobody w działaniu. To jest bardzo ważne. Drugą istotną sprawą jest współpraca z partnerami projektu – to oni nadają nowe kierunki i myśli, które ukształtowały tegoroczny program.

BiblioCamp jest też przykładem projektu rozwijającego się metodą małych kroczków. Można zrobić ciekawe przedsięwzięcie niewielkim nakładem pieniędzy i rozwijać je z roku na rok o coraz to ciekawszy, bardziej rozbudowany program. Tegoroczna edycja BiblioCampu otrzymała dofinansowanie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dlatego program jest tak bogaty w liczne wydarzenia.

Beata Kobierowska w Filii Gdańskiej, BiblioCamp 2013Beata Kobierowska
fot. Jan Piasecki-Hlousek

Beata Kobierowska: Bardzo serdecznie dziękuję Ci, że zgodziłaś się odpowiedzieć na moje pytania, a przy okazji chciałam wyrazić moją wdzięczność za zorganizowanie BiblioCampu, na którym wiele się nauczyłam.

Alicja Lipińska: To ja dziękuję Tobie za uczestnictwo w bibliocampowym programie. Obserwuję Twojego bloga i widzę sporo zmian, oczywiście idących w dobrym kierunku. Zmieniła się szata graficzna. Powstają trochę inne wpisy. Trzymam mocno kciuki i życzę powadzenia w prowadzeniu bloga.

Gdańskie Spotkania Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” – relacja cz.II

Gdańskie Spotkania Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”

www.odnalezionewtlumaczeniu.pl

 

Trzeci dzień Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” był równie wyjątkowy, jak pierwszy (drugi niestety opuściłam). Działo się naprawdę sporo i nie sposób wszystkiego opisać. Całe szczęście nagrania będzie można obejrzeć na stronie organizatora, Instytutu Kultury Miejskiej, na YouTube. To wiele godzin oglądania, ja chciałabym napisać o najciekawszych moim zdaniem kwestiach, które zostały wczoraj (27 kwietnia 2013 roku) poruszone.

Mimo że „Odnalezione w tłumaczeniu” to spotkania tłumaczy poświęcone przekładowi literackiemu, ja nastawiona byłam głównie na spotkania z pisarzami i rozmowy o literaturze. Okazało się, że nie można mówić o jednym bez drugiego. A najmniej mnie interesujący panel dyskusyjny „Sytuacja tłumaczy literatury w Polsce. Czy w Szwecji jest podobnie?” okazał się najważniejszym!

W czwartek, podczas rozpoczęcia Spotkań, panowała podniosła, radosna, wręcz świąteczna atmosfera. W sobotę było inaczej. Część osób podkreślała, że zaczynają się powtarzać, że tyle zostało już powiedziane, że nie sposób powiedzieć czegoś nowego. Kluczowa okazała się wypowiedź Jerzego Jarniewicza (o piśmie „Literatura na Świecie”, o którym nikt wcześniej nie wspominał), która rozpoczęła może nie kłótnię, ale niezbyt przyjemną wymianę zdań. Sytuacja zrobiła się napięta. Nie wszystko zostało powiedziane wprost, wiele zostało między słowami. Jak na dłoni widać było podział środowiska tłumaczy literackich, choć same przyczyny podziału nie są dla mnie do końca jasne. Dyskusja zakończyła się jednak pozytywnym pomysłem Sławomira Paszkieta, by zorganizować spotkanie przedstawicieli różnych związków zrzeszających tłumaczy literackich przy okrągłym stole/przy szwedzkim stole i zastanowić się, jak wspólnie działać.

 

1. Pisarze podróżujący i osiadli – tłumacze rzeczywistości
Szczepan Twardoch, Grażyna Plebanek, Joanna Bator
Moderator: Anna Dziewit-Meller

Szczepan Twardoch, Grażyna Plebanek, Joanna Bator, Anna Dziewit-Meller

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM

 
Myślałam, że najciekawszy będzie punkt pierwszy programu, rozmowa Anny Dziewit-Meller z pisarzami: Joanną Bator, Grażyną Plebanek i Szczepanem Twardochem, ale został mi po niej wielki niedosyt. „Pisarze podróżujący czy osiadli – tłumacze rzeczywistości” to był dość szeroki temat. Goście opowiedzieli trochę o sobie i swoim życiu, mniej o twórczości. Pojawiło się pytanie z sali, dlaczego nie ma dziś pisarzy, jak Bolesław Prus, którzy potrafiliby opisać współczesność. Każdy z autorów odpowiedział na nie inaczej. Szczepan Twardoch uważa, że „nie rozpoznaliśmy jeszcze formy społecznej, w której żyjemy”, nie znamy swojego świata, nie jest tak, że artyści mogą ją poznać i wytłumaczyć. Joanna Bator powiedziała o upadku wielkiej narracji, którą zastąpiły małe opowieści, fragmentaryczne, np. Michała Witkowskiego, Olgi Tokarczuk, Daniela Odiji i dodała, że odzwierciedlanie czy upiększanie świata w książkach nie ma sensu, ważne jest mierzenie się z rzeczywistością. Grażyna Plebanek z kolei odpowiedziała, porównując literaturę do życia, w którym są etapy, które się kończą, XIX wiek się skończył, zmieniło się nasze myślenie. Bardzo żałuję, że każdy z tych twórców nie został zaproszony na osobne spotkanie (szczególnie Joanna Bator), na którym mógłby powiedzieć więcej.

