Spotkanie z Anną Brzezińską

Spotkanie z Anną Brzezińską

Anna Brzezińska, fot. Felicja

 

21 sierpnia 2012 roku w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sopocie w ramach festiwalu Literacki Sopot odbyło się spotkanie z Anną Brzezińską. Pisarka jest z wykształcenia mediewistką (znawczynią średniowiecza), nic wiec dziwnego, że mówiła dużo nie tylko o literaturze, ale i o historii (pomyślcie, czy to nie ciekawe, że tylu naszych pisarzy-fantastów jest z zamiłowania historykami?).

Atmosfera od samego początku była bardzo miła. Autorka przyszła piętnaście minut przed czasem i po przywitaniu się z czytelnikami od razu zaczęła nieformalną rozmowę z dyrektorem biblioteki Romanem Wojciechowskim. Opowiedziała m.in. o tym, że ma kawałek ziemi w Beskidzie Niskim (stamtąd przyjechała pociągiem do Sopotu, musiała wstać o świcie) i dzięki niemu zadamawia się na wsi, której wcześniej nie znała. Jest tam dzika przyroda, np. żmije, nie ma Internetu. Zapytana o okładki swoich książek przyznała, że nie odpowiada za nie, to kwestia marketingu. Okładki mają za zadanie definiować towar, wartości artystyczne nie są na pierwszym planie (jedna z księgarń na podstawie okładek określa, ile książek weźmie do dystrybucji).

Pierwsze „oficjalne” pytanie dotyczyło fantastyki. Autorka powiedziała, że jako czytelniczkę interesują ją powieści historyczne i literatura „bezprzymiotnikowa”. Kiedyś w ogóle nie czytała polskiej fantastyki, książki Andrzeja Sapkowskiego poznała na pierwszym roku studiów, wcześniej czytała Ursulę Le Guin w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, ale bez świadomości, że istnieje literatura fantasy. Twórczość Tolkiena znała, ale nie zaczytywała się sagami fantastycznymi. Fascynowała ją za to archeologia, a później przekształcanie wątków historycznych w fantastyczne. Roman Wojciechowski zapytał, jak warsztat historyka wpływa na tworzenie literatury. Anna Brzezińska odparła, że nie wie, jak byłoby bez niego. Czytanie źródeł jest dla niej bardzo inspirujące. Powiedziała, że to „złodziejstwo”, do którego każdy z pisarzy się przyznaje – np. Sapkowski, Komuda. Jej podoba się możliwość opisania historii, o których nikt nie wie. Zwróciła przy okazji uwagę na to, że w Polsce panuje przekonanie, że ciekawe opowiadanie nie jest profesjonalne. Opowiedziała o swoich studiach doktoranckich, na których miała przedmiot traktujący o robieniu kariery i o tym, jak przekazywać swoje badania w jak najbardziej dostępny sposób. Podała przykład książki profesora Bronisława Geremka o przestępczym Paryżu, pytając: „Jak można było zarżnąć taki temat?”. Jej zdaniem o historii powinno się pisać ciekawie. Dodała, że podstawowym błędem w naszym rozumieniu przeszłości jest podświadome przenoszenie współczesnych kategorii na to, co było kiedyś.

Następnie został poruszony temat wydawnictwa „Runa”. Prowadzący zapytał, jak to jest być pisarzem i jednocześnie zajmować się sprawami wydawniczymi. Brzezińska powiedziała, że w „Runie” było kilka osób i ona po urodzeniu dzieci trochę się odsunęła. „Lepsza jestem w pisaniu” – wyjaśniła. Podkreśliła jednak, że dzięki pracy w wydawnictwie poznała parę osób, z którymi do teraz prowadzi dialog literacki. Wojciechowski zapytał o techniczne kwestie związane z debiutami młodych autorów w „Runie”. Pisarka odparła, że bardzo dużo ludzi pisze i czasami otrzymują po trzy powieści dziennie, mimo że są małym wydawnictwem. Powodem tego jest według niej Internet, który zdemokratyzował pisanie oraz to, że wiele osób czuje potrzebę dzielenia się tym, co napisze. Tekst debiutanta trafia najpierw do wewnętrznych recenzentów, później przesyłany jest „wyżej”, gdzie zapada decyzja o wydaniu, a następnie rozpoczyna się redakcja książki, która jest ciężkim procesem dla obu stron i czasami trwa aż rok. Potem jest jeszcze korekta i wybór okładki. Przy okazji Brzezińska opowiedziała, że podczas redakcji jednej z jej książek wycięto wszystkie staropolskie słowa (co dla niej było niezrozumiale, bo zabieg stylizacji językowej zastosowała zupełnie świadomie, jak sprawdzający tekst mógł tego nie zauważyć?). Zaznaczyła, że w „Runie” zdarzają się jedynie drobne konflikty na linii autor-redaktor, praca odbywa się „bez większych awantur”. Na koniec dodała informację, że wydawnictwo powstało w 2002 roku i od tego czasu rynek bardzo się zmienił (pojawiły się np. książki do Biedronek), zmierza ku konsolidacji.

