Genialna biografia genialnej pisarki (Elizabeth Gaskell, Życie Charlotte Brontë)

Kto by pomyślał, że biografia może być tak zajmująca jak powieść? Jeżeli jest to biografia genialnej pisarki napisana przez inną wielką pisarkę, jeżeli dodatkowo obie autorki znały się osobiście i przyjaźniły, to nie mogło być inaczej. „Życie Charlotte Brontë” to cudowna opowieść, której lektura poza tym, że sprawia przyjemność jest również niezwykłym przeżyciem dla wielbicieli talentu panny Brontë, bo pozwala poznać ją z bliska, wręcz poczuć jej obecność.

Życie Charlotte Bronte, Elizabeth Gaskell

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Katarzyna Malecha

Na stronach tej książki Charlotte jest jak żywa. Jej postać, dom, rodzina, parafia w Haworth, wrzosowiska – to wszystko zostało świetnie opisane. Barwnie, przejmująco, z sympatią, współczuciem, delikatnością. Widać, że Elizabeth Gaskell dołożyła wszelkich starań, żeby zachować dla przyszłych pokoleń jak najpełniejszy obraz autorki „Jane Eyre”, choć nie było to łatwe:

„Kiedy miałam zaszczyt przyjąć propozycję napisania niniejszej biografii, pomyślałam, że szczególnie dużą trudność sprawi mi ukazanie tego, jak prawdziwie szlachetną, rzetelną i czułą kobietą była Charlotte Brontë, bez wplatania w jej życiorys zbyt dużej ilości faktów z życia jej najbliższych i najdroższych przyjaciół. Po długich rozmyślaniach na ten temat postanowiłam, iż jeżeli w ogóle mam pisać, to będę pisać rzetelnie; że nie będę niczego zatajać, jakkolwiek o niektórych rzeczach, ze względu na ich naturę, nie można mówić równie otwarcie jak o innych.” s. 568

Postawiła jednak przed sobą pewne ograniczenia. Ponieważ kiedy pisała biografię, nadal żyła część z jej bohaterów, postanowiła niektóre materiały pominąć i ostatnie lata życia pisarki potraktować bardziej ogólnikowo:

„Naturalnie, im bliżej jestem dopiero co minionych lat, tym bardziej niepodobna, bym pisała równie szczegółowo, jak dotychczas, kiedy to nie uważałam przytaczania tak drobiazgowych opisów za rzecz niesłuszną.” s. 594

Z jednej strony wielka szkoda, że nie przekazała nam wszystkiego, czego się dowiedziała. Z drugiej, moim zdaniem, miała rację – nie wszystkie tajemnice powinny ujrzeć światło dzienne. Autor powinien mieć prawo do prywatności, także po śmierci.

Dużą część „Życia Charlotte Brontë” stanowią listy. Ciekawa jestem, czy Charlotte chciałaby, żeby ktoś czytał jej prywatną korespondencję. Wydaj mi się, że nie. Choć pani Gaskell nie opublikowała żadnego kompromitującego listu, to jednak zbudowała swoje dzieło w dużej mierze na tekstach, które nigdy nie miały dotrzeć do więcej niż jednego zaufanego adresata. Na tym polega siła tej biografii – biografka oddała głos pisarce. Sam zbiór listów bez komentarzy, wyjaśnień, selekcji nie byłby być może już tak interesujący? Kto wie? Czy zrobiła dobrze?

Jeżeli porównamy intrygującą pracę biograficzną Eryka Ostrowskiego pt. „Chalotte Brontë i jej siostry śpiące” z utworem Gaskell, bez trudu dostrzeżemy wiele różnic. Pierwsza z tych książek jest dobrym dopełnieniem drugiej. Ponadto to nie kto inny, jak właśnie jej autor napisał długie wprowadzenie do „Życia Charlotte Brontë”, w którym pokazuje jego wady i zalety, uzupełnia białe plamy pozostawione przez przyjaciółkę Charlotte, snuje domysły, prostuje nieprawdziwe fakty i osądy. Muszę przyznać, że ten wstęp przeczytałam dopiero na końcu i na chwilę ostudził on mój zachwyt dla książki pani Gaskell. W jego świetle może lepiej byłoby potraktować ją jako powieść, nie biografię w pełnym tego słowa znaczeniu? Ale wtedy pojawiłoby się pytanie: Czy istnieje biografia, która w 100% oddałaby życie człowieka?

