Mrok, samotność, wyobcowanie (Recenzja książki: Johan Theorin, Święty Psychol)

Chyba już wszyscy blogerzy książkowi napisali, że to świetna książka (oczywiście przesadzam, nie wszyscy, ale wielu). Niestety z tego, co zauważyłam nie przekłada się to wprost na popularność Johana Theorina w Polsce. Szkoda. Ja bardzo lubię czytać jego książki, natomiast kiepsko mi się o nich pisze, bo mam świadomość, że im czytelnik na początku mniej wie o fabule, bohaterach itd., tym bawi się lepiej. Mam więc problem. Najchętniej napisałabym, że nie ma co się zastanawiać, trzeba czytać i już. Jeżeli raz poznacie styl Theorina i Wam się spodoba, to będziecie chcieli więcej i się nie zawiedziecie – wszystkie jego książki są na podobnym, wysokim poziomie.

Wydawnictwo: Czarne, 2013, egzemplarz pożyczony
Autor przekładu: Barbara Matusiak

„Święty Psychol” się wyróżnia, bo nie należy do tzw. kwartetu olandzkiego (cztery powieści, których akcja toczy się na wyspie Olandii, mają wspólnego bohatera drugoplanowego detektywa-amatora mieszkającego w domu starców, Gerlofa). Byłam ciekawa, czy nowe miejsce wybrane przez autora też będzie miało „klimat”. Ma, jak najbardziej ma, bo jest to szpital psychiatryczny i znajdujące się obok niego przedszkole.

„Nie, to nie zwykły drut kolczasty wieńczy mur wokół Szpitala Świętej Patrycji. Jan zauważył to, gdy już zbliżył się do niego, by podać rękę doktorowi Högsmedowi. To przewody elektryczne. Tworzą ogrodzenie pod napięciem, wysokie niemal na metr, upstrzone diodami, które migają na czerwono przy każdym słupie. […]

Betonowy mur i przewody elektryczne przypominają Janowi palisadę – jak na wybiegu dla tygrysów – jednak na prawo od bramy zauważa mały ślad codzienności: stojak na rowery. […]

Wejście przez szpitalna bramę jest niczym stawianie pierwszych kroków w głąb czarnej jak węgiel jaskini. Obcy, nieznany świat.” s. 19

Jan skrywa mroczne tajemnice. Zresztą nie on jeden. Jak to u Theorina, wszystko rozgrywa się powoli, żebyśmy dokładnie mogli poznać głównych „aktorów”. Sceny opisujące teraźniejszość przeplatają się z tymi, które odkrywają przeszłość. Przeskakują w najbardziej interesujących momentach. Czy Jan jest złym człowiekiem? Tego dowiemy się dopiero na samym końcu.

Mrok, samotność, wyobcowanie to słowa najbardziej kojarzące mi się z prozą Theorina. Jego styl jest niezwykły. Mimo że czytałam „tylko” tłumaczenie, czułam, że autor świetnie panuje nad językiem, umie przekazać to, co siedzi mu w głowie. Przede wszystkim potrafi pokazywać skomplikowane ludzkie wnętrze, budować nastrój zagrożenia i zaskakiwać. Chociaż jeżeli chodzi o zakończenie to tym razem podobało mi się mniej. Ma jakby dwa warianty – pierwszy dużo oryginalniejszy, bardziej poruszający niż drugi (typowo sensacyjno-filmowy). Całość idealnie nadaje się do zekranizowania.

W porównaniu ze „Zmierzchem”, „Nocną zamiecią” i „Smugą krwi” brakowało mi tylko samej Olandii. Z niecierpliwością czekam na ostatnią rozgrywającą się tam część, która ukazała się już po szwedzku. Mam nadzieję, że talent autora będzie się rozwijał, a jego thrillery będą jeszcze bardziej niepowtarzalne.

Ocena: 5/6

Johan Theorin, Smuga krwi

 

Johan Theorin, Smuga krwi

Wydawnictwo: Czarne, 2012

 

Johan Theorin to moim zdaniem obecnie najlepszy skandynawski autor kryminałów (choć jego utwory typowymi kryminałami nie są, i może to jest ich największą zaletą?). „Smuga krwi” to trzecia jego książka, którą przeczytałam po „Zmierzchu” i „Nocnej zamieci”. Wiedziałam już czego się spodziewać: niespieszne tempo akcji, kilku bohaterów, osiemdziesięciolatek Gerlof w roli detektywa-amatora i najważniejsze: miejsce akcji – alwaret, wyspa Olandia. I jeszcze ten nastrój!

Tym razem akcja koncentruje się wokół Pera Mornera, jego dzieci (zamkniętego w sobie syna Jespera i chorej córki Nilli) oraz ojca po udarze (Jerry’ego Mornera). Poznajemy także sąsiadów Pera: Vendelę i Maxa Larssonów (dużo miejsca zajmuje opis dzieciństwa Vendeli). Natomiast w życiu Gerlofa następuje duża zmiana: czuje, że nie zostało mu już dużo czasu i wyprowadza się z domu opieki w Marnas i wraca do Stenviku.

