Powieść o lekarzach, w której nie brakuje emocji i napięcia (Christer Mjåset „Białe kruki”)

Widząc nazwisko Christera Mjåseta na okładce, spodziewałam się kolejnego kryminału, a tymczasem „Białe kruki” okazały się powieścią o lekarzach, w której choć nie ma trupa, śledztwa i mordercy, to emocji i napięcia nie brakuje. Autor „Lekarza, który wiedział za dużo” nie poszedł po linii najmniejszego oporu i nie stworzył (póki co) nowej serii detektywistycznej z Madsem Helmerem w roli głównej. A przecież mógł, bo bohater jego pierwszej powieści kryminalnej był na tyle udaną kreacją (zyskał sympatię czytelników), że nic prostszego (wydawałoby się) niż dopisać jego dalsze losy. Zamiast tego Mjåset stworzył szereg nowych, interesujących postaci (głównie lekarzy) i fabułę rozgrywającą się w szpitalu w Bergen, która wciąga od pierwszej do ostatniej strony.

Christer Mjaset , Białe kruki

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2014, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Dorota Polska

Mathias, Thea i Werner są młodymi lekarzami-asystentami na Oddziale Neurochirurgii w Szpitalu Uniwersyteckim Haukeland. Gdy dowiadują się, że dla jednego z nich zabranie etatu, rozpoczyna się rywalizacja, w której muszą się zmierzyć nie tylko ze sobą nawzajem, ale również stanąć wobec pytania – ile są w stanie poświęcić dla ukochanej pracy. Czy można być wziętym neurochirurgiem i uczciwym człowiekiem? Czy w środowisku, w którym każdy nagina zasady, stosuje „białe kłamstwa”, usprawiedliwia się zdaniem „Kłam, jeśli musisz”, znajdzie się biały kruk?

Mjåset wykorzystał swoje własne doświadczenia z pracy w służbie zdrowia, to one sprawiają, że powieść jest tak wiarygodna i przejmująca. Jednocześnie w nocie na końcu książki autor wyraźnie zaznacza, że nie opisał jednego konkretnego szpitala, ale na równi z życiem zainspirowały go filmy i literatura. To sprawia, że jego proza jest uniwersalna. Problemy i trudne wybory lekarzy w „Białych krukach” są równocześnie problemami i wyborami, przed którymi stają przedstawiciele innych zawodów, zarówno w pracy jak i poza nią. Np. zdrada w związku, fałszowanie wyników badań, choroba nowotworowa matki, nieuczciwość kolegów, molestowanie seksualne, depresja. Ważne moralne dylematy podane zostały w zaskakująco lekkiej formie. (Dowód na to, że literatura rozrywkowa nie musi być piękną i pustą wydmuszką.)

To, co bardzo podoba mi się w twórczości Christera Mjåseta, to jego styl. Kursy kreatywnego pisania można by prowadzić w oparciu o obie jego powieści. Jest tam wszystko tak, jak powinno być: wyraziści bohaterowie, porywająca fabuła, obrazowa narracja, emocjonalnie nacechowany opis miejsca:

„W Bergen nastała wiosna.

Marianne przechyliła się przez balustradę na tarasie swojego domu rodzinnego, spoglądając w kierunku centrum. O tej porze roku nietrudno było się rozkoszować rozciągającym się stąd widokiem. Japońskie drzewka wiśni wypuściły kwiaty, kreśląc niemal nierzeczywisty różowy okrąg wokół stawu Lille Lungegårdsvann. Rododendrony także zakwitły i ich słodką woń, za którą zawsze tęskniła zimą, wyczuwało się w całym centrum. W mieście było dużo ludzi. Tłum zaczął gromadzić się wokół sceny, ustawionej na Festplassen w związku z festiwalem muzyczno-teatralnym Festspillene. Na brzegach Vågen i na Bryggen roiło się od ludzi. W okamgnieniu miasto zmieniło charakter, jak zwykle w maju, z szarego i przesiąkniętego wodą stało się tętniące życiem i barwne. Mieszkanie tutaj, bycie częścią tego miejsca, budziło w niej zawsze silne poczucie szczęścia.” s. 367

(Aż chciałoby się odwiedzić Bergen z książką w rękach!) Poza tym „Białe kruki” są dowodem na to, że autor się rozwija, wychodzi poza schemat kryminału, podejmuje trudniejsze problemy, jego portrety postaci są bardziej dwuznaczne, zaskakujące, zmuszają do zastanowienia się nad sobą. Czy możemy potępiać czyjeś postępowanie nie mając pewności, że w jego sytuacji nie postąpilibyśmy tak samo?

