Sen wariata? (Antoine Volodine, Sny Mevlida)

Gatunkowo inna niż wszystkie. Brawurowe połączenie realizmu magicznego z postapokaliptycznym science fiction. „Sny Mevlida” Antoine’a Volodine’a nie są łatwe do zaszufladkowania i zrozumienia. Jest w nich wiele elementów fantastycznych (fantasmagorycznych, surrealistycznych), jednocześnie narracja jest poetycka i nastrojowa (jak w „Sklepach cynamonowych” Brunona Schultza). Lektura od początku przypomina zanurzanie się w chaotyczny sen, w którym wszystko jest dziwne i potencjalnie możliwe.

Sny Mevlida, Antoine Volodine

Wydawnictwo: Draft Publishing, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Beata Geppert

Wizja, którą buduje Antoine Volodine nie należy ani do pięknych i przyjemnych, ani do optymistycznych. Przestrzeń nie jest przyjazna dla bohaterów. Reguły życia w niej są absurdalne.

„Tramwaj jechał ze zgaszonymi światłami, to silnie dygocząc, jakby za chwilę miał się rozsypać na kawałki, to znów gładko sunąc do przodu. […]

W wagonie było ciemno. Latarnie nie wystarczały do oświetlenia pasażerów. Tego odcinka trasy Mevlido zdecydowanie nie lubił. Po wojnie ulicę uprzątnięto, lecz stojące po obu jej stronach domy były zbyt zniszczone, aby zamieszkali w nich lokatorzy. Jechało się kilometrami wzdłuż opustoszałych kamienic o cuchnących pleśnią fasadach z czarnymi otworami drzwiowymi i okiennymi. Mówiło się, że znalazła tu schronienie część dzieci-żołnierzy, które uczestniczyły w ostatnim z nieprzeliczonych ludobójstw. […]

Minęła północ. Było gorąco. Jak w każdą letnią noc od kilkunastu dziesięcioleci nadejście wieczoru nie zmniejszało duchoty.” (s. 15)

Tytułowy Mevlido to policjant walczący z bolszewikami, rozmawiający z ptakami, należący do partii, której nazwy i poglądów nie zna, mieszkający w zniszczonej przez wojnę dzielnicy nędzy zwanej Kurnikiem Czwartym. Jego sny i wspomnienia nieustannie mieszają się z rzeczywistością. A może wszystko czego doświadcza jest snem?

„Sny Mevlida” zaskoczyły mnie swoją warstwą językową, stylistyczną, narracyjną. To wielka zasługa tłumaczki, która potrafiła oddać w języku polskim odrębność stylu Volodine’a. Francuski pisarz kryjący się pod tym pseudonimem potrafi czarować czytelnika opisami miejsc i sytuacji. Nawet coś tak zwyczajnego jak nocna jazda tramwajem staje się na kartach jego książki magicznym doświadczeniem. I choć wykreowany przez niego świat uległ katastrofie (degeneracji), której skutki wydaja się nieodwracalne, to jednak nadal pozostaje w nim jakieś wspomnienie miłości i piękna. Główny bohater niczym starożytny Syzyf stara się dokonać rzeczy niemożliwej – wykonać swoją życiową misję, nie wiedząc jak i po co.

Doskonałej formie powieści dorównuje treść. Volodine porusza fundamentalne tematy, takie jak sens ludzkiego życia i kierunek, w którym zmierza ludzkość. Za pomocą szkatułkowej budowy fabuły (jedna opowieść schowana w drugiej) i podwójnego narratora (pierwszoosobowego i trzecioosobowego) udało mu się stworzyć skomplikowany i lekko zamglony obraz-lustro, krzywe zwierciadło, w którym możemy dostrzec swoje życie i swój świat.

„Powszechna czarna wojna to obecnie jedyna konkretna perspektywa dla społeczności, której zachowania praktycznie we wszystkich dziedzinach można określić jako aberracyjne. Wszystko zmierza ku temu, co straszne i nieakceptowalne, nic nie jest racjonalne, modele analityczne nie znajdują już zastosowania. […]

Dzieciństwo i młodość Mevlida stają pod znakiem zagłady, płomieni, kolumn uchodźców, mnożenia się mutantów, chaosu. Życie dorosłe Mevlida to marsz na oślep w społeczeństwie ogarniętym nędzą i zidioceniem.” (s. 276-277)

Chaos, absurd, bezsens. Czy to tylko fikcyjna wizja przyszłości? Sen wariata?

PS Obszerny fragment „Snów Mevlida” można przeczytać na stronie wydawnictwa Draft Publishing:
http://draftpublishing.com/snymevlida/fragment