Ocena: 6/6

PS Niedługo postaram się napisać o „Niedokończonych opowieściach” Charlotte Brontë, kolejnej niezwykłej i niespodziewanej książce wydanej przez Wydawnictwo MG.

Nieprzewidywalna i kunsztowna (Mirosław Tomaszewski „UGI”)

Nie spodziewałam się, że to właśnie „UGI” Mirosława Tomaszewskiego będzie tą wyjątkową książką – jedną na sto – która mnie zaskoczy, zachwyci i pozostawi z uczuciem niedowierzania. Jak to się stało, że ta niezwykła powieść wydana przez wydawnictwo Czarne w 2006 roku nie odniosła wielkiego, międzynarodowego sukcesu? Chciałabym Was przekonać, że pod tą biało-czarną okładką skrywa się dzieło, z którym warto się zapoznać i które mimo upływającego czasu nie traci (i nie straci) swojej wartości.

Mirosław Tomaszewski, Ugi

Wydawnictwo: Czarne, 2006, egzemplarz własny

Siła „UGI” polega nie tylko na podejmowaniu ważnych, wciąż aktualnych tematów (np. świetnie odmalowane w niej zostały zagrożenia płynące z rozwoju marketingu i związanej z nim manipulacji konsumentami). Intryguje przede wszystkim sposób, w jaki autor połączył różne intertekstualne tropy (moje skojarzenia podczas lektury biegły na początku głównie w kierunku fantastyki – Lema, np. „Kongresu futurologicznego”, Dicka i jego „Ubika”, później zahaczyły też o „Cosmopolis” Dona DeLillo, a na końcu zatrzymały się na dłużej przy „Fauście” Goethego), Wszystkich (bezpośrednich i pośrednich) odwołań literackich, filmowych i ogólnie kulturowych zawartych na tych ponad trzystu stronach nie sposób wyliczyć (nie miałoby to zresztą sensu, taki zestaw tytułów wyglądałby inaczej dla każdego z czytelników, zależnie od tego, jakie utwory ma już za sobą). Ważne, że poza nimi znajdują się w tekście rzeczy nowe i oryginalne – przebieg fabuły i zakończenie nie są typowe dla literatury sensacyjnej przedstawiającej międzynarodowe spiski i walkę samotnego bohatera próbującego je odkryć (podobnie jak przesłanie książki).

Oskar Knop jest co prawda nowojorskim dziennikarzem, natrafia na trop wielkiej afery związanej z tajemniczą organizacją Universal Global Investments, rozpoczyna śledztwo na własną rękę, ale… Ale jego losy toczą się wbrew schematom. Najlepszym, najciekawszym fragmentem jego historii jest pobyt w Polsce, w rodzinnej Gdyni, a później w oddalonym od niej o niecałe sto kilometrów szpitalu psychiatrycznym. Szczególnie podobał mi się jeden z wątków rozważań Kropa nawiązujący do romantycznego mitu narodowego i przedstawiający Polskę jako ojczyznę buntowników:

„Patrząc na sopockiego pucybuta, znalazłem wreszcie uzasadnienie tego, że prowadzę niebezpieczne śledztwo, wydaję pieniądze i narażam się bez racjonalnego powodu. Byłem Polakiem, a więc również contras. To banalne odkrycie tak mnie zaskoczyło, że kiedy wysiadłem na trzecim peronie dworca Gdynia Główna Osobowa, nie rozpoznałem rodziców w dwójce starszych ludzi, którzy z daleka do kogoś machali.” (s. 156)

Contras to opisany w powieści ruch kontestatorski skierowany przeciwko konsumpcjonizmowi i markowym produktom (w uproszczeniu). Według recenzentów zacytowanych na tylnej stronie okładki „UGI” jest thrillerem, a nawet „thrillerem kapitalistycznym”. Radziłabym jednak nie nastawiać się na powieść z dreszczykiem, mimo że wydano ją w serii „Ze strachem”. Jeżeli chodzi o przynależność gatunkową, sprawa jest bardziej skomplikowana.

Książka Mirosława Tomaszewskiego jest nieprzewidywalna. Smutna, bo płyną z niej smutne wnioski – o świecie, o człowieku. Literacko – kunsztowna! Prawdziwa perełka w polskiej literaturze współczesnej (choć to wyświechtane określenie). Dla mnie osobiście – wspaniałe odkrycie.