Ocena: 5/6

Prozy Charlotte Brontë nigdy dość! (Charlotte Brontë, „Niedokończone opowieści”)

Wydawnictwo MG zaskarbiło sobie wdzięczność fanów sióstr Brontë (w tym moją) pierwszymi polskimi wydaniami takich książek jak: „Shirley”, „Lokatorka Wildfell Hall”, „Agnes Grey”, „Profesor”, a także biografiami: Eryka Ostrowskiego „Charlottë Bronte i jej siostry śpiące” oraz Elizabeth Gaskell „Życie Charlotte Brontë”. A to jeszcze nie wszystko! Pojawiło się przecież nowe tłumaczenie „Wichrowych Wzgórz” i piękne edycje „Jane Eyre. Autobiografia” i „Villette” w twardej oprawie. Teraz do rąk czytelników trafiają „Niedokończone opowieści”. I mam nadzieję, że to nie koniec… Twórczości Charlotte Brontë i jej rodzeństwa nigdy dość!

Charlotte Bronte, Niedokończone opowieści

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Maja Lavergne

Cztery fragmenty powieści: „Ashworth”, „Emma”, „Państwo Moore” i „Historia Williego Ellina” reprezentują to, co w prozie autorki z Haworth najlepsze. Świetne portrety psychologiczne postaci, intrygujący obraz ich życia wewnętrznego plus to nieuchwytne „coś” sprawiające, że czytelnik ma wrażenie jakby czytał o prawdziwych uczuciach i myślach drugiego człowieka. „Niedokończone opowieści” wyróżnia jednak jeszcze jedna cecha. Jak na XIX wiek i w porównaniu do innych utworów Charlotte Brontë, ten tom nieopublikowanych za życia pisarki tekstów bardzo odważnie podejmuje tematy obyczajowe i społeczne.

„Ashworth” rozpoczyna się opisem niemoralnego życia kilku niesympatycznych mężczyzn. A cała historia nosi znamiona prawdziwej:

„Jest również pewna historia, której szczegóły często słyszałam od różnych osób i którą pragnę streścić w coś podobnego w formie do opowiadania, tak żeby nazwiska i zdarzenia w niej wyszczególnione nie wymknęły się całkowicie z mojej pamięci. Nie usłyszałam o tych zdarzeniach ostatnio; nie doszły również moich uszu wszystkie naraz. Każda scena i postać, o których napomknę, była tematem wielu anegdot przekazywanych w wieczornej rozmowie przy różnych domowych kominkach.” s. 9

Tekst „Państwo Moore” pokazuje „bez upiększeń” małżeństwo Sarah i Johna. Ich rozmowy to walka o dominację, zahaczająca o psychiczne znęcanie się. „Historia Williego Ellina” porusza obrazami przemocy wobec dziecka. „Emma” jest najbardziej tajemniczym fragmentem. O tytułowej bohaterce nie wiadomo prawie nic. Najbardziej podobał mi się początek:

„Wszyscy szukamy w życiu ideału. Któregoś roku zaczęła mnie nawiedzać przyjemna fantazja, że być może niewielka jest liczba istot ludzkich, które w pewnym okresie życia nie odnajdują na jakiś dłuższy lub krótszy czas tego, czego szukają. Na pewno nie odnalazłam go w młodości, chociaż silna wiara, jaką czułam w istnienie owego ideału, wystarczała przez cały mój najbardziej promienny i najświeższy okres życia, żeby podtrzymać we mnie nadzieję. Nie odnalazłam go w wieku dojrzałym, Pogodziłam się, że nie odnajdę go nigdy. Przeżyłam szereg ponurych lat całkowicie spokojna i bez oczekiwań. A teraz nie byłam pewna, ale coś unosiło się wokół mojego serca, co mnie cudownie cieszyło.” s. 103

Akapit ten skojarzył mi się z życiem Charlotte, jej późnym małżeństwem i tym, co musiała czuć, gdy po wszystkich tragediach rodzinnych, śmierci najbliższych, znalazła w końcu szczęście.

