Ma talent! (Christer Mjåset, To ty jesteś Bobbym Fisherem)

Christer Mjåset z książki na książkę staje się coraz lepszym pisarzem (o ile można to stopniować, bo każda jest na bardzo wysokim poziomie). Jego „Lekarz, który wiedział za dużo” (2008, wyd. polskie 2012) był świetną powieścią obyczajową z wątkiem kryminalnym. Następne „Białe kruki” (2012, wyd. polskie 2014) ukazywały świat lekarzy i równocześnie udowodniały, że norweski pisarz (z zawodu: neurochirurg) szuka swojej drogi w literackim świecie i nie będzie kolejnym typowymi skandynawskim autorem kryminałów. Ostatnio w „To ty jesteś Bobbym Fisherem” (2015, wyd. polskie 2016) Mjåset potwierdza, że bardziej niż opisywanie kolejnych śledztw interesuje go psychologia postaci i warstwa obyczajowa (decyzje i ich konsekwencje, przeszłość i jej wpływ na teraźniejszość, tajemnice – to, co ludzie ukrywają bardzo głęboko). I mimo że autor ten nie sięga po łatwe tematy, to niezmiennie pisze o nich w sposób zaskakująco lekki. Ma talent!

To ty jesteś Bobbym Fisherem

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2016, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Dorota Polska

„To ty jesteś Bobbym Fisherem” czyta się jednym tchem. Niedzielne popołudnie wystarczy, by poznać tę zaledwie dwustustronicową opowieść. Bohaterowie (koledzy z małego norweskiego miasteczka) są pełnokrwiści, prawdziwi i tacy zwyczajni. Sympatyczni i odpychający (w miarę jak poznajemy ich sekrety). Łatwo się z nimi utożsamić. Akcja biegnie dwutorowo, koncentrując się wokół klasycznego „spotkania po latach”. Mjåset szczególnie dużo miejsca poświęca powrotowi do krainy dzieciństwa, która nacechowana jest tajemniczymi i negatywnymi wspomnieniami. Przeszłość stale przeplata się z teraźniejszością, a finał jest oczywiście zaskakujący.

Hakån wraca po niemal trzydziestu latach do Lillehammer, na pogrzeb dawnego kolegi – Kristoffera. Powrót jest dla niego niesamowicie trudnym przeżyciem. Dlaczego?

„Kiedy pociąg mija stację w Moelv, ogarnia mnie dyskomfort. Zaczyna się od czegoś w rodzaju mdłości, a potem to rozlewa się na całe ciało, aż z trudem łapię oddech. Nigdy czegoś takiego nie czułem, a przychodzi tak nagle, że nie mam pojęcia co, się dzieje. Siedzę na fotelu przy oknie obok kobiety, która czyta gazetę; papier trzeszczy jak fajerwerki, kiedy przestępuję nad jej nogami, żeby wydostać się na przejście między rzędami. Kobieta prosi mnie o spokój, ale ja już ją mijam i pod gradem zdumionych spojrzeń pospiesznie przechodzę środkiem do przesuwnych drzwi na końcu wagonu.

Kiedy wreszcie zostaję sam, opieram się o ścianę naprzeciw drzwi wejściowych i próbuję się ogarnąć. Serce mi galopuje i jestem tak roztrzęsiony, że postanawiam usiąść.” (s. 12)

Szkolne przyjaźnie, rozwijanie zainteresowań (szachy), pierwsza miłość, to uniwersalne doświadczenia, ale Mjåset na nich nie poprzestaje. Elementy kryminału i sensacji, kolejne pojawiające się znienacka tajemnice wciągają czytelnika w wir kłamstw i przemilczeń. Pytań jest bardzo wiele, a autor umiejętnie konstruuje intrygę, dając odpowiedzi w odpowiednich miejscach, z najważniejszą czekając niemal do ostatnich stron.

Jeżeli talent tego norweskiego pisarza będzie się nadal rozwijał w tym tempie, to mam nadzieję, że doczekamy się jeszcze wielu niesamowitych powieści. Jak dotąd „To Ty jesteś Bobbym Fisherem” jest jego najlepszym i najdojrzalszym utworem, który garściami czerpie z literatury popularnej (zwroty akcji, zbiegi okoliczności, sensacyjne wydarzenia), sprytnie jednocześnie wymykając się schematom przypisanym do kryminału.