 

2. Koszmar złych tłumaczeń. Krytyka przekładu w Polsce.
Michał Chaciński, Jacek Dehnel, Justyna Sobolewska, Anna Topczewska
Moderator: Anna Dziewit–Meller

Michał Chaciński, Jacek Dehnel, Justyna Sobolewska, Anna Topczewska, Anna Dziewit-Meller

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM

 
„Koszmar złych tłumaczeń. Krytyka przekładu w Polsce” to był panel, z którego dowiedziałam się dużo o życiu tłumacza. Uczestnicy przedstawili wiele zabawnych i pouczających anegdotek. Jacek Dehnel przypomniał swoją znaną recenzję przekładu „Obcego dziecka” Alana Hollinghursta i najbardziej rażące w nim błędy. Anna Topczewska opowiedziała o swoich nieprzyjemnych doświadczeniach z wydawcami: wydaniu książki bez korekty autorskiej, zrezygnowaniu z jej usług z powodów finansowych, zakończeniu współpracy, bo przekład był za dobry, na zbyt wysokim poziomie (chodziło o tłumaczenie norweskich romansów, które robiła pod pseudonimem). Michał Chaciński mówił o „zbrodni zbiorowej”, za zły przekład jego zdaniem odpowiedzialny jest nie tylko tłumacz, ale również redaktor i wydawca. Justyna Sobolewska zastanawiała się, czy ze złej książki da się zrobić dobre tłumaczenie, na co Anna Topczewska odparła, że da się zrobić może nie dobrą literaturę, ale dobre rzemiosło.

 

3. Sytuacja tłumaczy literatury w Polsce. Czy w Szwecji jest podobnie?
Sławomir Paszkiet, Justyna Czechowska, Stefan Ingvarsson, Jerzy Jarniewicz
Moderator: Katarzyna Tubylewicz

Sławomir Paszkiet, Justyna Czechowska, Stefan Ingvarsson, Jerzy Jarniewicz, Katarzyna Tubylewicz

fot. Dominik Werner, archiwum IKM

 
O wypowiedzi Jerzego Jarniewicz, która padła podczas dyskusji o sytuacji tłumaczy w Polsce i jej konsekwencjach już pisałam. Podtytuł tego panelu brzmiał: „Czy w Szwecji jest podobnie?” i teraz na ten temat chciałabym dodać parę słów. Jak można było się spodziewać okazało się, że w Szwecji jest dużo lepiej niż w Polsce. Stefan Ingvarsson powiedział, że tłumacze literatury mają silny związek zawodowy, który wywalczył dla nich stawki minimalne i standardową umowę z wydawcą, zapewnia również pomoc prawną i stypendia dożywotnie (do siedemdziesiątego roku życia). Biblioteki wypożyczają książki za darmo, ale rekompensują tłumaczom zyski z praw autorskich w postaci funduszu, z którego część pieniędzy otrzymuje autor, część związek. Jakie to mądre rozwiązanie. Niestety, jak przyznała Justyna Czechowska, modelu szwedzkiego nie da się tak po prostu skopiować u nas (bo ani tłumacze, ani wydawcy nie są odpowiednio zrzeszeni i nie mają przedstawicieli, którzy mogliby się spotkać i coś ustalić).

 

4. Tłumaczyć poezję
Tadeusz Dąbrowski, Dariusz Suska, Irena Grönberg, Julia Fiedorczuk
Moderator: Agnieszka Wolny-Hamkało

Tadeusz Dąbrowski, Dariusz Suska, Irena Grönberg, Julia Fiedorczuk, Agnieszka Wolny-Hamkało

fot. Dominik Werner, archiwum IKM

 
Do dyskusji „Tłumaczyć poezję” byłam nastawiona trochę sceptycznie (uważam, że poezji nie da się przetłumaczyć), ale była bardzo ciekawa. Dariusz Suska powiedział, że poezja to kontakt osobisty, „piszemy po to, żeby się skontaktować”, on boi się kontaktu, dlatego pisze książki. Tadeusz Dąbrowski trafnie porównał tłumaczenie poezji do zabawy w głuchy telefon. Julia Fiedorczuk nie boi się oddania swoich wierszy w inne ręce, nie uważa ich za rzecz skończoną. Irena Gr
önberg powiedziała, że przystępując do pracy tłumacz musi się najpierw zastanowić, gdzie w wierszu jest poezja i przyznała, że dla niej najtrudniejsze do przełożenia są rymy. Z kolei Dariusz Suska nie pisałby poezji, gdyby nie było rymów. Ciekawie mówił również o tym, że „wiersz jest rzeczą przedjęzykową”, kieruje nas do dzieciństwa, do czasu, kiedy nie było języka. Wtórował mu Tadeusz Dąbrowski: „Nie wierzę, że poetyckość jest wytworem języka, sytuuje się na obrzeżach tekstów lub poza nimi”.