Ciekawa jestem, jakie byłyby te cztery powieści, gdyby Charlotte Brontë je ukończyła. Dlaczego porzuciła pracę nad nimi? Czy któraś z nich dorównałaby „Jane Eyre”? Czy zostałby ocenzurowane przez nią przed drukiem? Jak różni są bohaterowie, których stworzyła od tych, których w swoich książkach opisywała np. Jane Austen! W świecie przedstawionym „Ashworth”, „Państwa Moore”, „Emmy” i w „Historii Williego Ellina” zło i złe charaktery są bardzo wiarygodne, zostały realistycznie (a może nawet naturalistycznie) sportretowane. Dlatego tak wysoko cenię twórczość tej autorki – bo próbowała ukazywać życie takim, jakie je widziała.

Ocena: 5/6

Klasyczny kryminał, bez udziwnień i brutalnych scen (Jørn Lier Horst, Jaskiniowiec)

Gdy dowiedziałam się, że Jørn Lier Horst studiował kryminologię, filozofię i psychologię oraz był szefem wydziału śledczego, to od razu chciałam poznać jego książkę i przekonać się, czy bogata wiedza i doświadczenie idą u niego w parze z talentem literackim. Autor, który w Norwegii wydał kilkanaście powieści kryminalnych, chętnie kupowanych przez czytelników i docenianych przez krytyków w Polsce był dotąd zupełnie nieznany. Czy „Jaskiniowiec” to początek jego sukcesów u nas?

Jørn Lier Horst, Jaskiniowiec

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Milena Skoczko

Sopockie wydawnictwo Smak Słowa, które wydało wcześniej m.in. świetnego „Lekarza, który wiedział za dużo” Christera Mjåseta zdecydowało się na publikację nie pierwszej, lecz najnowszej części z cyklu z policjantem Williamem Wistingiem w roli głównej. Ta dość kontrowersyjna decyzja w tym przypadku zupełnie nie przeszkadzała mi w lekturze (mimo że cykle literackie lubię czytać chronologicznie – tak jak zostały napisane). „Jaskiniowiec” okazał się kryminałem jak najbardziej w moim guście. Klasyczny, bez udziwnień i mrocznych, brutalnych scen.

Mroźna, zaśnieżona Norwegia jest interesującym tłem śledztwa. Trudna pogoda stwarza dodatkowe niebezpieczeństwa utraty zdrowia lub życia. Podział akcji między dwie postaci – Wistinga i jego córkę, dziennikarkę Line to dobry, choć nieoryginalny pomysł. Wydarzenia rozgrywają się w spokojnym tempie. Najważniejsze wydaje mi się to, że powieść ma swój motyw przewodni towarzyszący wątkowi kryminalnemu. Są to rozważania natury społecznej i psychologicznej.

Line chce napisać reportaż pokazujący, kim był Viggo Hansen, który został znaleziony po czterech miesiącach od śmierci w swoim mieszkaniu, w fotelu przed telewizorem:

„Nagle dotarło do niej, że nie może napisać artykułu, który dotyczyłby zewnętrznych okoliczności jego śmierci, samotności i życia w całkowitym odosobnieniu. Czuła, że musi napisać reportaż o prawdziwym Viggo Hansenie. Dzięki temu ludzie mogliby dowiedzieć się, kim był, skoro nie mieli okazji poznać go za życia.

Zaczynanie takiego projektu przypomina zaglądanie przez dziurkę od klucza, pomyślała. Na początku widać tylko tę część pokoju, która znajduje się w zasięgu wzroku, chociaż wiadomo, że pomieszczenie zawiera nieskończenie więcej elementów. […]

Przedstawiła ideę artykułu argumentując, że reportaż ma uwidocznić zanikanie poczucia wspólnoty w społeczeństwie i narastanie znieczulicy.” s.21-22

Czy Viggo naprawdę był samotnym człowiekiem przez nikogo niezauważanym i niekochanym? Czy we współczesnym świecie więzi międzyludzkie zanikają tak bardzo, że nie znamy nawet najbliższych sąsiadów?