Powieść o lekarzach, w której nie brakuje emocji i napięcia (Christer Mjåset „Białe kruki”)

Widząc nazwisko Christera Mjåseta na okładce, spodziewałam się kolejnego kryminału, a tymczasem „Białe kruki” okazały się powieścią o lekarzach, w której choć nie ma trupa, śledztwa i mordercy, to emocji i napięcia nie brakuje. Autor „Lekarza, który wiedział za dużo” nie poszedł po linii najmniejszego oporu i nie stworzył (póki co) nowej serii detektywistycznej z Madsem Helmerem w roli głównej. A przecież mógł, bo bohater jego pierwszej powieści kryminalnej był na tyle udaną kreacją (zyskał sympatię czytelników), że nic prostszego (wydawałoby się) niż dopisać jego dalsze losy. Zamiast tego Mjåset stworzył szereg nowych, interesujących postaci (głównie lekarzy) i fabułę rozgrywającą się w szpitalu w Bergen, która wciąga od pierwszej do ostatniej strony.

Christer Mjaset , Białe kruki

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2014, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Dorota Polska

Mathias, Thea i Werner są młodymi lekarzami-asystentami na Oddziale Neurochirurgii w Szpitalu Uniwersyteckim Haukeland. Gdy dowiadują się, że dla jednego z nich zabranie etatu, rozpoczyna się rywalizacja, w której muszą się zmierzyć nie tylko ze sobą nawzajem, ale również stanąć wobec pytania – ile są w stanie poświęcić dla ukochanej pracy. Czy można być wziętym neurochirurgiem i uczciwym człowiekiem? Czy w środowisku, w którym każdy nagina zasady, stosuje „białe kłamstwa”, usprawiedliwia się zdaniem „Kłam, jeśli musisz”, znajdzie się biały kruk?

Mjåset wykorzystał swoje własne doświadczenia z pracy w służbie zdrowia, to one sprawiają, że powieść jest tak wiarygodna i przejmująca. Jednocześnie w nocie na końcu książki autor wyraźnie zaznacza, że nie opisał jednego konkretnego szpitala, ale na równi z życiem zainspirowały go filmy i literatura. To sprawia, że jego proza jest uniwersalna. Problemy i trudne wybory lekarzy w „Białych krukach” są równocześnie problemami i wyborami, przed którymi stają przedstawiciele innych zawodów, zarówno w pracy jak i poza nią. Np. zdrada w związku, fałszowanie wyników badań, choroba nowotworowa matki, nieuczciwość kolegów, molestowanie seksualne, depresja. Ważne moralne dylematy podane zostały w zaskakująco lekkiej formie. (Dowód na to, że literatura rozrywkowa nie musi być piękną i pustą wydmuszką.)

To, co bardzo podoba mi się w twórczości Christera Mjåseta, to jego styl. Kursy kreatywnego pisania można by prowadzić w oparciu o obie jego powieści. Jest tam wszystko tak, jak powinno być: wyraziści bohaterowie, porywająca fabuła, obrazowa narracja, emocjonalnie nacechowany opis miejsca:

„W Bergen nastała wiosna.

Marianne przechyliła się przez balustradę na tarasie swojego domu rodzinnego, spoglądając w kierunku centrum. O tej porze roku nietrudno było się rozkoszować rozciągającym się stąd widokiem. Japońskie drzewka wiśni wypuściły kwiaty, kreśląc niemal nierzeczywisty różowy okrąg wokół stawu Lille Lungegårdsvann. Rododendrony także zakwitły i ich słodką woń, za którą zawsze tęskniła zimą, wyczuwało się w całym centrum. W mieście było dużo ludzi. Tłum zaczął gromadzić się wokół sceny, ustawionej na Festplassen w związku z festiwalem muzyczno-teatralnym Festspillene. Na brzegach Vågen i na Bryggen roiło się od ludzi. W okamgnieniu miasto zmieniło charakter, jak zwykle w maju, z szarego i przesiąkniętego wodą stało się tętniące życiem i barwne. Mieszkanie tutaj, bycie częścią tego miejsca, budziło w niej zawsze silne poczucie szczęścia.” s. 367

(Aż chciałoby się odwiedzić Bergen z książką w rękach!) Poza tym „Białe kruki” są dowodem na to, że autor się rozwija, wychodzi poza schemat kryminału, podejmuje trudniejsze problemy, jego portrety postaci są bardziej dwuznaczne, zaskakujące, zmuszają do zastanowienia się nad sobą. Czy możemy potępiać czyjeś postępowanie nie mając pewności, że w jego sytuacji nie postąpilibyśmy tak samo?