Podstawowe przesłanie, które płynie z Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury można by streścić w jednym zdaniu: „Tłumacz jest drugim autorem”. Postaram się o tym pamiętać i na blogu zawsze już odtąd będę wymieniała autora przekładu omawianej książki. Nie będę oceniała jego pracy, bo nie mam odpowiednich kompetencji, ale będę przypominać sobie w trakcie lektury, że nie czytam oryginału, który może być zupełnie inny od przekładu.

Na koniec przytoczę „zagadkę” opowiedzianą przez Jerzego Jarniewicza. Kto jest autorem słów: „Źle się dzieje w państwie duńskim”? Nie! Nie Shakespeare. On nie znał polskiego! W „Hamlecie” napisał: „Something is rotten in the state of Denmark.” i to zdanie zostało w każdym z polskich przekładów przetłumaczone w inny sposób. Natomiast autor tłumaczenia, które weszło do powszechnego użytku, stało się popularnym powiedzeniem, jest anonimowy.

 

PS Część pierwszą mojej relacji znajdziecie tutaj:

http://cowartoprzeczytac.blox.pl/2013/04/Gdanskie-Spotkania-Tlumaczy-Literatury.html

 

Gdańskie Spotkania Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” – relacja cz. I

Odnalezione w tłumaczeniu

www.odnalezionewtlumaczeniu.pl

Wczoraj (25 kwietnia 2013 roku) rozpoczęło się w Gdańsku (w Dworze Artusa) święto tłumaczy, pisarzy i czytelników, konferencja „Odnalezione w tłumaczeniu”. O trzech punktach programu, w których wzięłam udział, chciałabym Wam pokrótce opowiedzieć.

 
1. Wszystko o kobietach
Rozmowa z gościem specjalnym Spotkań, szwedzką powieściopisarką, Majgull Axelsson
Prowadzący – Justyna Sobolewska, Maciej Robert
Tłumacz – Stefan Ingvarsson

Stefan Ingvarsson, Majgull Axelsson, Justyna Sobolewska, Maciej Robert

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM

Pytania Justyny Sobolewskiej i Macieja Roberta dotyczyły głównie najnowszej powieści pisarki pt. „Pępowina” i poruszonej w niej tematyki. Majgull Axelsson opowiedziała o okolicznościach powstania książki – jej syn wyprowadził się z domu i poczuła się zwolniona z roli matki; o tytule – po szwedzku dosłownie oznacza „pasję matki”, moment, kiedy matka spotyka spojrzenie dziecka po porodzie i wie, że stanie się rodzicem przyniesie jej szczęście i cierpienie; o problematyce (macierzyństwo) – „Nie wiem, czy dostarczam rozwiązań, zadaję dużo pytań”, jej zdaniem nie ma idealnych rodziców („Nie chciałabym być dzieckiem idealnych rodziców”), najważniejsze to przeciąć pępowinę („Jeżeli nie przetniemy pępowiny, umiera i matka, i dziecko”), nie możemy od siebie wymagać więcej niż refleksji, co było dobre w wychowaniu, a co złe; o celu pisania – „Pisząc książki, poznaję siebie”.

W trakcie rozmowy poruszono również temat: systemu klasowego i sytuacji kobiet w Szwecji, szwedzkich przekleństw („Mamy całą masę przekleństw, głownie kojarzą się z piekłem i diabłem, mało jest związanych z płciowością”) i realizmu magicznego („Elementy magiczne zawsze pojawiają się w moich książkach”). Zapytana o kolejną powieść: „Czy (tak, jak dotychczasowe) będzie przejściem przez piekło?”, pisarka odparła krótko: „Tak”.

 
Cytat do zapamiętania i przemyślenia:
„W świecie zamieszkałym przez szczęśliwych literatura wymarłaby śmiercią głodową.”

 
2. Niewidzialna ręka. Tłumacz i jego poeta

Rozmowa Magdaleny Heydel z Adamem Zagajewskim i jego szwedzkim tłumaczem, Andersem Bodegårdem

Magdalena Heydel, Adam Zagajewski, Anders Bodegård

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM

Prowadząca spotkanie na początku wyraźnie zaznaczyła, że to osoba tłumacza będzie dziś w centrum uwagi. Do niego też skierowała pierwsze pytanie: „Jak to jest być tłumaczem?”. Anders Bodegård odparł, że tłumaczenie jest niemożliwe, ale potrzebne, jednocześnie proste, „Przekładanie to intensywne czytanie”, można je porównać do gwałtu, tłumacz jest złodziejem, ale jest i dobroczyńcą. W tym momencie włączył się do rozmowy Adam Zagajewski i powiedział, że tłumacz jest przede wszystkim filantropem i że oni z Andersem zostali przyjaciółmi dzięki poezji, co jego zdaniem dowodzi, że poezja nie jest antymiędzyludzka czy autystyczna, jak twierdzą badacze w USA, przeciwstawiając poezji powieść (za Bachtinem). Przyjaźń zakłada zaufanie, kontynuował, spokojne założenie, że przyjaciel nie zrobi mi krzywdy.