Powiązane z powyższym pytanie zadał jeden z czytelników. Był ciekawy, jak układa się współpraca miedzy wydawnictwem a dystrybutorami i księgarniami. Anna Brzezińska najpierw odparła, że małe wydawnictwo ma większe problemy niż duże, a później dodała, że to trudne pytanie, bo obowiązuje ją tajemnica handlowa. Ogólnie wyjaśniła, że na rynku jest duża konkurencja i to nie tylko między wydawnictwami. Sprawa jest bardziej skomplikowana niż dziesięć lat temu, bo niektóre podmioty przejmują wszystkie etapy produkcji, np. dystrybutorzy kupują wydawnictwa, a niedługo będą kupować drukarnie. W tym miejscu jedna z czytelniczek wyraziła swoje przerażenie poziomem wydawanych obecnie książek. Pisarka starała się ją pocieszyć, przywołując swoje doświadczenie średnioweicznika. Powiedziała, że romans jarmarczny i tego typu literatura były popularne od dawna. Według niej to dziewiętnastowieczne myślenie, że wszyscy będziemy czytali dobrą literaturę. Ludzie kiedyś interesowali się seksem i przemocą, tak jak teraz. Nie zmieniło się to, że w kulturze wysokiej uczestniczy niewiele osób. Ta sama czytelniczka co wcześniej wyraziła swoje zdanie, że w małych miejscowościach trudno o dobre książki, za to nie brakuje tych złych w bibliotekach i księgarniach. Na to Brzezińska odpowiedziała, że rozumie te dylematy jako mieszkanka Beskidu i matka dzieci (sześć i osiem lat). Próbowała kupić wartościowe książki w najbliższym mieście (Krosno) i wcale nie było to łatwe. Jej zdaniem tak już będzie, ludzie się nie zmienią. Natomiast „wkurza ją” mała promocja literatury dziecięcej, bo to są potencjalni czytelnicy. Podała przykład Norwegii, gdzie jest system wspierania czytelnictwa, którego u nas nie ma. Wtedy kierownik biblioteki wymienił, ile książek przypada „na głowę” mieszkańca Polski i Europy (w Polsce bez porównania mniej). W tym momencie spotkanie z autorką zamieniło się w dyskusję o dostępie do kultury. Pisarka tłumaczyła, że mamy dość trudną kulturę i dlatego ona zaczęła czytać dzieciom na głos, gdy skończyły pół roku. Czyta im dużo klasyki, ale na każdej stronie są słowa, które musi tłumaczyć. Współczesne książki nie wymagają od niej takich wyjaśnień. Znaczy to, że język się zmienił, uprościł, ma inne frazowanie, posługujemy się krótszymi zdaniami. Jeżeli dziecko nie będzie przygotowane, nie zrozumie potem lektur szkolnych (np. Sienkiewicza). Autorka zauważyła, że Polska ma słaby język powieści, a wysoki język poezji (bardzo ciekawe spostrzeżenie!). Jako historyk przypomniała, że w XVI w. zwykły człowiek też nie uczestniczył w kulturze słowa, a do XIX w. elity były dwujęzyczne, tzn. znały też język ludowy. Potem „rozłupano” to, co wysokie, od tego, co niskie. W wywód Brzezińskiej śmiało włączały się inne osoby. Podsumowaniem tego wątku rozmowy może być jej zdanie: „My jesteśmy odpowiedzialni za wychowanie własnych dzieci”. Warto też zanotować spostrzeżenie pisarki na temat Beskidu. Powiedziała, że ludzie są tam od pokoleń, mogą dotknąć rzeczy po prababci. Nazwała to „osadzeniem historii rodzinnej w przedmiotach” i „poczuciem konkretności historii”. Padło pytanie, jak literatura historyczna może rozbudzać ciekawość młodego człowieka. Autorka odparła: „Nie wiem. Pisarz robi to, co potrafi”. Powiedziała, że w pisarstwie Jacka Komudy wyraźny jest aspekt edukacyjny, ukonkretnienie, ona pisze inaczej, zakłada wyższy poziom wiadomości u swoich czytelników.

Bardzo ciekawe było tradycyjne pytanie o plany wydawnicze. Brzezińska chce napisać kilka opowiadań o Babuni Jagódce. Wyjaśniła, że ta postać pojawia się u niej, kiedy narasta w niej irytacja na pewne sprawy. Zbiera również notatki do opowiadań i powieści z cyklu włoskiego („Wody głębokie jak niebo”). Nietypowo wszystko będzie się rozgrywało w jednym miejscu. Najwięcej opowiedziało o trzecim swoim projekcie – powieści popularnonaukowej o trzech siostrach Zygmunta Augusta (to temat jej niedokończonego doktoratu). Zofia, Anna i Katarzyna bardzo się kochały, korespondowały ze sobą. Każda miała interesujące przygody. Pisarka chciałaby wytłumaczyć, jakie było znaczenie wydarzeń z ich życia, interesuje ją historia mentalności, historia kultury. 

Na tym spotkaniu wyjątkowo dużo pytań zadała publiczność. Padła np. propozycja napisania książki o Sędziwoju, poruszone zostały kwestie wpływu różnych wersji historii na nasze życie, temat literatury martyrologicznej, były pytania o to, jak wygląda dzień pracy, o pisanie planu powieści, o to, co czytają dzieci pisarki, a także pytanie, dlaczego Brzezińska przepisała „Plewy na wietrze”. Autorka opowiedziała też anegdotę o tym, jak tata chronił ją przed deprawacją sprzedając „Klaudynę” Colette do antykwariatu.

Nie dam rady opisać wszystkiego, przytoczę więc tylko najciekawsze wątki. Na pytanie: „Jak dzieci wpływają na pani twórczość?”, autorka odparła: „Destrukcyjnie”’. Stwierdziła, że nie są inspiracją i że nie wyobraża sobie pisania literatury dla dzieci. „U mnie w literaturze za dużo jest okrucieństwa, fundamentalnej niesprawiedliwości świata, który gra przeciwko człowiekowi” – powiedziała. Zapytana o preferencje czytelnicze i ulubione książki, odpowiedziała, że czyta prawie wszystko, oprócz bestsellerów (z powodu zrozumienia praw rynku). „Harry’ego Pottera” nie przeczytała, ale obejrzała z dziećmi z dużą przyjemnością. Nie czyta przygodówek, powieści płaszcza i szpady mało ją interesują, z polskiej fantastyki zawsze sięga np. po dzieła Wita Szostaka. Ważną lekturą jest dla niej „Odyseja” Homera czytana przez ojca w dzieciństwie. Pisarka miała to szczęście, że literatura dawna i historia były jej przekazywane od najmłodszych lat w formie bajek i opowieści.

Bardzo dużo napisałam o tym spotkaniu, bo naprawdę było niesamowicie interesujące. Cieszy mnie, że mamy tak inteligentne i wykształcone pisarki jak Anna Brzezińska. Słuchanie, co ma do powiedzenia to była przyjemność, szybko więc sięgnęłam po jej książki (wcześniej znałam zaledwie dwa opowiadania). Niedługo opowiem Wam więcej o wspaniałych „Opowieściach z Wilżyńskiej Doliny” i Babuni Jagódce.

