Oswajanie chaosu (Ismet Prcić, Odłamki)

Patrzę na dwie książki, które ostatnio przeczytałam: „Kolor magii” Terry’ego Pratchetta i „Odłamki” Ismeta Prcicia. Ich okładki różnią się na pierwszy rzut oka. Pierwsza jest wielobarwna, baśniowa, wesoła – tak jak jej treść. Druga natomiast to poważne kolory, smutna twarz dziecka, kawałki popękanego szkła. Ten kontrast burzą tylko moje małe kolorowe zakładki (żółte, czerwone i niebieskie) wystające z boku „Odłamków”. Kartki powieści Prcića pełne są słów, które zrobiły na mnie duże wrażenie i dlatego chciałabym Wam dzisiaj trochę więcej o niej opowiedzieć. A o Pratchetcie planuję napisać, jak już poznam cały „Świat dysku”.

Ismet, Prcić, Odłamki

Wydawnictwo SQN, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Jarosław Rybski

Ismet Prcić pochodzi z Bośni, ale obecnie mieszka w USA. Wyjechał z ojczyzny jako młody chłopak. Chciał uciec od wojny. Okazało się to nie tak łatwe, bo pamięć tego, co przeżył nie dawała mu spokoju. Pisanie stało się dla niego terapią:

„Mówi, że mam zespół stresu pourazowego. Że pigułki to tylko tymczasowe rozwiązanie i żeby naprawdę wyzdrowieć, muszę ujrzeć swoje doświadczenie w szerszym kontekście, żeby ogarnąć, co i jak.

To on podsunął mi pomysł z pisaniem tego pamiętnika. […]

Najpierw skutkowało: pisałem o ucieczce, o moim dzieciństwie i starałem się trzymać faktów. Ale w miarę pisania pewne rzeczy – drobne wytwory fantazji – zaczynają się wkradać do tekstu. Zmagałem się z nimi z całych sił, starałem się je usuwać z rękopisu, ale przez to narracja w przedziwny sposób odchodziła od prawdy. Kiedy znów je włączyłem do tekstu, opowieść stała się prawdziwsza, choć nie pasowała do tego, co zapamiętałem, nie w każdym drobnym szczególe.” (s. 35-36)

Tak w uproszczeniu można by przedstawić genezę „Odłamków”. Sprawa jest oczywiście bardziej skomplikowana.

Kwestia tożsamości (narodowej i „osobistej”, poszukiwanie siebie), autotematyczność (pamiętnik czy fikcja literacka?), zmaganie się z traumą i strachem – to główne wątki, które wydały mi się najbardziej w tej prozie interesujące. Choć pomysł napisania książki zrodził się niewątpliwie z życia, z realnych faktów, to efekt końcowy jest dziełem „niezależnym” i wieloznacznym, bogatym w różne warstwy znaczeń. Doceniam formę – „odłamki” kilku tekstów połączone w jedną całość. Chaos narracji jest nieprzypadkowy:

„Nie, nigdy wcześniej nie widziałem pokazu ogni sztucznych. Nie wiedzieli ich też Ramona, Omar ani Boro. Asmir i muzycy byli od nas starsi. Ich w pełni ukształtowane umysły pamiętały życie sprzed wojny, sprzed chaosu, sprzed bezsensu. Poznali, co to porządek, co to sens. Naprawdę wyjechali z Bośni, bo pozostawienie za sobą chaosu było powrotem do normalności. Ale, jeśli się wzrastało z chaosie, wtedy nie było od niego odwrotu. Nie było ucieczki. Dla mnie chaos był właśnie ową normalnością. A prawdziwa normalność okazała się nienaturalnym, kruchym stanem ducha.” (s. 269)

Pisarz konstruuje świat przedstawiony w sposób, który ma odzwierciedlić rozpad osobowości, jaki dokonał się w ludziach pod wpływem wojny.

Bohaterem i narratorem większości rozdziałów jest alter ego autora – Ismet Prcić opowiadający o swojej przeszłości (w sposób niechronologiczny) i teraźniejszości (wyjątki z dziennika, których adresatem jest jego matka). Drugą ważną postacią jest żołnierz Mustafa Nalić, który wydaje się być wymyślony po to, by pokazać grozę i bezsens działań wojennych. Dotyczące go fragmenty charakteryzują się pewną sztucznością (zamierzoną). O ile Ismet jest momentami „do bólu szczery”, o tyle Mustafa jest kreacją mało wiarygodną (co ma swoje uzasadnienie). Ich losy przeplatają się, a nawet przenikają, przeczą sobie. Dzięki temu czytelnik daje się wciągnąć w grę – próbuje odgadnąć „jak było naprawdę”.

Zaznaczyłam w tekście dużo zdań dotyczących teatru, wszystkich tu nie przytoczę, ale krótko o kilku z nich wspomnę. W przedmowie do wydania polskiego Prcić opisuje, jak w wieku osiemnastu lat wyjechał do Edynburga na festiwal teatralny (jako aktor) i zetknął się tam ze sztuką poznańskiego teatru Biura Podróży, która zmieniła jego życie. W rozdziale „Kult Asmira” Ismet opowiada o próbach teatralnych i artyście-nauczycielu, dzięki któremu teatr stał się dla niego wszystkim. Ta miłość do sztuki jest czymś niesamowitym! Szczególnie poruszyła mnie scena, w której młodzi aktorzy siedząc na ławce w parku, wpadają na pomysł małego performansu:

„Zachowywaliśmy się, jakby ciągnęło nas, by ustawić przed ławką ramę. No wiecie, żeby tym ludziom coś to dało. Cokolwiek. Oparliśmy ją sobie na kolanach, trzymaliśmy prosto i zamarliśmy w bezruchu. Staliśmy się obrazem, postaciami gapiącymi się przez ramę na świat rzeczywisty.

I wkrótce prawdziwi ludzie zaczęli się gapić na nas, na obraz, zapominając na chwilę o wojnie, o jej niedającej wytchnienia psychozie sterującej wszystkimi zachowaniami. Ludzie bez względu na wszystko musieli spojrzeć na sztukę.” (s. 131)

A potem zaczyna się bombardowanie. Czy w takich czasach tworzenie sztuki jest możliwe?

„Odłamki” skojarzyły mi się z „Ru” Kim Thuy ze względu na fragmentaryczność i wątek emigracyjny oraz z „Miłością z kamienia” Grażyny Jagielskiej (zespół stresu pourazowego jako powód pisania, mieszanie autobiografii z powieścią). Różne kultury, różni ludzie – podobne doświadczenia. Te trzy książki łączy jeszcze jedna cecha – ich lektura wielu osobom może pomóc.

PS Następne notki na blogu będą dotyczyły prozy egipskiej i rumuńskiej.