Ocena: 6/6

PS Przy okazji serdecznie zapraszam na stronę internetową Mirosława Tomaszewskiego:

http://tomaszewski.edumuz.pl/wordpress/

Szaleństwo, marzenia i codzienność (Miguel de Cervantes, Don Kichot z La Manczy)

Ile trzeba słów, żeby napisać o „Don Kichocie z La Manczy” – książce, która ma 1000 stron? Bardzo niewiele. Uważam, że sam tytuł jest wystarczającą zachętą do lektury. Pomyślcie, czy nie chcielibyście poznać „prawdziwych” przygód najsłynniejszego błędnego rycerza, postaci, która od ponad 400 lat jest obecna w kulturze europejskiej? Zapewniam, że Don Kichot wciąż inspiruje, pobudza wyobraźnię, bawi i zmusza do zastanowienia.

Miguel de Cervantes, Don Kichot z La Manczy

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Edward Boye

W XXVIII rozdziale pierwszej części Miguel de Cervantes z właściwym sobie poczuciem humoru wychwala swojego bohatera i swoje dzieło:

„Szczęśliwe, po trzykroć szczęśliwe te czasy, gdy najdzielniejszy rycerz, Don Kichot, na świecie się pojawił! Dzięki temu, że powziął chwalebny zamysł odrodzenia i ustanowienia z powrotem zanikłego już i martwego prawie zakonu rycerstwa błędnego – możemy teraz, w tym wieku ubogim w radość i rozrywkę godziwą, cieszyć się nie tylko rozkoszą tej prawdziwej historii, ale również zamykającymi się w niej opowieściami i epizodami, które samej historii na włos nie ustępują, będąc równie przyjemne, kunsztu osobnego pełne i nie mniej prawdziwe jak ona.” (s. 243)

I choć to fragment żartobliwy, jest w nim zarazem dużo prawdy. Hiszpański autor stworzył arcydzieło i dał nam nie jedną, a aż dwie wyjątkowe postaci. Szalony marzyciel Don Kichot oraz jego poczciwy i zabawny giermek Sanczo Pansa to na pierwszy rzut oka para „cudaków”, ale mają w sobie też „coś” więcej. Dla mnie ważna w tej historii była ich potrzeba/chęć, żeby wyruszyć w świat i odmienić swoje życie. Sługa chciał się wzbogacić, a jego pan naczytał się za dużo eposów rycerskich, ale wyróżnia ich to, że obaj byli gotowi na niebezpieczeństwa i niewygody, porzucenie bezpiecznego domu i spotkanie z nieznanym.

Wędrówka Don Kichota i Sanczo Pansy to pasmo zwyczajnych zdarzeń, które za sprawą obłędu (a może wyobraźni?) pierwszego z nich stają się wielkimi przygodami. Kto nigdy nie marzył, by przydarzyła mu się historia przeczytana w książce, ten nigdy nie zrozumie sedna tej powieści. Bo choć autor chciał przestrzec czytelników przed głupimi lekturami, widać, że szanował te, które są mądre i pożyteczne i te, które sprawiają radość. „Don Kichot” pełen jest literackich odniesień, intertekstualnych gier i żartów świadczących nie tylko o inteligencji Cervantesa, ale także o jego oczytaniu i miłości do literatury. Sposób, w jaki zestawił ze sobą szaleństwo, marzenia i codzienność, dodając do nich humor, zapewnił mu zasłużoną, nieśmiertelną sławę.

Ocena: 6/6

Nowe tłumaczenie jednej z najsłynniejszych dziewiętnastowiecznych powieści (Emily Brontë „Wichrowe Wzgórza”)

Chciałabym napisać coś oryginalnego i odkrywczego o tej książce, ale nie umiem. (To chyba zresztą niemożliwe.)

Bardziej niż romans jest to dla mnie powieść o ludzkich charakterach, o ciemnej stronie natury człowieka. Opisane w niej uczucia są… I tu brak słów – długo można by się nad tym rozwodzić, a i tak nie sposób oddać treści „Wichrowych Wzgórz”. Dlatego nie będę Wam opowiadała historii Catherine i Heathcliffa (i ich rodzin). Niech ci, którzy potrafią tworzą piękne frazy o wielkiej i szalonej miłości. Ja zaznaczyłam sobie dwa ważne fragmenty dotykające tego tematu, które tu przytoczę zamiast własnych refleksji. Pierwszy:

„[...] a zatem nigdy nie będzie wiedział, jak go kocham, i to nie dlatego, że jest przystojny, Nelly, tylko dlatego, że bardziej jest mną niż ja sama.” (s. 100)

Drugi:

„Nie umiem tego wyrazić, ale z pewnością i ty, i każdy ma przeświadczenie, że jest albo powinna być jakaś egzystencja, która jest nasza, ale jest poza nami. […] największą ideą w moim życiu jest on. Jeśliby wszystko inne zginęło, a on by pozostał, mogłabym istnieć dalej, a jeśli wszystko inne przetrwałoby, a on zostałby unicestwiony, wszechświat stałby mi się wielkim nieznajomym, nie czułabym się już jego częścią. […] Nelly, ja jestem Heathcliffem! On jest zawsze w moich myślach, i nie jako przyjemność, nie bardziej niż ja sama jestem zawsze dla siebie przyjemna, ale jako moja własna istota.” (s. 101–102)

Ogromnie jestem ciekawa, kto napisał te zdania i co w swoim życiu wcześniej przeżył. Czy była to Emily Brontë? Jeżeli tak, to kim była? Tak mało o niej wiemy, a ostatnio jeszcze Eryk Ostrowski w swojej biografii („Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”) zasugerował, że „Wichrowe Wzgórza” są dziełem wspólnym jej rodzeństwa – Patricka Branwella Brontë i Charlotte. Jak więc było naprawdę? Kto w tak unikatowy i genialny sposób potrafił przelać swoje myśli na papier, że zachwycają miliony czytelników od kilku pokoleń? (I będą nadal zachwycać, czego jestem pewna).

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki

Dla mnie to było drugie spotkanie z tym utworem i na pewno nie ostatnie. Nie mogłam się doczekać nowego wydania – a raczej nowego tłumaczenia autorstwa Piotra Grzesika. Zarówno za pierwszym razem (kilka lat temu w wersji Janiny Sujkowskiej), jaki i za drugim (teraz) czytało mi się wspaniale, więc wnioskuję, że oba przekłady spełniły swoją rolę. (Niestety nie umiem ich fachowo porównać.)

Świetnym dodatkiem do publikacji Wydawnictwa MG jest umieszczona na końcu „mistyczna” interpretacja powieści pióra Piotra Grzesika (Posłowie). Trzydzieści stron luźnych uwag (uporządkowanych w dwadzieścia osiem punktów) zestawiających angielskie arcydzieło np. z „Pierścieniem Nibelunga” Ryszarda Wagnera czy teoriami Fryderyka Nietzschego. Choć nie przemawiają do mnie wszystkie argumenty tłumacza, to jednak pomógł mi on dostrzec „drugie dno” „Wichrowych Wzgórz” – ich wymiar mityczny i symboliczny.

Podczas lektury zastanawiałam się, na ile jest ona realistyczna. W jakim stopniu przedstawia „prawdziwe” postaci? Wyjaśnienie tej kwestii znalazłam w Apendyksie zamieszczonym przed spisem treści (za który również jestem wdzięczna wydawcy). Virgina Woolf napisała:

„A nawet jeśli o to pytamy, widzimy w Heathcliffie brata, którego widzieć mogła genialna siostra; mówimy sobie: on jest niemożliwy, a przecież mimo to żaden chłopak w literaturze nie istnieje bardziej prawdziwie niż on. Podobnie jest z pierwszą i drugą Catherine – mówimy sobie, że nigdy żadna kobieta nie mogłaby czuć tak, jak czują one, ani też podobnie do nich postępować. I jakby na przekór temu są one najbardziej ujmującymi kobietami w literaturze angielskiej. To jest tak, jakby autorka umiała zedrzeć ze swych postaci wszystko, co wiemy o istotach ludzkich, aby później wypełnić te trudne do rozpoznania prześwity strumieniem życia o takiej sile, że przewyższają one rzeczywistość”. (s. 447)

„Wichrowe Wzgórza” zachwycają formą i treścią. (Jak wspaniałe muszą być w oryginale! I dla kogoś, kto zna odpowiednie konteksty kulturowe, obyczajowe oraz niuanse lingwistyczne.) Jest w nich i „poezja wrzosowisk” i ludyczny humor (postać dewota Josepha), i groza (rozkopywanie grobów, strach przed duchami), i miłość, jaka się nie zdarza.