 

Spotkanie z Rafałem Dębskim

 

Spotkanie z Rafałem Dębskim

Roman Wojciechowski, Rafał Dębski, fot. Felicja

 

20 sierpnia 2012 roku w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sopocie odbyło się spotkanie z Rafałem Dębskim w ramach festiwalu Literacki Sopot. A rozpoczęło się od prowokacyjnego pytania kierownika biblioteki Romana Wojciechowskiego: „Po co człowiekowi książka?” i równie prowokacyjnej odpowiedzi pisarza: „Na co człowiekowi żona, dzieci? Jest to kawałek szczęścia. […] Książka powinna dawać radość i skłaniać do myślenia. […] Żyjemy, żeby coś przyjmować, tworzyć. […] Korzystanie z Internetu to też czytanie i pisanie. Zmienia się sposób pisania, ale natura czytania i pisania się nie zmienia”. Przez cały czas było inteligentnie i interesująco. Oto zapis najważniejszych kwestii.

Na początek prowadzący nie bał się poruszyć przykrej sprawy zawieszenia prowadzonego przez Rafała Dębskiego pisma „Science Fiction, Fantasy i Horror”. Pisarz tłumaczył, że zapaść na rynku wydawniczym dotknęła wszystkie pisma i że czasopisma literackie nie są dotowane przez państwo a ich wydawanie jest droższe niż tytułów, w których ¾ to reklamy, bo za każdy tekst trzeba zapłacić. Kiedy sprzedaż poszła w dół, utrzymały się pisma, które miały fundusze reklamowe i dla których nie ma znaczenia, ile egzemplarzy sprzedadzą. A w czasopismach literackich ukazują się zazwyczaj tylko reklamy książek i gier komputerowych, a to za mało, żeby mogły spokojnie prosperować. Dębski bardzo chciałby, żeby jego pismo się odrodziło. Jego zdaniem czytelnictwo nie spada, kupno książek tak. Co ciekawe zapytany o wersję elektroniczną pisma, odpowiedział, że był to eksperyment, ale czytelnicy wolą jednak papier, a koszta własne wcale nie są dużo mniejsze ze względu na podatek VAT (cena wersji papierowej: 10 zł, elektronicznej: 6zł).

Następnie został poruszony temat twórczości Rafała Dębskiego, a konkretnie najpierw jego powieści „Wilkozacy”. Pisarz zapowiedział, że druga jej część ukaże się w październiku (premiera na Polconie) i zaznaczył, że to nie cykl, a saga. Różnica, jak wyjaśnił, jest taka, że saga to coś co trwa w czasie, a cykl może się zamknąć w trzydziestu dniach. Po tę książkę mam zamiar sięgnąć niedługo i mam nadzieję wtedy więcej Wam o niej opowiem.

Wracając do spotkania, najciekawsze z całej rozmowy było chyba pytanie o podział na literaturę wysoka i tę „o kosmolocie”. Rafał Dębski odpowiedział: „Co to jest literatura wysoka? Ta, której nikt nie rozumie? […] Dla mnie literatura musi spełniać jedną podstawową funkcję, musi mi się chcieć ją czytać, a nie żebym się zastanawiał, o co chodzi”. Pisarz przytoczył nazwisko jednego z noblistów – Orhana Pamuka i opowiedział o tym, że przeczytał trzy akapity jego książki i że to był koszmar, nie wiedział, co czyta, mimo że czytając debiutantów uodpornił się na bełkot. (Tu na marginesie informacja: Dębski robi redakcje, tłumaczenia i dlatego często czyta to, co jeszcze nie wyszło.) Pisarz powiedział też, że Jacek Dukaj tworzy podobno literaturę wysoką, ale on nie gustuje w jego dziełach. Zapytał, czy twórczość Andrzeja Sapkowski to literatura wysoka. Dla niego tak. Niektóre tomy to jego zdaniem fabularnie „Dynastia”, ale pod względem kreowania i warstwy językowej są bardzo dobre. Zapytał też, czy „Harry Potter” to literatura wysoka. Jego zdaniem za pięćdziesiąt lat będziemy to wiedzieli. Przyznał, że on bardzo powieści J. K. Rowling lubi, w oryginale mniej, bardziej polskie tłumaczenie i filmy. Do dyskusji chętnie włączała się publiczność. Nie pamiętam, kto pierwszy wspomniał nazwisko Henryka Sienkiewicza, za to zapisałam, że Rafał Dębski zrobił bardzo długi wywód na jego temat. Powiedział między innymi, że o geniuszu tego pisarza świadczy to, że ciągle do niego wracamy i przyznał, że wychował się „na Sienkiewiczu”.

W związku z tym Roman Wojciechowski zapytał, skąd obecna moda na siedemnasty wiek i staropolszczyznę. Autor odpowiedział, że u Jacka Komudy to ulubiony okres historyczny, a u niego to inna historia. Pisząc „Wilkozaków” pomyślał, że fajnie by było umieścić takie plemię, o takich cechach na Kozaczyźnie, bo są podobni do Kozaków. Do tego nikt nie wie, co działo się na Dzikich Polach w XVII wieku. Dębski miał taki pomysł: Wilkozacy to wilkołaki, wilki, które będą egzystować obok normalnych ludzi. Czas pasował do koncepcji powieści, a jak zaczął zgłębiać źródła, to stwierdził, że kocha ten czas.

Kolejną powieścią, o której chciał porozmawiać prowadzący były „Wilki i Orły”. Zamierzam po nią sięgnąć, mimo że to książka wojenno-psychologiczna. Zachęciło mnie to, że Rafał Dębski powiedział, że napisał ją z potrzeby serca, ponieważ miał kontakt z ludźmi, którzy przeżyli wojnę w Czeczenii i to, że tę książkę „odchorował”, bo pisał ją i płakał, a potem płakały redaktorka i korektorki. Pisarz powiedział, że nie jest to jego ulubiona książka (ulubioną jest „Gwiazdozbiór kata” – muszę wypożyczyć i przekonać się dlaczego), ale ją ceni, nie żałuje, że ją napisał, ale dziś już by tego nie zrobił. Kontynuacji nie będzie, bo musiała by to być książka dokumentalna, a takiej nikt by nie wydał. Zdaniem Dębskiego obecnie w Czeczenii chodzi tylko o ropę i narkotyki, bo Rosjanom udało się wynarodowić Czeczenów. Przy okazji autor przyznał, że uwielbia rosyjską kulturę (tłumaczy rosyjskie książki), muzykę, ale nie imperializm rosyjski. W nawiązaniu do zdarzeń bieżących ostro skrytykował media, za sposób w jaki przekazują informację o wizycie patriarchy moskiewskiego Cyryla I (traktują go jak papieża mimo agenturalnej przeszłości).