Wielu recenzentów pisze, że „Jaskiniowiec” jest przede wszystkim opowieścią o samotności. Mam wątpliwości. Biorąc pod uwagę zakończenie, skłaniałabym się bardziej ku teorii, że w głębszym ujęciu jest to raczej obraz przedstawiający norweskie społeczeństwo i pewien niepokojący strach (może nawet po części podświadomy) przed obcymi, obcokrajowcami, nieznajomymi. Tytułowy „jaskiniowiec”, to nie osoba żyjąca samotnie w swojej „jaskini”, a… Może tego nie powinnam ujawniać?

Debiut Horsta na naszym rynku uważam za bardzo udany. Dawkowałam sobie lekturę po kilkadziesiąt stron dziennie, ale w pewnym momencie nie mogłam się oderwać i przeczytałam ją jednym tchem do samego końca. Mordercy nie odgadłam, ale jestem zadowolona z poziomu rozrywki, jaki prezentuje „Jaskiniowiec”. Ciekawa jestem, czy pierwsze części serii o Wistingu są równie dobre.

Ocena: 5/6

Nie spodziewałam się takich fajerwerków! (Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizjii. W domu, tom II)

Luźny zapis myśli, wrażeń, spostrzeżeń…

Pierwsze wrażenie – gdy dostałam książkę:

Radość.

W końcu jest! Gruba, grubsza od części pierwszej. Bardzo dobrze. To dlatego trzeba było tak długo na nią czekać! Piękna okładka.

Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizji. W domu

Wydawnictwo: Poligraf, 2014, egzemplarz recenzencki

Drugie wrażenie – gdy zaczęłam czytać początek:

Zaciekawienie.

Z niecierpliwością oczekiwałam na kontynuację losów sympatycznego rodzeństwa – księżniczki Nany i księcia Roana oraz ich przyjaciół, którzy schronili się przed wojną i niebezpieczeństwami „w naszym” świecie. W tomie pierwszym autorka pozostawiła wiele pytań, na które jak najszybciej chciałam poznać odpowiedź.

Zaskoczenie.

Bohaterem pierwszego rozdziału jest Dragober, Myszowaty, zaufany królowej Zary, postać poboczna tomu pierwszego „W Tamtym Świecie”. W tomie drugim odgrywa ważniejszą rolę – staje się przewodnikiem czytelnika po „baśniowej” Jangblizji. To za jego sprawą przypominamy sobie stopniowo szczegóły minionych wydarzeń i poznajemy interesujące postaci i tajemnice królestwa.

Trzecie wrażenie – pierwsze rozdziały

Podziw

Autorce należą się brawa za udane połączenie tomu drugiego z pierwszym – nawet długa przerwa między ich publikacjami (od grudnia 2012 do sierpnia 2014) nie przeszkadzała mi w czytaniu. Poza tym pochwalić chciałabym „W domu” za nowych bohaterów, nowe wątki, nowe problemy do rozwiązania. Wyobraźnia i pomysły Agnieszki Steur przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałam się takich „fajerwerków”!

Czwarte wrażenie – ogólnie o „Wojnie w Jangblizji”

Szczęście

„Wojna w Jangblizji” przywołuje skojarzenia z „Opowieściami z Narni” C.S. Lewisa. Uwielbiam tego typu książki! Uważam, że można je czytać w każdym wieku.