Ocena: 6/6

PS Próbuję porównać „Jane Eyre” Charlotte Brontë i „Wichrowe Wzgórza”. Która powieść bardziej mi się podobała? Którą wyżej cenię? To trudne pytania, bo dotyczą dwóch tak zupełnie różnych utworów. Podczas czytania „WW” wydawało mi się, że są jednak „genialniejsze” – że poruszają ważniejsze kwestie i robią to w formie doskonalszej niż ma to miejsce w „JE”. Nie wiem, czy to tylko wrażenie. Jak przeczytam kiedyś obie książki po kilka razy – będę wiedziała. A Wy jak sądzicie?

Jedna z najważniejszych książek 2013 roku (Wojciech Tochman, Grzegorz Wełnicki, Eli, Eli)

Książka Grzegorza Wełnickiego i Wojciecha Tochmana zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Specjalnie podkreślam jej podwójne autorstwo. Choć napisał ją reporter, nie powstałaby, gdyby nie fotograf. I jeszcze jedna osoba jest w niej ważna, żeby nie powiedzieć najważniejsza – „Josephine z perłą” (Josephine Vergara zwana Ate Jo).

Wydawnictwo: Czarne, 2013, egzemplarz z biblioteki

To bardzo osobisty reportaż i właściwie nie sposób o nim opowiedzieć. Każdy pewnie odbierze go inaczej, na co innego zwróci uwagę. Ja podziwiam Wojciecha Tochmana za szczerość i otwartość, z którą przekazuje swoje myśli. I za talent w dobieraniu odpowiednich słów – wstrząsających, wybijających czytelnika z dobrego nastroju i samopoczucia, oskarżających, rozliczających, ale i skierowanych w samego siebie – w reporterów i reportaż. Według mnie „Eli, Eli” to jedna z najważniejszych książek 2013 roku w Polsce. Jest wielowymiarowa i ważna z wielu względów. Pierwszy (najbardziej powierzchowny) – bo pokazuje Filipiny. Drugi – bo portretuje biedę i pochyla się nad ubogimi. Trzeci – bo próbuje wniknąć w głąb rzeczywistości i ją zrozumieć. Czwarty – bo nie tylko przygląda się biernie, nie tylko analizuje, ale jest pełna energii i emocji, które mogłyby góry poruszyć (albo przynajmniej kilka serc). Piąty – ze względu na autotematyzm i autoteliczność – jest to reportaż będący rozprawą z reportażami, a może nawet trochę traktatem moralnym reportera. Wszystkie z wymienionych powodów są ważne, ale to ten ostatni wydaje mi się najważniejszy.

Wełnicki i Tochman pojechali na Filipiny i powstała książka o tym, co tam zobaczyli i o ludziach, których tam poznali. To rodzi pytanie, a może nawet kilka pytań. Co nimi kierowało? Po co jechali? Co chcieli osiągnąć? Co osiągnęli? Czy ich postępowanie (podobnie jak postępowanie innych dziennikarzy, fotografów, reporterów) można uznać za moralne? Czy jest w porządku względem „bohaterów reportażu”? Czy obaj więcej otrzymali czy więcej dali? I w końcu: gdzie są granice sztuki i reportażu?

Jeżeli chodzi o treść, to nie będę jej Wam opowiadała. Mam nadzieję, że sami zechcecie ją poznać. Za to zatrzymam się jeszcze chwilę nad formą, która mnie zaskoczyła. Zdjęcie Wełnickiego – kilkustronicowy opis Tochmana. Zdjęcie – opis. Zdjęcie – opis. Itd. Na końcu osobista refleksja obu panów, odsłaniająca ich motywy (szczególnie Wełnickiego). Piękna klamra kompozycyjna łącząca początkowe zdjęcie kobiet w wodzie z końcowym opisem (bardzo wzruszającym) jego powstania:

„…morze jest spokojne…

… weszły ostrożnie do wody, Ate Jo z mamą, w jasnych długich koszulach, cieszyły się jak dzieci, patrzyłem na nie zdumiony, woda moczyła im uda, zdumiony słuchałem siebie, zrobiłem to dla siebie, ostatnie tego dnia światło padało na ocean, spełniłem swoje marzenie, dalekie ciemne chmury, dla siebie je tu przywiozłem, mogłem mu podać rękę, powiedzieć, do zobaczenia, tato, kolory srebra i stali, wiedziałem, że drugiej operacji ojciec nie przeżyje, wszedłem za nimi do morza i zobaczyłem, jak są ze sobą blisko. Ate Jo z mamą, tak w sumie powinno być, syn grzebie ukochanego ojca, a nie ojciec ukochanego syna, taki jest porządek, boli, kurwa, boli, ale tak jest dobrze, patrzyłem na nie, jak są w tej wodzie razem szczęśliwe, zrobiłem zdjęcie…