Rafał Dębski został także zapytany o swój debiut książkowy – „Łzy Nemezis”. Odpowiadając na to pytanie, przyznał, że nigdy nie napisał nic do szuflady, poza wierszami w wieku piętnastu lat. „Łzy…” powstały jako tekst do antologii, w tydzień (100 tysięcy znaków). Później w trzy miesiące na życzenie wydawcy autor zrobił z opowiadania powieść. Fantastyka historyczna zawsze go ciągnęła, a jeden z bohaterów – Ryszard Lwie Serce to jego ulubiona postać historyczna (tu cytat: „To kretyn, ale jaki!”). Dębski lubi swoją debiutancką powieść, choć dziś napisałby ją inaczej. Dodał, że nie lubi tylko jednej swojej książki „Słońce we krwi”, a to dlatego że wiąże się ze złymi wspomnieniami kontrahentów, którzy ją zamówili jako suport do gry, a potem zrezygnowali (gdy po miesiącu była już napisana, potem przerobił ją na powieść).

Pisarz sam rozpoczął wątek literatury SF, stawiając pytanie: czemu dziś nie pisze się o kosmolotach w starym stylu. I bardzo ciekawie o tym opowiedział. Jego zdaniem rozwój technologii jest taki, że jak się o czymś napisze, to okazuje się, że to już za rok, dwa zostaje wprowadzone do nauki. Do tego ludzi zaczęli bać się gwiazd, a kiedyś to było marzenie. Dębski wysnuł interesującą tezę, że to Internet jest szkodliwy, bo każdy siedzi przed monitorem (tu posłużył się swoimi doświadczeniami jako psychologa szkolnego) i to go ogranicza. Internet sprawia, że wydaje nam się, że to już wszystko. Nasze przeżycia wewnętrzne nie przekładają się na wielkie przeżycia. Upadł w nas duch odkrywców, zanikła agresja eksploracji (zdrowa agresja). Te oryginalne spostrzeżenia pisarz uzupełnił uwagą na temat tego, że pisanie SF to ciężka, fizyczna praca i jeżeli ktoś nie umie tego robić, to od razu się wyda. Na koniec dodał, że wszyscy „jojczą”, że nie ma literatury SF, a jak się ją napisze, to nikt nie czyta, więc on nie będzie jej pisał.

Kierownik biblioteki zapytał, czy da się żyć z pisania. Rafal Dębski odparł, że niektórzy żyją i wymienił Andrzeja Pilipiuka, który pisze według niego dużo i dobrze (wie to, bo go redaguje), Andrzeja Sapkowskiego, który stworzył kilka książek i teraz nic nie robi, żyjąc z tantiem, Jacka Piekarę, Jarosława Grzędowicza i jego żonę Maję Lidię Kossakowską. Podsumował, że tych pisarzy, którzy utrzymują się ze swojej literatury można policzyć na palcach obu rąk. Pozostali muszą dorabiać. Dębski pracuje na stałym etacie w szkole. Wydawnictwa zalegają mu z płatnościami (powiedział: „Ja jestem w plecy dobre 30 tysięcy. Mniej zarabiam przez rok w szkole. Nic nie mogę zrobić.”).

Na zakończenie spotkania padło tradycyjne pytanie o najbliższe plany. Autor powtórzył, że niedługo ukaże się drugi tom „Wilkozaków”. Bardzo zainteresował mnie też drugim swoim projektem – kryminałem (z wątkiem fantastycznym) rozgrywającym się w XIX wieku wśród emigracji we Francji, w którym wystąpią m.in. Mickiewicz i Czartoryski. Dodał, że poza tym będzie robił tłumaczenia i redakcje („Z czegoś trzeba żyć. Książki piszę w międzyczasie”). Wspomniał też, że może napisze następny kryminał historyczny (dziejący się w Rosji w XIX w.), jak pierwszy się sprzeda. Będzie również pracował nad odzyskaniem czasopisma.

To spotkanie przekonało mnie, że twórczość Rafała Dębskiego jest bardzo różnorodna i warto ją poznać. Odniosłam też wrażenie, że największą pasją pisarza jest historia (o niej mówił najwięcej) i że ma on tak wiele pomysłów, że na pewno mu ich nie zbraknie na nowe książki.

 

Spotkanie z Jackiem Komudą

 

Spotkanie z Jackiem Komudą

Jacek Komuda, Roman Wojciechowski, fot. Felicja

 

Drugiego dnia festiwalu Literacki Sopot, 19 sierpnia 2012 roku, w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sopocie odbyło się drugie z cyklu: „Spotkanie z gwiazdami SF”, a gościem był Jacek Komuda piszący książki historyczne. Chociaż jeszcze wtedy nie znałam twórczości autora z ciekawości wybrałam się posłuchać, co ma do powiedzenia.

Rozmowa z pisarzem, którą poprowadził dyrektor biblioteki Roman Wojciechowski okazała się bardzo interesująca. Jacek Komuda, historyk z wykształcenia, bardzo zajmująco opowiadał nie tylko o swoich książkach, ale także o historii Polski, która, co było wyraźnie widoczne, jest jego wielką pasją. Tu podkreślę, że ja wielbicielką historii i powieści historycznych nie jestem (na blogu nie ma nawet zakładki z poświęconej tego typu literaturze, ale mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni), a mimo to słuchałam z przyjemnością. Co więcej: postanowiłam przeczytać którąś z książek Komudy i swój zamiar zrealizowałam. Niedługo napiszę o zbiorze opowiadań pt. „Zborowski”, który mnie zachwycił.