Magdalena Heydel chciała wiedzieć, skąd bierze się zaufanie do tłumacza, czy z czytania przekładów, czy może z słuchania opinii czytelników. Poeta wyjaśnił, że to złożona kwestia zahaczająca o to, czym jest poezja. Nazwał ją wyrwaniem się z czasu historycznego i przyrównał do muzyki. Przyznał, że sondował osobowość Bodegårda i zauważył, że są trochę do siebie podobni. Nie rozmawiają na tematy teoretyczne, ale obaj są wrażliwi na muzykę i poezję. Tłumacz powiedział, że poezję Adama Zagajewskiego czyta chętnie i dość dobrze rozumie, dlatego nie czuje żadnych trudności, przekładając ją (ma przywilej dokonywania wyboru, które utwory przełoży). Zdradził też, jak pracuje nad uzyskaniem efektu muzyczności – czyta na głos, nagrywa, potem słucha nagrania, imituje jak najbardziej oryginał, liczy sylaby, słowa („Próbuję brzmieć jak Adam, tylko po szwedzku”).

Jako ostatnia została poruszona kwestia pisania po polsku: „Co to znaczy pisać po polsku?”. Zagajewski odpowiedział, że to nie kwestia wyboru, język jest dziedzictwem, słodkim i gorzkim, są w nim echa Kochanowskiego i echa niewoli, to nie tylko kwestia zdolności lingwistycznych. Przytoczył słowa Milosza, który twierdził, że pisze po polsku, bo to język dzieciństwa, język pierwszych objawień. Użył też angielskiego powiedzenia, mówiąc, że być Polakiem to „mixed blessing” (mieszane błogosławieństwo). „Poezję piszę nie dla Polaków, tylko dla ludzi” – podsumował. Najlepszą (niezapomnianą) częścią tego spotkania było czytanie wierszy przez poetę i jego tłumacza.

 
3. Pisarz, który jest tłumaczem. Tłumacz, który jest pisarzem. Czy te role da się łączyć?

Marek Bieńczyk, Zbigniew Kruszyński, Jacek Dehnel, Julia Fiedorczuk
Moderator: Grzegorz Jankowicz

Marek Bieńczyk, Zbigniew Kruszyński, Jacek Dehnel, Julia Fiedorczuk, Grzegorz Jankowicz

fot. Piotr Połoczanski, archiwum IKM

 
Grzegorz Jankowicz dla każdego z gości przeznaczył jedno pytanie (o konflikt między pisaniem, a tłumaczeniem) i około trzynaście i pół minuty. Pozostał więc pewien niedosyt.

Marek Bieńczyk odpowiedział, że jako tłumacz nie czuje konfliktu, gdy siada do tłumaczenia, chce być profesjonalny, takie jest założenie, a potem dzieją się różne zdarzenia. Opowiadał o swoich doświadczeniach z przekładaniem twórczości Milana Kundery, pisarza „przejrzystego z założenia” (o tym, jak poprosił go o możliwość zmiany „słyszą krzyk fal” na „słyszą huk fal”, krzyk wydał mu się być na granicy kiczu) i Emila Ciorana, który pisał przyjemnie i mądrze, bardziej przyjemnie niż mądrze (i „trzeba włączyć własne namiętności dla niektórych słów, żeby było przyjemnie”). Podzielił się również wrażeniami z bycia tłumaczonym autorem. Powiedział, że to tragedia, nie można się zgodzić na nic, przekład to zawsze jest ciało obce.

Julia Fiedorczuk najpierw opowiedziała o swoim doktoracie i Laurze Riding, niszowej poetce amerykańskiej zawiązanej z awangardą lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, której rola była jednocześnie istotna i marginalna. Riding miała program totalny, chciała zrewolucjonizować poezję/język/słowa, bo uważała, że to niezwykle ważny element ludzkiej egzystencji (jeśli moglibyśmy zmienić swój stosunek do słów, wszystko by się zmieniło, twierdziła, zmiany miały dokonać kobiety). Fiedorczuk początkowo nastawiona sceptycznie, później zakochała się w poezji Riding, stała się jej wierna i przekładowi poświeciła około siedmiu lat pracy. Zrezygnowanie z roli autorki na rzecz roli tłumaczki przychodzi jej łatwo, nie jest przywiązana do swoich ról/tożsamości językowych (krytyczki, nauczyciela językowego, poetki, matki).