Ocena: 5/6

Christer Mjåset, Lekarz, który wiedział za dużo

Christer Mjåset przyjeżdża w sierpniu do Sopotu, dlatego cieszę się, że miałam okazję już teraz przeczytać jego książkę. Spotkania z nim na festiwalu Literacki Sopot na pewno nie opuszczę. Ciekawa jestem, jak to się stało, że ten norweski lekarz został pisarzem i gdzie nauczył się tak świetnie pisać.

Christer Mjåset, Lekarz, który wiedział za dużoWydawnictwo: Smak Słowa, 2012
Autor przekładu: Dorota Polska

„Lekarz, który wiedział za dużo” to nie tylko kryminał medyczny, jak informuje na okładce wydawca. Dla mnie to raczej realistyczna powieść obyczajowa (z wątkiem kryminalnym i sensacyjnym), historia mieszkańców niewielkiej wysepki:

„Hitra. Docenienie tej wyspy zajęło mu trochę czasu, ale teraz czuł, że wkradła się do jego serca. Było tu tak dziko. Niezliczoną ilość razy widział orła bielika. Jelenie najzwyczajniej w świecie skakały przez drogę. Było tu też mnóstwo saren, które uwielbiały włazić ludziom do ogrodów i zjadać pączki róż. Przeczytał gdzieś notatkę sporządzoną przez kobietę, która przybyła na wyspę w dziewiętnastym wieku. „Nic wierutnie osobliwego tu nie ma”, stwierdziła. I może miała rację. Hitra nie mogła się poszczycić tak dramatyczną przyrodą, jaka występowała nieco dalej na południe, na wybrzeżu Møre. Tutejszej natury nie dało się określić mianem wybitnej ani spektakularnej, ale idyllicznej bez wątpienia tak. Zawierała przy tym pierwiastek rdzennej norweskości.

No i ci ludzie… Mimo, że przyroda była rdzennie norweska, mieszkańcy Hitry mieli w sobie coś zgoła nienorweskiego.”

Wydarzenia i postaci przedstawione z punktu widzenia lokalnego medyka są niezwykle interesujące. Mads Helmer dokładnie przygląda się ludziom, na podstawie ich wyglądu potrafi postawić wstępne diagnozy. Sam choruje na padaczkę, która bardzo utrudnia mu pracę, dlatego trzyma ją w tajemnicy (tak jak swoją niechlubną przeszłość). Zresztą nie on jeden ma sekret. Mieszkańcy Hitry to zagadkowi ludzie i właściwi każdy z nich coś ukrywa.

Ciężko mi opisać, na czym polega fenomen tej książki. Pozornie wydaje się zwyczajna, opowiada o zwyczajnych ludziach (bez epatowania okrucieństwem). Jednocześnie ma to coś, co przykuwa uwagę czytelnika i sprawia, że czyta się ją niezwykle przyjemnie. Ponad czterysta stron inteligentnej, wciągającej rozrywki. Nie miałam wrażenia, że marnuję czas, czytając kolejny, taki sam jak inne, skandynawski kryminał. Wręcz przeciwnie – to była czysta radość z lektury. Idealna powieść na rozpoczynające się właśnie wakacje. W upalne dni przeniesie Was w środek śnieżnej norweskiej zimy.

Ach! Zapomniałabym napisać o zakończeniu. Nie, nie martwcie się, nie zdradzę go Wam. Chciałam tylko zaznaczyć, że Christer Mjåset to jeden z tych autorów, którzy wierzą w inteligencję swoich czytelników i nie wykładają wszystkiego wprost. Ostatnią zagadkę (w sumie drobnostkę, odpowiedź na jedno zaledwie pytanie) trzeba rozwiązać samemu:

„– Nie domyśliłeś się? Szkoda.”

Powie jedna z bohaterek do Madsa. Jaka to frajda domyślić się samemu!

Ocena: 5/6