Teraz chciałabym Wam przedstawić najważniejsze pytania i odpowiedzi, które padły na spotkaniu w Sopocie. Pierwsze dotyczyło przynależności gatunkowej. Jacek Komuda powiedział, że znaczna część tego, co napisał to powieści historyczne, ale zaznaczył, że nie widzi powodu, dla którego nie miałby pisać fantastyki. Dodał, że nie wstydzi się, kiedy ktoś nazywa go fantastą. Zauważył, że nie ma działu literatury historycznej w księgarniach i bibliotekach, więc jego książki leżą w różnych miejscach, często łączone są z literaturą fantastyczną ze względu na wydawnictwo, w którym są wydawane (Fabryka Słów) i okładki. Co ciekawe na początku swojej kariery pisarz chciał pisać właśnie fantastykę. Jednak jego pierwszy utwór opublikowany w wieku 16-17 lat spotkał się z bardzo dużą krytyką. Potem Tomasz Kołodziejczak, który był wtedy redaktorem „Voyagera” odmówił opublikowania tekstu Komudy, za to wprowadził go do kręgu „Klubu Tfurców” zrzeszającego młodych pisarzy, którzy chcieli doskonalić swój warsztat (byli wśród nich m.in.: Jarosław Grzędowicz, Andrzej Pilipiuk, Jacek Piekara, Maja Lidia Kossakowska). Komuda opowiadał, że prowadzili ostre dyskusje, po których jest już nieczuły na komentarze w Internecie i że dochodziło nawet do rękoczynów, bo twórcy mieli emocjonalny stosunek do tego, co pisali. Jednocześnie przyznał, że dzięki Klubowi następowało u nich podnoszenie umiejętności pisarskich. Zdaniem pisarza lata dziewięćdziesiąte nie były dobrym czasem, żeby zaczynać karierę, ponieważ właśnie wtedy nastąpił w Polsce zalew literatury obcej, której wcześniej nie można było wydawać. Według niego jedynie pisma takie jak „Voyager”, „Nowa Fantastyka” czy „Fenix” trzymały pisarzy fantastycznych przy życiu. Sytuacja zmieniła się w XXI wieku, wtedy Komuda zaczął zarabiać na pisaniu. Wcześniej, żeby się utrzymać musiał pracować w redakcji pism komputerowych. Gdy powstała Fabryka Słów, dostał telefon, że chcą wydawać jego książki. Na zakończenie odpowiedzi Komuda stwierdził, że od 2004 roku literatura anglosaska nie jest już u nas tak popularna jak kiedyś, bo polscy pisarze fantastyczni nauczyli się pisać i piszą nie gorzej niż ich zagraniczni koledzy.

Kolejne pytania dotyczyły poszczególnych książek pisarza: „Galeonów wojny”, cyklu „Samozwaniec”, zbiorów opowiadań „Zborowski”, „Czarna bandera”, powieści: „Bohun”, „Diabeł łańcucki”. O każdej z nich Jacek Komuda bardzo barwnie opowiadał. Nie sposób tutaj wszystkiego przytoczyć. Wspomnę jedynie parę ciekawostek, które zwróciły moją uwagę.

„Galeony wojny” to jedyna powieść w dorobku autora, do której pomysł podsunął mu wydawca, kiedy na przełomie 2007/2008 przeżywał kryzys pisarski i nie miał ochoty pisać kolejnej książki o Polsce sarmackiej. Musiał się do niej specjalnie przygotowywać,  ponieważ „żeglarzem jest żadnym”, nigdy nie żeglował po morzu, jedynie trochę po Mazurach. Szukał słownictwa, źródeł historycznych o galeonach w XVII wieku (znalazł tylko jedną książkę, po angielsku, dla modelarzy). Wysiłek się opłacił, bo dostał nagrodę (jedyną w swojej karierze pisarskiej) od żeglarzy, którzy nie znaleźli w „Galeonach wojny” żadnych błędów.
Przy okazji pisarz wspomniał o swojej prawdziwej pasji: jeździ konno, kocha konie, jest kawalerzystą i bierze udział w rekonstrukcjach bitew.

Cykl „Samozwaniec” Komuda zaczął pisać w 2008 roku, kiedy sytuacja polsko-rosyjska była fatalna. Chciał podbudować polskiego czytelnika. Od tego czasu co roku pisze jeden tom, czwarty wyjdzie prawdopodobnie w przyszłym roku, może nawet w styczniu.

„Zborowski” opowiada historię syna polskiego buntownika Samuela Zborowskiego. Komuda chciał stworzyć bohatera tragicznego, który ma problem z powodu sławnego ojca.

„Czarna bandera” została natomiast napisana dla odprężenia. Jest to zdaniem autora lekka książka marynistyczna opisująca wyczyny hultajów, w której chciał sobie trochę zakpić z poprawności politycznej i opowiedział m. in. o abolicjoniście zjedzonym przez ludożerców.

Tematem „Bohuna” jest zapomniana rzeź, bitwa pod Batohem, przegrana przez Polaków, o której nie wiadomo nic, bo jak powiedział Komuda: w XVII w. nie było etosu epatowania klęskami, o przegranych bitwach się zapominało, ważne były zwycięstwa.

Bohaterem „Diabła Łańcuckiego” jest Stanisław Stadnicki z Łańcuta, postać historyczna, okrutny warchoł, straszny i brutalny, który jednak miał fantazję. Komuda stwierdził, że nie mógł pozostawić takiego bohatera bez książki, bo lubi postacie charakterystyczne.

Między pytaniami o książki pojawiło się również pytanie o plany pisarskie. Autor odpowiedział, że chciałby napisać o Polsce współczesnej, ma dość XVII wieku. Opowiedział autentyczną historię, która będzie podstawą fabuły. Bohaterem jej jest Polak, który za pieniądze wynajmował się na Zachodzie w pojedynkach na śmierć i życie. Sam nikogo nie zabił, ale widział, jak ginęli ludzie. Zaprzyjaźnił się z jednym z szermierzy, Ukraińcem, a później musiał z nim walczyć. Zakończenia i tego, kto przeżyje ten pojedynek Komuda oczywiście nie zdradził. Za to wspomniał, że poza tą współczesną powieścią chciałby także napisać słowiańskie fantasy, czyli coś, czego jeszcze nikomu się nie udało stworzyć. Jego pomysł polega na tym, by wykorzystać w niej motywy rycerskie, rycerzy i zamki.