Jacek Dehnel przyznał, że czuje się niepełnowartościowym tłumaczem, dyletantem (bez specjalistycznych studiów, bez zamieszkiwania w innym kraju, innej kulturze) i dlatego dba o dobrych redaktorów i krytyków przed publikacją, by wyłapywali kompromitujące pomyłki. Jako poeta, pisarz ma większą pewność. Z reguły tłumaczy wiersze zrytmizowane i rymowane, to jego szczególna umiejętność, w której bycie poetą bardzo pomaga, bo można ją wyćwiczyć przez praktykę. Dla Dehnela tłumacz idealny powinien przypominać medium w seansie spirytystycznym, cudzemu głosowi oddać swoje gardło. Tłumaczenie jest wysiłkiem skromności i zrezygnowaniem z siebie, powiedział.

Zbigniew Kruszyński mówił moim zdaniem najciekawiej. Jemu trudno jest łączyć pisanie z tłumaczeniem, tłumaczy pod pseudonimem. Jasno wyjaśnił, czym różni się przekład od dzieła literackiego. Jego zdaniem, jak się pisze, to raz, a dobrze (niezależnie od stopnia grafomanii). Literatura to tekst, którego nie da się powiedzieć inaczej. Natomiast w tłumaczeniu nic nie jest powiedziane raz, a dobrze, wszystko da się powiedzieć inaczej. Przekład to „katalog poprawek”. Kruszyński nie wierzy we współpracę pisarza z tłumaczem, powinna być niemal zabroniona, twierdzi, bo pisarze kłamią, plączą się w zeznaniach, w odpowiedzi na pytania piszą nowe powieści.

 

Pierwszy dzień konferencji był bogaty, inspirujący, momentami zachwycający. Będziecie mogli się o tym przekonać osobiście, bo zapisy spotkań mają być dostępne na YouTube na stronie organizatora, Instytutu Kultury Miejskiej:
www.youtube.com/ikmgdansk

 

Organizatorom bardzo serdecznie dziękuję za zdjęcia!

PS Część drugą mojej relacji znajdziecie tutaj:

http://cowartoprzeczytac.blox.pl/2013/04/Gdanskie-Spotkania-Tlumaczy-Literatury-1.html

 

Spotkanie z Kazimierzem Nowosielskim

Spotkanie z Kazimierzem Nowosielskim
Kazimierz Nowosielski, fot. Jan Piasecki-Hlousek

 

28 dzień lutego 2012 roku, godzina 17:30, biblioteka przy ul. Mariackiej w Gdańsku. Krystyna Łubieńska (aktorka) – wstęp, recytacja wierszy, prowadzenie spotkania. Halina Słojewska (aktorka) – recytacja i interpretacja wierszy. Kazimierz Nowosielski (poeta, profesor Uniwersytetu Gdańskiego) – recytacja wierszy, komentarze do nich, anegdoty. Zbigniew Walczak (kierownik biblioteki) – podsumowanie. Tak w telegraficznym skrócie wyglądał wczorajszy wieczór, ale to nie wszystko. Wydarzyło się dużo więcej.

Spotkanie było poświęcone tomikowi wierszy Kazimierza Nowosielskiego pt. „Okno od północy”. Poeta rozpoczął od wyjaśnienia, czym dla niego jest poezja. Dowiedziałam się, że ma ona związek z jego osobistym doświadczeniem, wspólnotą rodzinną, narodową, europejską, że jest konkretnym spotkaniem z samym sobą i z innymi, że jest okazją do zapytania siebie, gdzie jesteśmy jako wspólnota i jako poszczególne osoby. Nieprzypadkowo najnowszy zbiór wierszy opatrzony został mottem z Norwida: „(…) obywatelską i miłości – rzecz robię”. Autor powiedział, że „tka swoje wiersze z rzeczywistości możliwie delikatnej natury”, nie pomija bólu w życiu, zapytuje siebie, tradycji i Boga, jak iść. Wszystko jest dla niego darem, ale i niesie w sobie odpowiedzialność.

Najciekawsza była część rozważań profesora poświęcona tytułowi. „Okno od północy” to jego własne okno w dziesięciopiętrowym bloku – „najwspanialszy telewizor, jaki Opatrzność mogła mu zafundować”. Od kilkudziesięciu lat obserwuje przez nie świat i ludzi. Jest to miejsce niewyszukane, bez wymyślności, nie dzielnica willowa, gdzie ludzie się od siebie odgradzają. Widzi, siedząc przy biurku: podwórko, cmentarz, krzaki, Zaspę (dzielnica Gdańska), prom. To, co bliskie, na wyciągniecie ręki, i to, co dalekie, „to, co dane do współbytowania”. Jest w nim również tęsknota do zamieszkiwania w tym, co realność przekracza. Podoba mi się takie podkreślenie związku człowieka z miejscem, które zamieszkuje, a jednocześnie wykraczania poza nie myślami.

Halina Słojewska przedstawiła przed recytacją swoje spostrzeżenia na temat poezji Kazimierza Nowosielskiego. Dostrzega ona w „Oknie od północy” wyraźną strunę obywatelską i czuje, że poeta przywołuje nas do porządku. Wiersze będące zapisem historycznym środowiska artystów gdańskich, np. nawiązujące do występów w kościołach w stanie wojennym, są jej zdaniem pełne nie zachwytu, lecz goryczy, pytań: „Co się z nami stało, którzy razem klęczeliśmy?”