„Gdy znów znaleźli się przy największym ognisku, Dawid i Ewa całą uwagę skupili na obserwacjach zebranych wokół strzelających w niebo płomieni. Dostrzegli postacie, które dla nich do tej pory istniały tylko w baśniach, legendach i mitach. Przypominali sobie greckie mity, egipskie hieroglify i największe hollywoodzkie produkcje. Były też takie, którym nie mogli przypisać żadnego literackiego bądź filmowego pochodzenia. W grupkach siedzieli, cicho dyskutując Myszowaci. Już wcześniej zwrócili uwagę na Krowich, teraz jednak uwagę przykuły ich wspaniałe napierśniki połyskujące w świetle płomieni. Większość z nich miała długie włosy, które powiewały potęgując jeszcze mocarny wygląd istot. Dawid i Ewa zachwycili się też różnorodnością Lotnych. Było ich bardzo wielu, wszyscy w podobny sposób wpatrzeni w płomienie, tak jakby tam próbowali dostrzec odpowiedzi na dręczące ich pytania.” s.81

Baśniowe postaci, walka dobra ze złem, a w tle rozważania na tematy dotyczące ważnych spraw, np. koncepcji idealnego państwa, w którym wszyscy obywatele czuliby się szczęśliwi.

Piąte wrażenie – zakończenie cyklu

Zaintrygowanie

Co Agnieszka Steur wymyśli w tomie trzecim? O czym jeszcze napisze? Jakie problemy poruszy? Wydawać by się mogło, że najważniejsze wątki zostały rozwiązane, a tu niespodzianka! Kim jest Piaskożer? Czy legenda o kulach jest prawdziwa? I czy uda się przywrócić światu równowagę?

Ocena: 5/6

Opuszczamy Zielone Wzgórze (Lucy Maud Montgomery, Pożegnanie z Avonlea)

To już ostatnia (jedenasta) książka, którą przeczytałam w ramach wyzwania „Czytamy Anię!” rozpoczętego razem z Agnieszką 19 października 2012 roku. Mam wrażenie, że o prozie Lucy Maud Montgomery napisałam przez te prawie dwa lata wszystko, co mogłam i nie wiem, co jeszcze dodać.

Lucy Maud Montgomery, Pożegnanie z Avonlea

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, 1997
Autor przekładu: Ewa Fiszer

Tom opowiadań „Pożegnanie z Avonlea” podobny jest do „Opowieści z Avonlea” – również znajdziemy w nim teksty niezwiązane bezpośrednio z Anią Shirley (poza jednym, „Brunatny albumik panny Emilii”, w którym rudowłosa bohatera pojawia się jako narratorka). Tematy poruszone przez autorkę dotyczą zwyczajnych ludzi i spraw, np.: nielubianej kotki, pokłóconych rodziców, adoptowanych sierot, depresji po śmierci synka, uczuć między rodzeństwem, bezgranicznej miłości do dzieci i oczywiście miłości między kobietą i mężczyzną (nieodwzajemnionej, odrzuconej, zabronionej, wymyślonej, spełnionej po latach), Wszystkie bez wyjątku historie czyta się z zainteresowaniem i… szybko zapomina. Szczegóły i wątki wylatują z pamięci, ale coś dostajemy w zamian. Spokój, ukojenie, chwile wytchnienia. Choć niepozbawione refleksji o tym, co w życiu trudne. Smutku, chorób, śmierci jest w tych fabułach jakby więcej w porównaniu z wcześniejszym zbiorem. Równoważą to szczęśliwe zakończenia, ale nie do końca.

Jestem pod wrażeniem techniki pisarskiej Lucy Maud Montgomery. Krótka forma prozatorska to wbrew pozorom wielkie wyzwanie dla pisarza. A ona umiała za pomocą kilku słów oddać główne rysy charakteru swoich postaci, wiele ważnych informacji umieszczała już w pierwszym akapicie, dzięki temu czytelnik od razu znajduje się w centrum akcji:

„Kiedy pan Natan Patterson wjechał na podwórze, panna Rosetta Ellis z głową owiniętą kraciastym fartuchem, spod którego wyzierały papiloty, trzepała właśnie dywany. Panna Rosetta widziała, jak pan Patterson wjeżdża na wzgórze, ale nie przypuszczała, że o tak wczesnej porze zechce złożyć jej wizytę. Zatem nie chowała się w domu. Panna Rosetta nie dopuszczała nigdy, by ktoś zobaczył ją w papilotach na głowie; nawet jeśli chodziło o sprawę życia i śmierci, gość musiał czekać, aż panna Rosetta się uczesze. Wiedzieli o tym wszyscy w Avonlea, zresztą w Avonlea wszyscy o wszystkich wiedzieli absolutnie wszystko” s. 42

Na niewielu stronach dzieje się bardzo wiele. I nie tempo następujących po sobie zdarzeń mam na myśli, a raczej głębię przedstawienia relacji między ludźmi. Jej styl może się niektórym wydawać zbyt „kwiecisty”, ale moim zdaniem poetyckie porównania dodają tekstom swoistego uroku, podobnie jak charakterystyczne poczucie humoru autorki.