Kolejne pytanie prowadzącego brzmiało: czy środowisko SF jest bardziej zżyte niż mainstream? Pisarz odparł, że ma poczucie jakby żył w podziemiu, bo nie piszą o nim oficjalnych recenzji w gazetach, natomiast można w nich znaleźć pisarzy, którzy nie mają czytelników. Stwierdził, że nie może się dogadać z tymi pisarzami. Według niego „siedzą oni w jaskiniach”, zatrzymali się w czasie, narzekają, że wszyscy są głupi, że wszystko jest złe. On zjeździł Polskę, brał udział w licznych spotkaniach w bibliotekach i ma zupełnie inne odczucia. Jego zdaniem literatura polska została rozbita na dwie części: literaturę, która ma czytelników i literaturę, która jest promowana przez gazety, telewizję, ale tych czytelników nie ma. Komuda powiedział, że ma wrażenie, że część książek powstaje dla krytyków. Sam jest w takiej sytuacji, że zarabia na swojej twórczości i jest dzięki temu wolny, nie musi zabiegać o stypendia, może mówić, co mu się podoba i nie bać się, że jakaś gazeta mu recenzji nie wydrukuje. Na marginesie dodał, że „Harry Potter” i Dan Brown mu nie odpowiadają, ale przynajmniej zachęcają ludzi do czytania.

W następnej części pytania mogli zadawać czytelnicy, którzy licznie przybyli na spotkanie z Jackiem Komudą. Zapytano, jaki jest średni nakład jego książek. Pisarz podał konkretne liczby: „Samozwaniec” – 20 tysięcy egzemplarzy, drugie wydanie – również 20, czyli razem 40 tysięcy; zbiory opowiadań gorzej się sprzedają, więc mają mniejszy nakład – 10 tysięcy. Przyznał, że połowa jego dochodów pochodzi ze wznowień powieści. Jako ciekawostkę podał, że podczas EURO i wakacji sprzedaż bardzo spadła. Później porównywał nakłady powieści kiedyś i teraz, np. w latach dziewięćdziesiątych znani autorzy mieli nakład rzędu 2 tysięcy, a dziś taki mają debiutanci. Dodał, że fantastyka w tej dziedzinie bije mainstream na głowę oraz, że książki naukowe mają duże nakłady.

Zapytany o dzień pracy Komuda odparł, że nie pisze ciągle, robi przerwy. Jako pierwszy powstaje plan, co ma być w każdym rozdziale, szkic postaci, fragmenty dialogów, to jego zdaniem jest najgorsza cześć pracy. Dziennie pisze od 2 do 8 tysięcy znaków, czyli mniej więcej jeden podrozdział, który jest w „Zborowskim”.

Przy okazji odpowiedzi na krótkie pytanie, czy pisze głównie książki historyczne autor powiedział wartą uwagi myśl, że literatura historyczna rozwinęła się w Polsce pod skrzydłami fantastyki i jest to zasługa Andrzeja Sapkowskiego i jego powieści „Narrenturm” i cyklu o Wiedźminie.

Jeden z czytelników zapytał, czy łatwiej pisać powieści fantastyczne czy historyczne. Komuda odpowiedział, że on jest historykiem, wie więc gdzie szukać źródeł i żyje tym na co dzień – jeździ konno, bierze udział w rekonstrukcjach, ma własne doświadczenia. Spodobało mi się, gdy opowiadał, że zrobił kiedyż eksperyment i w czasie szarży husarów ustawił się na koniu w pierwszym rzędzie, żeby zobaczyć, jakie to uczucie, gdy galopuje na człowieka tyle wojska. Okazało się, że psychicznie nie mógł tego wytrzymać, chciał uciekać, bał się. Ale dzięki temu może podobną sytuację wiarygodnie opisać w powieści.

Podczas odpowiadania na pytanie, ile książek dotąd wydał (14) można się było dowiedzieć nie tylko, że Komuda pisze więcej niż jedną książkę rocznie, ale też, że „czasami, żeby się utrzymać trzeba napisać słabszą, żeby potem mieć czas na ambitniejszą” i że ważne, żeby mieć wznowienia. Pisarz wspominał także, że pierwsze półtora do dwóch lat jego kariery pisarskiej były najgorsze, dużo musiał manipulować, żeby przeżyć, na ponaglenia z banków odpowiadał, żeby mu dali spokój, bo jest „wieszczem narodowym”. Obecnie ma miesiące lepsze i gorsze, za to wypłatę dostaje co tydzień. Zaskakująca była dla mnie informacja, kto jest największym wrogiem pisarzy w Polsce oraz jak wyglądają kulisy pracy księgarń i wydawnictw. Posłuchać można było o polityce monopolisty na naszym rynku i pieniądzach wymuszanych przez dystrybutorów szantażem. Następnie autor opowiadał o tym, jak upadek komuny zniszczył niektórych pisarzy, którzy nie mogli się odnaleźć w nowej sytuacji, o zmniejszeniu nakładów, o zmianie sposobu obliczania wynagrodzenia, a także o tym, że kiedyś nie było praw autorskich (gdy wydawano obcych autorów, wysyłano zawiadomienie, że pisarz może przyjechać za żelazna kurtynę po pieniądze).

Na zakończenie czytelnicy dowiedzieli się, jaką literaturę czyta Jacek Komuda. Okazało się, że głównie historyczną i naukową, a także książki dziewiętnastowiecznych rosyjskich pisarzy.

A ja na zakończenie chciałam Was poinformować, że do zrelacjonowania pozostały mi jeszcze cztery równie interesujące spotkania autorskie, na których byłam w ramach Literackiego Sopotu. Niestety ponieważ coś wciąż mi wypada (łącznie z pobytem mamy w szpitalu i jej operacją), obawiam się, że trzeba będzie na nie trochę poczekać.