…jeden dzień szczęścia dla Jo, pozwoliłem ojcu odejść…” s. 124

Brak słów. Podziwiam fotografa, że podzielił się tak osobistymi uczuciami. I podziwiam jego zdjęcia. „Josephine z perłą” nie ustępuje Vermeerowi.

Uważam, że dobrze się stało, że ta kontrowersyjna książka powstała. Daje do myślenia, nie pozostawia obojętnym. Mówi: zatrzymaj się, pomyśl, kim jesteś, dokąd zdążasz, kto jest obok Ciebie.

Ocena: 6/6

Brutalna prawda czy piękny fałsz? (Stanisław Lem, Kongres futurologiczny; Ari Folman, Kongres)

Znowu Lem i znowu audiobook. Dodatkowo jeszcze film. Przypadek. A może nie? „Kongresu futurologicznego” słuchałam kilka tygodni po „Niezwyciężonym”, żeby przygotowana pójść do kina na „Kongres” w reżyserii Ariego Folmana. Wzięłam z biblioteki zarówno książkę papierową jak i mówioną, ale sięgnęłam po tę drugą ze względu na to, że nie męczy oczu.

 

Wydawnictwo: Agora, 2008, audiobook, egzemplarz z biblioteki
Lektor: Adam Ferency

Czyta Adam Ferency. Bardzo dobrze czyta. Nie ma efektów specjalnych, ale nie są potrzebne. W wyobraźni pod wpływem tekstu sam tworzy się straszny świat przyszłości, w którym za pomocą substancji farmakologicznych można wykreować dowolne złudzenia. Główny bohater, Ijon Tichy, przyjeżdża do Costoricany na tytułowy Ósmy Światowy Kongres Futurologiczny jednak prawie od samego początku coś jest nie tak. Pierwsze halucynacje wywołuje przypadkowo wypita woda z kranu w luksusowym hotelu Hilton. Później jest jeszcze gorzej – zaczynają się uliczne zamieszki, strzelanina i zrzucone zostają bemby (Bomby Miłości Bliźniego). Od tego momentu iluzja goni iluzję. Każda kolejna jest gorsza od poprzedniej. A wisienką na torcie jest rok 2039:

„Nareszcie dowiedziałem się, jak wejść w posiadanie encyklopedii. Już ją mam nawet – mieści się w trzech szklanych fiolkach. Kupiłem ją w naukowej sięgarni. Książek się teraz nie czyta, książki się je, nie są z papieru, lecz z informacyjnej substancji pokrytej lukrem. […] Wszystko w pastylkach, pigułkach, w syropach, w kroplach, w łomie, są nawet lizaki dla dzieci. Byłem niedowiarkiem, ale przekonałem się do tej innowacji. Po zażyciu czterech tabletek algebryny opanowałem, ani wiem kiedy, wyższą matematykę bez najmniejszego starania z mej strony; wiedzę zdobywa się teraz przez żołądek.”

Pozornie raj, ale… pozory mylą.

W filmie jest inaczej (pod wieloma względami). Główną bohaterką jest kobieta, aktorka Robin Wright (którą gra sama Robin Wright). Początek jest niezwiązany bezpośrednio z książką, niespieszny, pełen istotnych dialogów o sytuacji współczesnego kina i stanowi preludium do części animowanej, oszałamiającej kolorami i zwrotami akcji, opartej na motywach opowiadania Stanisława Lema. Obrazki są cudowne, godne podziwu. Można je obejrzeć na specjalnej stronie internetowej. Wymowa i zakończenie są odmienne, ale mimo to, a może dzięki temu, „Kongres” (choć trudniejszy w odbiorze) robi wrażenie nie mniejsze od „Kongresu futurologicznego”.

Oba dzieła formą i treścią zostawiają ślad w odbiorcy (obu nie da się opowiedzieć, w krótkim tekście, oba polecam). Inspirują do zadawania sobie pytań o istotę tożsamości człowieka, o sens zażywania środków chemicznych, o sposoby manipulacji społeczeństwem (i wiele innych). I przede wszystkim stawiają przed wyborem jednej z dróg: albo brutalna prawda, albo piękny fałsz.