„Smuga krwi” ma wiele cech wspólnych z poprzednimi utworami Johana Theorina należącymi do tzw. „kwartetu olandzkiego”. Są też różnice. W tej części bardzo często wspomina się o elfach i trollach, legendarnych stworzeniach zamieszkujących alwaret. Vendela wierzy w ich istnienie i często odwiedza „kamień elfów”, by złożyć na nim ofiarę i wypowiedzieć życzenie. Żona Gerlofa w swoich pamiętnikach wspomina, że odwiedzał ją troll z kamieniołomu. Ale nie tylko te tajemnicze baśniowe wątki wydały mi się czymś nowym. Także bardzo realistyczny temat przemysłu pornograficznego w Szwecji niespodziewanie odgrywa w tej książce dużą rolę, a autor w podziękowaniach wymienia dwa reportaże, które miały wpływ na napisanie powieści (i to widać).

Można się zastanawiać, czy wiosna na alwarecie jest tak samo ciekawą porą roku jak opisane wcześniej zima i jesień. Dla mnie każda powieść dziejąca się na Olandii napisana przez Theorina będzie ciekawa. Chociaż kolejne nie mają już tego „uroku nowości”, nadal lubię sobie wyobrażać rozległą wapienną równinę:

 

Gdy kwadrans później zjechali z mostu Olandsborn i skręcili na północ, na płaskiej wyspie otoczyła ich przyroda o żółtobrązowej barwie, przypominająca krajobraz na granicy między zimą i wiosną. Wieczorne słońce oświetlało rowy, z których wyglądały kwitnące zawilce i podbiały, ale po obu stronach drogi wciąż widać było połacie skrzącego się śniegu. Z kolei śnieg, który już stopniał w słońcu w głębi alwaretu, zaczynał tworzyć duże jeziora. Szemrzące wiosenne strumyki wpływały z nich w poszukiwaniu morza.

Wodny świat. Dokoła nikogo nie było, jedynie gromady czajek i zięb.”

Alwaret, jego mieszkańcy, ich przeszłość i teraźniejszość tworzą jedną historię, którą Johan Theorin wspaniale opowiada. Może jedynie jakiegoś zaskoczenia w zakończeniu lub mocnego punktu w trakcie opowieści mi zabrakło.

Ocena: 5/6

 

Johan Theorin, Nocna zamieć

 

Johan Theorin, Nocna zamieć

Wydawnictwo Czarne, 2010

 

Mam nowego ulubionego szwedzkiego autora, jest nim Johan Theorin. Po świetnym, debiutanckim „Zmierzchu” przeczytałam drugą jego powieść pt. „Nocna zamieć” i na pewno sięgnę po wszystkie następne. Narracja na najwyższym poziomie, wciągające zagadki, niesamowita atmosfera olandzkiej wyspy i odbieganie od schematów to podoba mi się w jego prozie najbardziej.

„Nocna zamieć” to nie jest typowy kryminał ani powieść grozy, ale coś oryginalnego, mieszczącego się na pograniczu gatunków. Autor zastosował „chwyty” znane ze „Zmierzchu”: na początku brak znamion przestępstwa, nie ma typowego detektywa, akcja toczy się powoli i pokazana jest z różnych punktów widzenia. Znając już trochę styl Theorina, wiedziałam mniej więcej, czego mogę się spodziewać. Tym razem największym zaskoczeniem wcale nie było zakończenie książki, ale zakończenie pierwszego z trzech rozdziałów pt. „Październik” (tytuły kolejnych rozdziałów to: „Listopad” i „Grudzień”, czyli jesienią jest najlepszy czas na przeczytanie „Nocnej zamieci”). Pisarz świetnie „wyprowadza w pole” czytelnika i swoich bohaterów.

A fabuła?, zapytacie. Nie mogę za wiele zdradzić. Rodzina Westinów, Joakim i Katrine z dziećmi: Livią i Gabrielem przeprowadza się na Olandię do starego, wymagającego remontu domu. Poznają nowe miejsce i jego tajemnice (sami również nie jedno ukrywają). My spotykamy się ponownie z Gerlofem w domu starców i przypominamy sobie niektóre postaci ze „Zmierzchu” (dlatego lepiej czytać tzw. „kwartet olandzki” Theorina chronologicznie). Jednym z najważniejszych „bohaterów” ponownie jest samo miejsce akcji:

Zejść nad wodę koło Aludden, to jakby dotrzeć na kraniec świata. To jak kres długiej podróży z dala od ludzi. Joakimowi spodobało się to uczucie.

Odnosiło się wrażenie, że północno-wschodnia Olandia składa się z przeogromnego nieba oraz wąskiego pasa żółtobrunatnego lądu. Maleńkie ostrowia wokół przypominały porosłe trawą żebra na wodzie. Płaskie wybrzeże wyspy, głębokie zatoczki i cienkie przesmyki niemal niepostrzeżenie łączyły się z wodą, tworząc płytkie i równe dno z piasku i gliny, stopniowo pogłębiające się w stronę Bałtyku.