 

PS Zapomniałam napisać, że dużo zdjęć i krótkie filmiki z opisywanych przeze mnie spotkań w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sopocie można znaleźć na jej stronie na Facebooku:


http://www.facebook.com/pages/MIEJSKA-BIBLIOTEKA-PUBLICZNA-IM-J%C3%93ZEFA-WYBICKIEGO-W-SOPOCIE/123100176404

 

Spotkanie z Tomaszem Kołodziejczakiem

 

Spotkanie z Tomaszem Kołodziejczakiem

Tomasz Kołodziejczak, fot. Felicja

 

Miejska Biblioteka Publiczna w Sopocie w ramach festiwalu Literacki Sopot zorganizowała cykl spotkań z pisarzami fantastycznymi. Czegoś takiego nie mogłam przegapić! W sobotę, 18 sierpnia 2012 roku, pierwszym gościem biblioteki był Tomasz Kołodziejczak, autor, którego książek jeszcze nie przeczytałam, ale na pewno to zrobię. Ktoś, kto potrafi tak dobrze opowiadać, musi też świetnie pisać!

Było to jedno z najlepszych spotkań autorskich, na jakich dotąd byłam. Miła, kameralna atmosfera (kawa, herbata, ciasteczka) i niezwykle interesujący człowiek, znający się na fantastyce i potrafiący o niej dyskutować. Wiele jego tez i spostrzeżeń wartych było zapisania i zapamiętania.

Pierwsze pytanie, które zadał pisarzowi dyrektor biblioteki Roman Wojciechowski brzmiało: „Dlaczego fantastyka?”. Tomasz Kołodziejczak odpowiedział, że wszystko zaczęło się od czytania fantastyki. Jako kilkulatek miał w domu dostęp do biblioteki, którą gromadził jego ojciec. Jako kilkunastolatek wpadł na pomysł pisania. Należał wtedy do klubu miłośników fantastyki, też kilkunastolatków, w którym spotykał się z Jarosławem Grzędowiczem, Rafałem Ziemkiewiczem i innymi bardzo znanymi dziś pisarzami. Kolegowali się i obnażali nawzajem swoje literackie niedoskonałości. W 1990 roku (w wieku dwudziestu trzech lat) wydał swoją pierwszą powieść „Wybierz swoją śmierć”, która gatunkowo należy do klasycznej SF.

Drugie pytanie brzmiało: „Jak można ocenić pisarzy i czytelników w latach osiemdziesiątych i dzisiaj?”. Odpowiedź była bardzo ciekawa i poruszająca wiele aspektów tego tematu. Kołodziejczak powiedział, że typowy czytelnik fantastyki wtedy i dziś jest jednocześnie podobny i zupełnie różny. Według niego to zazwyczaj ciekawy człowiek między siedemnastym a dwudziestym rokiem życia, pasjonat, mający hobby, czytający, interesujący się czymś jeszcze poza fantastyką. Pisarz zauważył, że zmieniła się sama literatura fantastyczna: Lem, bracia Strugaccy, Asimov, Dick pisali głównie SF, interesował ich kosmos, roboty, przygoda intelektualna, sprawy społeczno-polityczne. Stwierdził też, że dzisiejszy czytelnik fantastyki wychowany został na Sapkowskim i Pilipiuku (czego nie ocenia), że jego baza czytelnicza jest inna. Tu dał ciekawy przykład dotyczący odbioru jego wznowionych książek. Kiedyś ich recenzje pisali ludzie wychowani na klasycznej SF i patrzyli na nie przez ich pryzmat. Dzisiejsi czytelnicy-recenzenci uważają niektóre rzeczy za nowe, innych nie zauważają.

Kołodziejczak wymienił kolejne różnice – dziś popularne są: fantasy, horror, romans paranormalny, w skrócie: miłość i wampiry; mamy więcej przekładów. Dodał też, że Polska znów jest tematem literackim, po to by pisarze mogli bawić się historią, przeszłością, teraźniejszością, a kiedyś to musiało być bardziej „opakowane”. Podał przykładowy wątek: trzydzieści lat temu Stach Kowalski, który leci rakietą podbijać kosmos byłby śmieszny, dziś nie.

Prowadzący spotkanie zapytał, czy w takim razie Kołodziejczakowi nie żal tej starej fantastyki. Pisarz odparł, że nie. Jego zdaniem zmienia się literatura i potrzeby czytelników. Podał kilka przyczyn tych zmian. Pierwsza: w PRL-u mieliśmy do czynienia ze sztuczną nadbudową SF. Pełniła funkcję zastępczą wobec innych gatunków popularnych, np. kryminału, horroru, które muszą zapisywać rzeczywistość. Druga: były wtedy inne oczekiwania wobec wiedzy, chętnie sięgano po literaturę opisującą procesy techniczne. Trzecia: fantastyka była literaturą inżynierów, towarzyszyła prasie naukowej. Dziś pisarze mają różne zawody, udział umysłów ścisłych w tworzeniu literatury fantastycznej jest mniejszy. Czwarta: SF towarzyszy rozwojowi nauki, pokazuje zmiany w społeczeństwie itd., a obecnie przesunęła miernik progresji naukowej znacznie dalej niż współczesna nauka, spenetrowała nieznane przestrzenie i dotarła do własnego horyzontu zdarzeń. Piąta: zostaliśmy „przygwożdżeni” twórczością Lema i Dukaja. Szósta: rozwinęła się fantasy, porzuciła tolkienowskie schematy, promuje odwagę i inne wartości, opisuje rozlegle przestrzenie.

