Brutalny i oryginalny (Pierre Lemaitre, Koronkowa robota)

Kryminał, który trzeba przeczytać do końca. Dopiero wtedy można go w pełni docenić. Pierre Lemaitre bawi się formą, zwodzi czytelnika, cytuje wielkich pisarzy, a jednocześnie epatuje brutalnymi scenami. Jego „Koronkowa robota” pełna jest wymyślnych morderstw popełnianych przez psychopatę, ale są w niej także odniesienia literackie i autotematyczne refleksje. Szokująca mieszanka!

Pierre Lemaitre, Koronkowa robota

Wydawnictwo: Muza, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Joanna Polachowska

A to nie wszystko. Są dwie części. Pierwsza, pozornie zwyczajna, w której poznajemy głównego bohatera – inspektora Camille’a Verhoevena (czterdzieści lat, wzrost: metr czterdzieści pięć), jego żonę (Irene, w zaawansowanej ciąży) i kilku policyjnych współpracowników. Towarzyszymy mu w prowadzeniu śledztwa i poszukiwaniu seryjnego mordercy (wielbiciela kryminałów) oraz poznajemy życie prywatne, przeszłość i teraźniejszość. Kiedy wszystko wydaje się jasne, oczywiste i przewidywalne (udało mi się nawet odgadnąć, kto zabił), rozpoczyna się część druga. O niej nie mogę niestety nic napisać. Poza tym, że jest oryginalna, wywraca fabułę do góry nogami.

Styl całej tej dwuczęściowej opowieści bardzo mnie zaskoczył. Szczególnie język (chociaż trudno go ocenić, czytając przekład) zwraca na siebie uwagę. Sposób narracji zmienia się zależnie od sytuacji. Dużo miejsca zajmują psychologiczne portrety bohaterów (prawie jak w dziewiętnastym wieku). Autor świadomie używa różnych technik, środków, które sprawiają, że jego powieść jest wciągająca, atrakcyjna, wielowarstwowa. Zakończenie jest wręcz filmowe – widzi się je oczyma wyobraźni (przerażający widok).

Wydawać by się mogło, że w kryminałach już nic nowego wymyślić nie można. A jednak – pozostaje mieszanie gatunków, gry z kliszami, intertekstualność. Lemaitre stawia w swojej powieści pytanie o wartość literatury detektywistycznej oraz pokazuje jak się zmieniała:

„Pierwsze książki wydały mu się raczej klasykami. Prywatni detektywi, popijając kawę i jedząc pączki, gnuśnieli w nędznych biurach nad stertami niezapłaconych rachunków. Sfiksowani zabójcy raptem folgowali swoim psychopatycznym impulsom. A potem styl się zmieniał, stawał się coraz bardziej odjechany, coraz bardziej dosadny. James Ellroy zaczynał ukazywać okrucieństwo w stanie czystym. Miejskie szumowiny jawiły się jako metafora zdemoralizowanej i odartej ze złudzeń ludzkości. Miłość nabierała cierpkiego posmaku ulicznych dramatów. Do głosu dochodziły sadyzm, przemoc, okrucieństwo, nasze najniższe fantazmaty z całym korowodem krzywd i odwetów, maltretowanych kobiet i krwawych zbrodni.” (s. 136-137)

Pisarz porusza interesujące zagadnienie, o którym sama mimowolnie wielokrotnie myślałam podczas lektury. A mianowicie: dlaczego ludzie chcą czytać o zbrodniach? W tekście pojawia się m.in. taka odpowiedź:

„Niewiarygodny sukces literatury kryminalistycznej wyraźnie dowodzi, jak bardzo świat spragniony jest śmierci. I tajemnicy. Goni za tymi obrazami nie dlatego, że ich potrzebuje. Ale dlatego, że ma tylko to. Abstrahując od wojen i wielkich bezinteresownych rzezi, jakie polityka ofiarowuje ludziom, by zaspokoić ich nieopanowaną żądzę śmierci, cóż innego mają? […] Pisarze piszą o śmierci dla ludzi, którzy łakną tej śmierci, tworzą dramaty, by zaspokoić ich tęsknotę za dramatem.” (s. 311)

Jest to fragment listu jednej z ważnych postaci.

„Koronkowa robota” to pierwsza część cyklu o komisarzu Verhoevenie. Jeszcze nie wiem, czy sięgnę po kolejne tomy. Czy będę chciała wrócić do okrutnego świata wykreowanego przez Lemaitre’a?

Kryminał idealny (Jørn Lier Horst, Psy gończe)

Klasyczny kryminał. Świetnie napisany, niesamowicie wciągający. Nie ma w nim wciśniętych na siłę wątków politycznych, społecznych czy historycznych. Jest za to dwójka głównych bohaterów – sympatyczny policjant i jego dociekliwa córka dziennikarka oraz dwa śledztwa dotyczące morderstw – jedno z teraźniejszości, drugie z przeszłości. Akcja świetnie poprowadzona, niezbyt zawiła, z niedużą liczbą postaci. Krótkie rozdziały i akapity, naturalne dialogi. Wszystko to sprawia, że czyta się szybko i przyjemnie, a czas płynie, nie wiadomo jak i kiedy. Fabuła nie zostaje w pamięci na długo, ale to nie ma dla mnie znaczenia.