Poeta tłumaczył, że wiersze w tomiku pochodzą z rozmaitych momentów jego życia, że starannie dobiera sąsiedztwa, kierując się melodią, problematyką. Czasami pewnych spraw jest za dużo i wtedy chowa niektóre utwory do szuflady, by czekały na swój czas. Zaskoczyło mnie, że chronologia i bieżące teksty nie są najważniejszym kryterium doboru. A jednocześnie dostrzegłam, że dzięki temu zbiór staje się całością, odrębnym dziełem, które można odczytywać głębiej.

Z tekstów przeczytanych na spotkaniu największe wrażenie, oprócz kilku wierszy miłosnych, zrobił na mnie utwór pt. „Pokolenie” przeczytany przez autora. Wspomnienie przeszłości, a jednocześnie ważne słowa na temat teraźniejszości. Muszę zacytować tu choć fragment, żeby was przekonać, że jest wyjątkowy:

Pokolenie

Gdzieście się podziali
głośni poeci kontestacji
poeci zapomnianych zobowiązań:
jego wysokości honoru
odwagi
wierności
proklamatorzy wolnej
rzeczpospolitej sumień […]

Gdzieście poszli – czyżby
nie było już
oszukanych
poniżonych
wepchniętych w ciemność
zdeprawowanych słów [...]”

Ta wrażliwość na ludzką krzywdę jest bardzo ujmująca i przejmująca w wierszach Kazimierza Nowosielskiego. Na spotkaniu opowiadał on o widzianych przez siebie często z okna wcześnie rano biednych grzebiących w śmietniku. Jego poezja to, jak sam określił: „sztuka dostrzegania ludzkich realności”. Kolejnym przykładem tego jest utwór „Do brata” również odczytany przez autora.

Niedługo napiszę więcej o „Oknie od północy”. Dla mnie spotkanie z tą poezją nie zakończyło się w bibliotece, ale jeszcze tego samego wieczoru czytałam tomik wierszy Kazimierza Nowosielskiego w domu. Będę go czytać przez najbliższe dni, a potem Wam o nim opowiem. Przy okazji jeszcze raz chciałam podkreślić, że czytanie poezji samemu, a słuchanie jej w wykonaniu wybitnych artystów i samego autora, to coś zupełnie innego i wyjątkowego.

Spotkanie z Kazimierzem Nowosielskim
Halina Słojewska, Krystyna Łubieńska, Kazimierz Nowosielski
fot. Jan Piasecki-Hlousek

PS Alicji z Filii Gdańskiej serdecznie dziękuję za wypożyczenie tomików wierszy Kazimierza Nowosielskiego, a Janowi za zdjęcia ze spotkania.

 

Spotkanie z Anną Brzezińską

Spotkanie z Anną Brzezińską

Anna Brzezińska, fot. Felicja

 

21 sierpnia 2012 roku w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sopocie w ramach festiwalu Literacki Sopot odbyło się spotkanie z Anną Brzezińską. Pisarka jest z wykształcenia mediewistką (znawczynią średniowiecza), nic wiec dziwnego, że mówiła dużo nie tylko o literaturze, ale i o historii (pomyślcie, czy to nie ciekawe, że tylu naszych pisarzy-fantastów jest z zamiłowania historykami?).

Atmosfera od samego początku była bardzo miła. Autorka przyszła piętnaście minut przed czasem i po przywitaniu się z czytelnikami od razu zaczęła nieformalną rozmowę z dyrektorem biblioteki Romanem Wojciechowskim. Opowiedziała m.in. o tym, że ma kawałek ziemi w Beskidzie Niskim (stamtąd przyjechała pociągiem do Sopotu, musiała wstać o świcie) i dzięki niemu zadamawia się na wsi, której wcześniej nie znała. Jest tam dzika przyroda, np. żmije, nie ma Internetu. Zapytana o okładki swoich książek przyznała, że nie odpowiada za nie, to kwestia marketingu. Okładki mają za zadanie definiować towar, wartości artystyczne nie są na pierwszym planie (jedna z księgarń na podstawie okładek określa, ile książek weźmie do dystrybucji).