Z Avonlea żegnam się na jakiś czas, ale jeszcze kiedyś do niego wrócę. Na pewno do „Ani z Zielonego Wzgórza”. Cudownie byłoby zobaczyć kiedyś Wyspę Księcia Edwarda na własne oczy. Na razie przenoszę się tam wirtualnie dzięki relacjom z podróży Bernadety z bloga „Kierunek Avonlea”.

Ocena: 5/6

Czytamy Anię!
http://czytamyanie.blox.pl

PS Bardzo dziękuję Agnieszce, że wymyśliła to oryginale wyzwanie czytelnicze oraz wszystkim blogerkom, które razem z nami poznawały losy Ani i mieszkańców Avonlea!

Urok opowieści o zwyczajnych ludziach (Lucy Maud Montgomery, Opowieści z Avonlea)

Cienka, niepozorna książeczka. Dwanaście krótkich opowiadań. Bohaterowie znani z „Ani z Zielonego Wzgórza” prawie się tu nie pojawiają, zaledwie parę razy wymienia się ich imiona. To mi jednak nie przeszkadzało. Każdy z tekstów ma w sobie coś urzekającego. Jest to urok płynący z… Ciężko opisać z czego.

Opowieści z Avonlea, Lucy Maud Montgomery

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, 1991, egzemplarz z biblioteki

Dziś się już tak nie pisze. Lucy Maud Montgomery tworzyła proste historie o zwyczajnych ludziach i robiła to doskonale. Z poczuciem humoru, ze znajomością natury ludzkiej, z wnikliwością, a także z czułością. Dlatego podczas czytania u czytelnika pojawia się uśmiech na przemian ze wzruszeniem. Świetna mieszanka.

Świat przedstawiony w „Opowieściach z Avonlea” jest może trochę wyidealizowany, zakończenia zawsze szczęśliwe, ale moim zdaniem to dobrze. Dzięki temu możemy odpocząć choć na chwilę od prawdziwego życia. I może uwierzyć, że wszystko jest możliwe, że wszystko może się jeszcze zdarzyć – miłość, wiara, nadzieja.

Głównym tematem tego zbioru jest miłość – i to zarówno miłość między mężczyzną a kobietą, jak i między rodzicami czy opiekunami a dziećmi/wychowankami, miłość niespełniona lub spełniona po latach, miłość odnaleziona niespodziewanie, naprawdę liczne odcienie tego uczucia. Ale nie znaczy to, że te opowiadania są przesłodzone! Ich bohaterowie znają nie tylko radość, ale i gorycz samotności:

„– Z góry już nienawidzę tego nowego dnia – szeptała buntowniczo. – Będzie tak samo ciężki i nudny jak poprzednie. Nie chce mi się wstawać. A pomyśleć, że kiedyś radośnie wyciągałam ręce do każdego nowego dnia jak do przyjaciela, który nadchodzi niosąc dobre wieści. Wtedy uwielbiałam poranki – każdy świt, obojętnie czy pochmurny, czy słoneczny, zachwycał mnie jak nieprzeczytana książka – a teraz nienawidzę świtu, nienawidzę, nienawidzę!” s.16

Często popełnione błędy stają się dla nich ciężarem na całe życie lub zdają sobie z nich sprawę dopiero po wielu latach:

„– Powinien był się ożenić! – powiedziała. – Nie będę się teraz zamartwiała, że jest samotnym starym kawalerem. Przez te wszystkie lata byłam przekonana, że jest szczęśliwym ojcem rodziny. Dlaczego przynajmniej nie wziął sobie gospodyni? Stać go na to, farma wygląda na zamożną. Hm… Mam spore konto w banku i zwiedziłam świat, ale choć tego nie widać, mam już mnóstwo siwych włosów i dręczy mnie świadomość, że gramatyka nie jest znowu taka ważna. Ale nie będę już dłużej roztkliwiać się na tej rosie. Pójdę i poczytam najmodniejszą i najgłupszą z powieści, jakie przywiozłam.” s.154

Myślę, że czytelnicy nie ceniliby twórczości Montgomery, gdyby nie odnajdywali w niej poza „pocieszeniem” również swoich myśli i uczuć, cząstki prawdy o własnym życiu.