Kilkaset metrów dalej białe latarnie morskie wznosiły się wysoko ku granatowemu niebu.”

Bardzo bym chciała odwiedzić kiedyś Olandię.

Teraz zastanawiam się, skąd wziąć kolejny tom serii Theorina. „Nocną zamieć” znalazłam cudem na Book-Change. „Smuga krwi” jest niestety tylko w jednej bibliotece w całym mieście (dziwne!). Będę musiała się tam wybrać albo sięgnę po audiobook otrzymany od Bookfy.

Ocena: 5+/6

PS Jeżeli ktoś chciałby przeczytać tę książkę, dołączyłam ją do mojej listy „na wymianę”:

http://cowartoprzeczytac.blox.pl/2012/02/Wymienie-ksiazki.html

 

Johan Theorin, Zmierzch

 

Johan Theorin, Zmierzch

Wydawnictwo: Czarne, 2008

 

Bookfa na swoim blogu zaproponowała akcję z nagrodami „Wakacje z Theorinem”, do której bardzo chciałam się przyłączyć, bo słyszałam już wiele dobrego o tym szwedzkim pisarzu. W bibliotekach o jego książki trudno, ale udało mi się jedną z nich zarezerwować i wypożyczyć. Teraz, choć wakacje powoli się kończą, także będę Was zachęcała, żebyście przeczytali „Zmierzch” i przekonali się, jak wspaniale pisze Johan Theorin. Myślę, że to nawet lepsza lektura na długie jesienne wieczory niż na lato.

Brzydką okładką absolutnie nie należy się zrażać. Skrywa ona wyjątkową, nawet jak na szwedzkie kryminały, zawartość. Trzeba mieć tylko trochę cierpliwości, żeby ją odkryć. Ja niestety jestem niecierpliwa i początkowo zupełnie błędnie oceniłam tę książkę. Zaczęłam czytać i spodobał mi się styl Theorina, który przenosi swojego czytelnika wprost w opisywane miejsce, na wyspę Olandię i alvaret, czyli trawiasty step. Jednak szybko miałam dość powolnego tempa akcji i „przeskakiwania” między bohaterami, cofania się w czasie do początków życia jednego z nich. Wydawało mi się, że wiem, kto jest mordercą, co trochę odbierało mi radość z czytania. Oczywiście bardzo się myliłam.

„Zmierzch” to jedna z tych książek, których pewnie nie przeczytałabym do końca, gdyby nie to, że ktoś (Bookfa) bardzo ją polecał. I popełniłabym wielki błąd. Na okładce powinno być napisane: „PRZECZYTAJ DO KOŃCA”. Autor zupełnie mnie zwiódł fałszywymi tropami i zaskoczył zakończeniem. Ale nie tylko dla zakończenia warto przeczytać. Po lekturze wszystkie elementy zagadki układają się w całość i czytelnik odkrywa, że każdy był w tej historii potrzebny. Ja przekonałam się, że sposób opowiadania stosowany przez Theorina ma wiele zalet i na przyszłość zupełnie inaczej będę patrzeć na jego powieści.

No tak, powinnam teraz napisać coś o bohaterach, przedstawić chociaż jakiś zarys fabuły. Właściwie im mniej się wie, tym lepiej się czyta, więc napiszę tylko, że zaskoczyła mnie postać detektywa-amatora Gerlofa Davidssona, mieszkańca domu starców, który po dwudziestu latach próbuje odkryć tajemnicę zniknięcia swojego pięcioletniego wnuka – Jensa. Gerlof jako dziecko lubił słuchać strasznych historii opowiadanych o zmierzchu, ale nigdy nie myślał, że sam weźmie udział w jednej z nich:

 

„Nadszedł zmierzch – czas strasznych opowieści.

Kiedy byłem dzieckiem w Stenvik, o tej porze kończono pracę na polach i w rybackich budach. Przed nadchodzącym wieczorem ludzie zbierali się po chałupach, choć jeszcze nie zapalano lamp naftowych. O zmierzchu starsi opowiadali, co zostało zrobione w ciągu dnia i co wydarzyło się w innych zagrodach we wsi. Czasem opowiadali dzieciom różne historie.

Gerlof zawsze najbardziej lubił najstraszniejsze historie. Opowieści o duchach. tajemniczych znakach, trollach i przypadkowej nagłej śmierci na olandzkim pustkowiu. Czasem opowiadali o wrakach statków, które wypływają na kamienisty brzeg, roztrzaskując się o skały.”

„Zmierzch” to powieść debiutancka. Bardzo udana. Jestem ciekawa kolejnych. Polecam!

Ocena: 5+/6

 

PS Do 31 sierpnia można się przyłączyć do „Wakacji z Theorinem”. Więcej informacji na blogu Bookfy:

 

Wakacje z Johanem Theorinem i bookfą

http://bookfa.blox.pl/2012/06/Wakacje-z-Johanem-Theorinem.html