Ocena: 6/6

Czas na superprodukcję! (Stanisław Lem, Niezwyciężony)

Dostałam (w ramach spotkania blogerów książkowych w Sopocie) kod na dowolny audiobook z serwisu Audioteka.pl. Mogłam wybrać, co tylko chciałam z całej oferty sklepu – to dopiero przyjemne zadanie. Długo nie mogłam się zdecydować. Aż trafiłam na tę stronę i znajdujący się tam zwiastun superprodukcji „Niezwyciężony”:

http://audioteka.pl/niezwyciezony

Narratorka: Krystyna Czubówna (jeden z moich ulubionych głosów). W jednej z dwóch głównych ról: Daniel Olbrychski. Reżyseria, muzyka, realizacja – rewelacja! Chcę więcej takich produkcji na naszym rynku. Czas na superprodukcje! Tak, wiem, jest jeszcze „Trylogia husycka” Andrzeja Sapkowskiego zrealizowana z ogromnym rozmachem i kilka innych tytułów, ale to wiąż za mało. Powinno być dużo więcej.

Audioteka.pl, 2013, audiobook – superprodukcja

Przez dwa lata nie było na moim blogu ani jednego audiobooka. To nie przypadek. Zawsze wolałam sama czytać niż słuchać nagrań. Próbowałam nie raz się przełamać, w bibliotece jest bardzo duży wybór. Jednak dopiero superprodukcja „Niezwyciężony” przekonała mnie, że poświęcanie czasu audioksiążkom ma sens. To coś więcej niż odczytywany na głos tekst. To słuchowisko przypominające ekranizację (tylko bez obrazu). Porusza wyobraźnię, dostarcza zupełnie nowych doznań estetycznych! Jeżeli dodać do tego jeszcze wspaniałą powieść Stanisława Lema, otrzymujemy majstersztyk!

Lem nie był moim ulubionym pisarzem. Ale już jest. Na studiach czytałam jego genialną „Solaris”, potem zraził mnie trudny „Głos Pana”. „Niezwyciężony” i „Kongres futurologiczny” (o którym napiszę niedługo) sprawiły, że stałam się wielką fanką klasyka polskiej SF. I na pewno sięgnę po kolejne jego utwory (mam już audiobook „Opowieści o Pilocie Pirxie”).

Teraz o samej powieści słów kilka. „Niezwyciężony” jest historią rozpisaną właściwie na dwóch głównych bohaterów: dowódcę tytułowego statku kosmicznego Horpacha i nawigatora Rohana. Miejscem akcji jest tajemnicza planeta Regis III. Od początku mamy do czynienia z kilkoma zagadkami, które po pierwsze dotyczą zaginionej załogi „Kondora” (bliźniaczego statku „Niezwyciężonego”), po drugie samej planety. Czy jest zamieszkana? A jeżeli tak, to przez kogo? Czy przebywanie na niej jest niebezpieczne? I najważniejsze pytanie: jak zachować się w obliczu niebezpieczeństwa?

Myślicie, że takie SF nie dla Was? Moglibyście się zdziwić, jak bardzo ta książka napisana w latach 60. jest aktualna, gdybyście dali jej szansę. Są w niej dyskusje o etyce i moralności. Jest problem spotkania z niezrozumiałym Innym. Kosmos to tylko dekoracje. Albo lustro, którym można się przejrzeć:

„Powietrze pod nimi ściemniało, jakby zaszło słońce, zarazem pojawiły się w nim niepojęte, gnące się linie, i Rohan dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, że to są zniekształcone groteskowo odbicia skalnego dna doliny. A tymczasem owe lustra powietrzne pod pułapem chmury falowały i rozprężały się, aż naraz ujrzał olbrzymią, sięgającą szczytem głowy mroków, postać ludzką, która patrzyła nań nieruchomo, chociaż sam obraz drgał i tańczył bezustannie, jakby wciąż na nowo wzniecany tajemniczym rytmem. I znów upłynęły sekundy, zanim poznał w nim własne odbicie, zawieszone w pustce między bocznymi zwisami chmury. Był tak zdumiony, do tego stopnia porażony niepojętym działaniem chmury, że zapomniał o wszystkim.”

Dla mnie „Niezwyciężony” to książka o istocie człowieczeństwa.

Ocena: 6/6