Pierwsze „oficjalne” pytanie dotyczyło fantastyki. Autorka powiedziała, że jako czytelniczkę interesują ją powieści historyczne i literatura „bezprzymiotnikowa”. Kiedyś w ogóle nie czytała polskiej fantastyki, książki Andrzeja Sapkowskiego poznała na pierwszym roku studiów, wcześniej czytała Ursulę Le Guin w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, ale bez świadomości, że istnieje literatura fantasy. Twórczość Tolkiena znała, ale nie zaczytywała się sagami fantastycznymi. Fascynowała ją za to archeologia, a później przekształcanie wątków historycznych w fantastyczne. Roman Wojciechowski zapytał, jak warsztat historyka wpływa na tworzenie literatury. Anna Brzezińska odparła, że nie wie, jak byłoby bez niego. Czytanie źródeł jest dla niej bardzo inspirujące. Powiedziała, że to „złodziejstwo”, do którego każdy z pisarzy się przyznaje – np. Sapkowski, Komuda. Jej podoba się możliwość opisania historii, o których nikt nie wie. Zwróciła przy okazji uwagę na to, że w Polsce panuje przekonanie, że ciekawe opowiadanie nie jest profesjonalne. Opowiedziała o swoich studiach doktoranckich, na których miała przedmiot traktujący o robieniu kariery i o tym, jak przekazywać swoje badania w jak najbardziej dostępny sposób. Podała przykład książki profesora Bronisława Geremka o przestępczym Paryżu, pytając: „Jak można było zarżnąć taki temat?”. Jej zdaniem o historii powinno się pisać ciekawie. Dodała, że podstawowym błędem w naszym rozumieniu przeszłości jest podświadome przenoszenie współczesnych kategorii na to, co było kiedyś.

Następnie został poruszony temat wydawnictwa „Runa”. Prowadzący zapytał, jak to jest być pisarzem i jednocześnie zajmować się sprawami wydawniczymi. Brzezińska powiedziała, że w „Runie” było kilka osób i ona po urodzeniu dzieci trochę się odsunęła. „Lepsza jestem w pisaniu” – wyjaśniła. Podkreśliła jednak, że dzięki pracy w wydawnictwie poznała parę osób, z którymi do teraz prowadzi dialog literacki. Wojciechowski zapytał o techniczne kwestie związane z debiutami młodych autorów w „Runie”. Pisarka odparła, że bardzo dużo ludzi pisze i czasami otrzymują po trzy powieści dziennie, mimo że są małym wydawnictwem. Powodem tego jest według niej Internet, który zdemokratyzował pisanie oraz to, że wiele osób czuje potrzebę dzielenia się tym, co napisze. Tekst debiutanta trafia najpierw do wewnętrznych recenzentów, później przesyłany jest „wyżej”, gdzie zapada decyzja o wydaniu, a następnie rozpoczyna się redakcja książki, która jest ciężkim procesem dla obu stron i czasami trwa aż rok. Potem jest jeszcze korekta i wybór okładki. Przy okazji Brzezińska opowiedziała, że podczas redakcji jednej z jej książek wycięto wszystkie staropolskie słowa (co dla niej było niezrozumiale, bo zabieg stylizacji językowej zastosowała zupełnie świadomie, jak sprawdzający tekst mógł tego nie zauważyć?). Zaznaczyła, że w „Runie” zdarzają się jedynie drobne konflikty na linii autor-redaktor, praca odbywa się „bez większych awantur”. Na koniec dodała informację, że wydawnictwo powstało w 2002 roku i od tego czasu rynek bardzo się zmienił (pojawiły się np. książki do Biedronek), zmierza ku konsolidacji.

Powiązane z powyższym pytanie zadał jeden z czytelników. Był ciekawy, jak układa się współpraca miedzy wydawnictwem a dystrybutorami i księgarniami. Anna Brzezińska najpierw odparła, że małe wydawnictwo ma większe problemy niż duże, a później dodała, że to trudne pytanie, bo obowiązuje ją tajemnica handlowa. Ogólnie wyjaśniła, że na rynku jest duża konkurencja i to nie tylko między wydawnictwami. Sprawa jest bardziej skomplikowana niż dziesięć lat temu, bo niektóre podmioty przejmują wszystkie etapy produkcji, np. dystrybutorzy kupują wydawnictwa, a niedługo będą kupować drukarnie. W tym miejscu jedna z czytelniczek wyraziła swoje przerażenie poziomem wydawanych obecnie książek. Pisarka starała się ją pocieszyć, przywołując swoje doświadczenie średnioweicznika. Powiedziała, że romans jarmarczny i tego typu literatura były popularne od dawna. Według niej to dziewiętnastowieczne myślenie, że wszyscy będziemy czytali dobrą literaturę. Ludzie kiedyś interesowali się seksem i przemocą, tak jak teraz. Nie zmieniło się to, że w kulturze wysokiej uczestniczy niewiele osób. Ta sama czytelniczka co wcześniej wyraziła swoje zdanie, że w małych miejscowościach trudno o dobre książki, za to nie brakuje tych złych w bibliotekach i księgarniach. Na to Brzezińska odpowiedziała, że rozumie te dylematy jako mieszkanka Beskidu i matka dzieci (sześć i osiem lat). Próbowała kupić wartościowe książki w najbliższym mieście (Krosno) i wcale nie było to łatwe. Jej zdaniem tak już będzie, ludzie się nie zmienią. Natomiast „wkurza ją” mała promocja literatury dziecięcej, bo to są potencjalni czytelnicy. Podała przykład Norwegii, gdzie jest system wspierania czytelnictwa, którego u nas nie ma. Wtedy kierownik biblioteki wymienił, ile książek przypada „na głowę” mieszkańca Polski i Europy (w Polsce bez porównania mniej). W tym momencie spotkanie z autorką zamieniło się w dyskusję o dostępie do kultury. Pisarka tłumaczyła, że mamy dość trudną kulturę i dlatego ona zaczęła czytać dzieciom na głos, gdy skończyły pół roku. Czyta im dużo klasyki, ale na każdej stronie są słowa, które musi tłumaczyć. Współczesne książki nie wymagają od niej takich wyjaśnień. Znaczy to, że język się zmienił, uprościł, ma inne frazowanie, posługujemy się krótszymi zdaniami. Jeżeli dziecko nie będzie przygotowane, nie zrozumie potem lektur szkolnych (np. Sienkiewicza). Autorka zauważyła, że Polska ma słaby język powieści, a wysoki język poezji (bardzo ciekawe spostrzeżenie!). Jako historyk przypomniała, że w XVI w. zwykły człowiek też nie uczestniczył w kulturze słowa, a do XIX w. elity były dwujęzyczne, tzn. znały też język ludowy. Potem „rozłupano” to, co wysokie, od tego, co niskie. W wywód Brzezińskiej śmiało włączały się inne osoby. Podsumowaniem tego wątku rozmowy może być jej zdanie: „My jesteśmy odpowiedzialni za wychowanie własnych dzieci”. Warto też zanotować spostrzeżenie pisarki na temat Beskidu. Powiedziała, że ludzie są tam od pokoleń, mogą dotknąć rzeczy po prababci. Nazwała to „osadzeniem historii rodzinnej w przedmiotach” i „poczuciem konkretności historii”. Padło pytanie, jak literatura historyczna może rozbudzać ciekawość młodego człowieka. Autorka odparła: „Nie wiem. Pisarz robi to, co potrafi”. Powiedziała, że w pisarstwie Jacka Komudy wyraźny jest aspekt edukacyjny, ukonkretnienie, ona pisze inaczej, zakłada wyższy poziom wiadomości u swoich czytelników.