Ocena: 5/6

Serdecznie zapraszam do przyłączenia się do naszego czytelniczego wyzwania:

Czytamy Anię!
http://czytamyanie.blox.pl

https://www.facebook.com/CzytamyAnie

Trupy, robaki i porywacz-morderca (Simon Beckett, Chemia śmierci)

Rozpoczyna się tak:

„Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś, co było kiedyś siedliskiem życia, przechodzi teraz ostatnią metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka. Tkanki zmieniają się w ciecz, potem w gaz. Już martwe, ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much. Muchy składają jaja, z jaj wylęgają się larwy. Larwy zjadają bogatą w składniki pokarmowe pożywkę, następnie migrują. Opuszczają ciało w składnym szyku, w zwartym pochodzie, który podąża zawsze na południe. Czasem na południowy wschód lub południowy zachód, ale nigdy na północ. Nikt nie wie dlaczego. […]

Jest to widok ciekawy, a dla człowieka z natury ciekawskiego cóż może być bardziej naturalne niż chęć zbadania tego zjawiska? Właśnie tak dzieci Yatesów znalazły to, co pozostało po Sally Palmer” (s. 5)

Śmierć jest w centrum tej opowieści. Jej dzieło przeraża, budzi obrzydzenie i lęk, ale i… Może nie fascynuje (złe słowo), ale „przyciąga”, intryguje, interesuje. Tajemnica końca życia i odchodzenia dotyczy wszystkich śmiertelnych (banał), choć zdaje się, że myślą o niej bardziej Ci, którzy w jakiś sposób się z nią zetknęli. I może właśnie tacy czytelnicy zobaczą w „Chemii śmierci” drugie dno, uniwersalne „memento mori” lub sposób na oswojenie nieoswajalnego.

Chemia śmierci, Simon Beckett

Wydawnictwo: Amber, 2005, egzemplarz pożyczony
Autor przekładu: Jan Kraśko

Simon Beckett zaczął podobno pisać swoje książki zainspirowany wizytą na słynnej już „trupiej farmie” (informacja z okładki). Głównym ich bohaterem uczynił antropologa sądowego, który w wypadku samochodowym stracił żonę i córkę. David Hunter pomagał policji w wielu śledztwach, jednak po tragedii, która go dotknęła, postanowił zaszyć się na prowincji jako zwykły domowy lekarz. Jego „ucieczka przed śmiercią” skończyła się tym, że trafił do miasteczka, w którym popełniane są kolejne zbrodnie, a jego umiejętności okazują się niezbędne w poszukiwaniach porywacza i seryjnego mordercy.

Nie jest to dobra lektura na słoneczne popołudnia spędzane np. nad brzegiem jeziora (sprawdzałam), bo wywołuje poczucie zagrożenia, nieufność do ludzi i w ogóle strach. Spodoba się natomiast fanom thrillerów, bo ma wszystko, co w tym gatunku ważne, trzyma w napięciu do samego końca. Przypomina mi trochę „Lekarza, który wiedział za dużo”, nie tylko ze względu na wątek „lekarski”, ale również z powodu formy – bardzo sprawnej konstrukcji zdarzeń i lekkości pióra obu autorów. I Christer Mjåset i Beckett mają coś, co bym nazwała „naturalnym talentem” do pisania kryminałów.

„Chemia śmierci” to pierwszy z czterech tomów z Davidem Hunterem w roli głównej. Słyszałam, że trzeci jest najlepszy. Trzeba to będzie kiedyś sprawdzić.

Ocena: 5/6