W tym momencie do rozmowy włączył się jeden z uczestników spotkania –  wieloletni redaktor „Nowej Fantastyki” Maciej Parowski. Nie wszystko, co zostało powiedziane, da się powtórzyć. Między gośćmi nie raz wywiązała się bardzo ciekawa dyskusja. Przytaczam tu tylko najważniejsze i najciekawsze kwestie. Parowski zasugerował, że jest teren do zagospodarowania dla współczesnej SF, tylko nikomu się nie chce. Miał na myśli temat naukowości w społeczeństwie. Kołodziejczak w odpowiedzi na to zaczął wymieniać autorów, którzy eksplorowali obszar fantastyki socjologicznej: Rafała Ziemkiewicza i Paolo Bacigalupiego. Według niego do zagospodarowania jest „rozrywkowa” SF. Później pisarz zaczął wymieniać tematy społeczne, o których mówiła fantastyka naukowa od lat, np. klonowanie, i zastanawiał się, które z przewidywań się sprawdziły. Zapytał, czy SF przewidziała Internet, jego wpływ, zmianę funkcjonowania społeczeństwa pod wpływem dostępu do informacji. Odpowiedział: raczej nie. Wspomniał Orwella, który pisał o manipulacji i zastanawiał się, czy to się sprawdziło i czy znikną biblioteki. Jego zdaniem przeniesienie bibliotek w sieć może oznaczać pełną manipulację treścią, gdy nie będzie „wzorca wykutego w kamieniu”. Przy okazji autor przypomniał, że w swojej twórczości również zajmował się tematyką socjologiczną. Jedno z jego opowiadań dotyczyło przeniesienia naszych danych osobowych do portali społecznościowych takich jak Facebook czy Nasza klasa i związanych z tym zagrożeń, gdybyśmy np. kiedyś musieli prowadzić działalność konspiracyjną i ukrywać kto, kogo zna, gdzie mieszka itd. Z autorów zajmujących się socjologią wspomniany został też Janusz A. Zajdel, który zajmował się np. problemem inwigilacji. Kołodziejczak trafnie zauważył, że zmienia się język i postrzeganie rzeczywistości dlatego trudno czytać stare powieści, bo użyte są w nich metafory i wizje świata, których nie rozumiemy, oddziela nas od nich bariera kulturowa.

Następnie Roman Wojciechowski chciał się dowiedzieć, co obecnie jest na warsztacie, co dominuje: pisanie czy praca redaktorska. Gość wyjaśnił zgromadzonym czytelnikom, że na co dzień pracuje w wydawnictwie Egmont, jest dyrektorem w dziale komiksów i próbuje to łączyć z pisaniem. Miał przerwę w wydawaniu książek między 1999 a 2010 rokiem, zajmował się wtedy innymi rzeczami, na prozę nie miał czasu. Teraz ukaże się kilka jego nowych tekstów. W listopadzie – „Czerwona mgła” – zbiór opowiadań i tytułowa mikropowieść nawiązujące do świata opisanego w „Czarnym horyzoncie”. W planach jest także książka będąca połączeniem: SF, horroru, space-opery, stworów z ciemności, człowieka, który na nie poluje (nie Wiedźmina) i mitologii, czyli zderzenie SF z elementami nieracjonalnymi. Autor pisze też scenariusze do komiksów. Problemem jest tylko czas, a raczej jego brak, bo nie jest pisarzem „pełnoetatowym”.

Kolejne pytanie brzmiało: „Kto generuje spór między literaturą mainstreamową i fantastyką?”. W odpowiedzi Kołodziejczak stwierdził, że to naturalne zjawisko, że chcemy, żeby fantastyka naukowa była częścią literatury i jest. Jego zdaniem Dick, Lem to integralna część literatury, a z kolei literatura młodzieżowa to w większości głównie fantastyka i literatura z elementami fantastyki. Autor uważa, że przyczyną wyodrębniania fantastyki jako gatunku jest marketing, a także fakt, że jej miłośnicy tworzą swoje środowisko, mają swoje strony internetowe itd. Jego osobiście denerwuje, kiedy autorzy fantastyczni są traktowani gorzej. Powiedział, że dobra literatura się broni. Stwierdził, że fajnie gdyby Dukaj dostał Nike, Lem – Nobla. Nie przekonuje go, gdy autorzy niespecjalizujący się w SF biorą się za ten gatunek. Ich próby ocenia jako nieudane, bo proza gatunkowa rządzi się innymi prawami. Także próby wyjścia z gatunku SF zazwyczaj kończą się według niego porażkami.

Później głos został oddany czytelnikom, każdy mógł zadać swoje pytanie pisarzowi. Maciej Parowski poprosił o nazwanie cech fantastyki, których nie mają inne gatunki. Tomasz Kołodziejczak zmienił trochę to pytanie i odpowiedział, dlaczego on lubi czytać fantastykę. Wymienił pięć powodów. Pierwszy: fantastyka naukowa daje możliwość zbudowania wirtualnego laboratorium, opisania odkryć, które zmienią wybrany aspekt rzeczywistości, jej istotą jest zmiana rzeczywistości. Drugi: dobra literatura towarzyszy emocjom, a SF zajmuje się poznaniem naukowym, procesami myślowymi, dochodzeniem do poznania, a z tym także są związane emocje. Trzeci: fantastyka to piękne słowa, mądre myśli, opis relacji między ludźmi. Czwarty: odpowiada na te same potrzeby co zwykła literatura. Piąty: kiedy zna się sto opowiadań o podróżach w czasie, to z chęcią czyta się tekst, w którym komuś udało się o nich napisać coś innego. Tu Maciej Parowski włączył się w dyskusję i wyraził swoje zdanie na temat prozy współczesnej. Powiedział, że przedstawia ona „impresyjne obrazki”, ulotne chwile, nie wierzy w spiski, nie potrafi opisywać procesów. Na to Tomasz Kołodziejczak odpowiedział, że „nikt już nie rzeźbi pełnych figur Afrodyt”, że w sztuce królują „strzępy myśli”, „pacnięcia pędzla po płótnie”, że mamy do czynienia z „cywilizacją strzępiastą”, niesystemową i ciężko dziś np. realistycznie rysować, bo to się nie sprzedaje. W związku z tym pisarz uważa, że proza gatunkowa: fantastyka, kryminał jest inna, bo musi opowiedzieć historię, mieć pointę, a jej autor musi mieć w głowie schemat rozwiązania zagadki, system. Kołodziejczak przyznał, że przegląda czasami powieści kobiece i zauważył, że w niektórych jest bardzo dużo dialogów, a brakuje opisów i przez to bardziej przypominają scenariusz czy dramat niż powieść. Podsumował to stwierdzeniem, że czytamy książki z różnych powodów i mamy wobec nich różne oczekiwania. Dodał, że coraz więcej fantastyki też jest właśnie takiej „strzępowej” i wysunął przypuszczenie, że może tak chcą czytelnicy.

Potem na temat sztuki wywiązała się bardzo ciekawa dyskusja między czytelnikami a pisarzem, której nie będę tu przytaczała, bo i tak moja relacja już jest zbyt długa. Na koniec chciałam tylko zaznaczyć, że to było bardzo inspirujące spotkanie i cieszę się bardzo, że na nim byłam.