Bardzo ciekawe było tradycyjne pytanie o plany wydawnicze. Brzezińska chce napisać kilka opowiadań o Babuni Jagódce. Wyjaśniła, że ta postać pojawia się u niej, kiedy narasta w niej irytacja na pewne sprawy. Zbiera również notatki do opowiadań i powieści z cyklu włoskiego („Wody głębokie jak niebo”). Nietypowo wszystko będzie się rozgrywało w jednym miejscu. Najwięcej opowiedziało o trzecim swoim projekcie – powieści popularnonaukowej o trzech siostrach Zygmunta Augusta (to temat jej niedokończonego doktoratu). Zofia, Anna i Katarzyna bardzo się kochały, korespondowały ze sobą. Każda miała interesujące przygody. Pisarka chciałaby wytłumaczyć, jakie było znaczenie wydarzeń z ich życia, interesuje ją historia mentalności, historia kultury. 

Na tym spotkaniu wyjątkowo dużo pytań zadała publiczność. Padła np. propozycja napisania książki o Sędziwoju, poruszone zostały kwestie wpływu różnych wersji historii na nasze życie, temat literatury martyrologicznej, były pytania o to, jak wygląda dzień pracy, o pisanie planu powieści, o to, co czytają dzieci pisarki, a także pytanie, dlaczego Brzezińska przepisała „Plewy na wietrze”. Autorka opowiedziała też anegdotę o tym, jak tata chronił ją przed deprawacją sprzedając „Klaudynę” Colette do antykwariatu.

Nie dam rady opisać wszystkiego, przytoczę więc tylko najciekawsze wątki. Na pytanie: „Jak dzieci wpływają na pani twórczość?”, autorka odparła: „Destrukcyjnie”’. Stwierdziła, że nie są inspiracją i że nie wyobraża sobie pisania literatury dla dzieci. „U mnie w literaturze za dużo jest okrucieństwa, fundamentalnej niesprawiedliwości świata, który gra przeciwko człowiekowi” – powiedziała. Zapytana o preferencje czytelnicze i ulubione książki, odpowiedziała, że czyta prawie wszystko, oprócz bestsellerów (z powodu zrozumienia praw rynku). „Harry’ego Pottera” nie przeczytała, ale obejrzała z dziećmi z dużą przyjemnością. Nie czyta przygodówek, powieści płaszcza i szpady mało ją interesują, z polskiej fantastyki zawsze sięga np. po dzieła Wita Szostaka. Ważną lekturą jest dla niej „Odyseja” Homera czytana przez ojca w dzieciństwie. Pisarka miała to szczęście, że literatura dawna i historia były jej przekazywane od najmłodszych lat w formie bajek i opowieści.

Bardzo dużo napisałam o tym spotkaniu, bo naprawdę było niesamowicie interesujące. Cieszy mnie, że mamy tak inteligentne i wykształcone pisarki jak Anna Brzezińska. Słuchanie, co ma do powiedzenia to była przyjemność, szybko więc sięgnęłam po jej książki (wcześniej znałam zaledwie dwa opowiadania). Niedługo opowiem Wam więcej o wspaniałych „Opowieściach z Wilżyńskiej Doliny” i Babuni Jagódce.