Jørn Lier Horst, Psy gończe

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Milena Skoczko

„Psy gończe” to druga wydana w Polsce książka autorstwa Jørna Liera Horsta. W 2014 roku pojawił się na naszym rynku godny polecenia „Jaskinowiec”. Obie powieści należą do cyklu o Williamie Wistingu. Tym razem trochę przeszkadzało mi, że czytam niechronologicznie (część ósmą, po części dziewiątej). Niby nie jest to ważne, nie utrudnia zrozumienia głównego wątku, ale jednak pewien dyskomfort czułam. Jeżeli macie wybór, lepiej przeczytać najpierw „Psy gończe”. Szczególnie że są lepsze!

W „Jaskiniowcu” podobały mi się towarzyszące rozwiązywaniu zagadki kryminalnej rozważania natury psychologicznej i społecznej. Skłaniały one do refleksji, sprawiały, że czytanie nie było tylko rozrywką. W „Psach gończych” tego jest mniej, ale za to tempo jest szybsze, więcej się dzieje. I nie jest nudno – całe szczęście pisarz nie powtarza tego samego schematu fabularnego. Tym razem Wisting zostaje zawieszony w pełnieniu obowiązków, bo toczy się przeciwko niemu postępowanie w sprawie sfabrykowania dowodów w dochodzeniu sprzed lat. W znalezieniu prawdziwego winnego i oczyszczeniu się z zarzutów pomaga mu oczywiście odważna Line.

Horst czerpie ze swoich doświadczeń z pracy w policji, to widać. Pozwala czytelnikowi przyjrzeć się, jak szukanie mordercy wygląda współcześnie, bez upiększeń. Za każdym razem jest to ciężka, żmudna praca całego zespołu śledczych, która nie byłaby możliwa bez współpracy ze specjalistami z różnych dziedzin. Z jego książek wiele możemy się dowiedzieć również na temat pracy dziennikarzy śledczych, etyki w mediach, mechanizmów rządzących publikacjami itp.

„– Cześć, tato. Dzwonił do ciebie ktoś z gazety?
– Nie – odparł Wisting i skinął na pożegnanie trzem studentom, którzy ruszyli do wyjścia. – Dlaczego pytasz? Stało się coś?
Line nie odpowiedziała.
– Jestem teraz w redakcji – wyjaśniła.
– Nie miałaś mieć wolnego?
– Tak, ale trenowałam na siłowni i postanowiłam zajrzeć na górę.
Wisting dokończył picie kawy. Line była do niego bardzo podobna. Zawsze musiała wszystko wiedzieć i być tam, gdzie coś się działo.
– Jutro będą pisać o tobie w gazecie – powiedziała i dodała po krótkiej przerwie: – Ale tym razem chodzi im o ciebie. Chcą cię dopaść.” (s. 10)

Dla niektórych dziennikarzy ważne są tylko rankingi poczytności. Dla niektórych policjantów liczy się tylko skazanie sprawcy morderstwa. W obu zawodach dochodzi do patologii. W „Psach gończych” zostało to bardzo wnikliwie opisane.

A tak na marginesie: ciekawa jestem, który tom serii o Wistingu wydawnictwo Smak Słowa planuje zaprezentować polskim czytelnikom jako następny. Na pewno chętnie go przeczytam.

Egipt, 1942 rok (Nadżib Mahfuz, Chan al-Chalili)

Egipt, 1942 rok. Na Kair spadają niemieckie bomby. Rodzina Akifów przenosi się do dzielnicy Chan al-Chalili uważanej za bezpieczną ze względu na znajdujący się tam święty meczet Al-Husajna. Ahmad Akif ma około czterdziestu lat, jest urzędnikiem ósmej klasy w archiwum Ministerstwa Robót Publicznych i od dwudziestu lat ma na swoich barkach utrzymanie rodziców i brata. Jego życie nie jest szczęśliwe.

Nadżib Mahfuz, Chan al-Chalili

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu z języka arabskiego: Jolanta Kozłowska

Opowieść Nadżiba Mahfuza od samego początku przypominała mi realistyczną prozę wielkich dziewiętnastowiecznych pisarzy. Dokładne określenie miejsca, czasu, szczegółowe opisy bohaterów, wspaniałe analizy psychologiczne. Do tego dobrze uporządkowana fabuła obejmująca zaledwie rok. Jak bardzo brakowało mi ostatnio takich klasycznych powieści! Zupełnie nie spodziewałam się, że książka arabskiego pisarza okaże się jednocześnie kulturowo tak odległa i bliska. Dzięki „Chan al-Chalili” mogłam pospacerować po egzotycznych uliczkach starej egipskiej dzielnicy:

„Wysiadł z tramwaju przy placu Al-Azhar i poszedł w kierunku Chan al-Chalili, tak się nazywało nowe miejsce, do którego się udawał, przeszedł wąską uliczkę i zobaczył w pobliżu nowe domy, ciągnące się po lewej i prawej stronie, a między nimi niezliczone uliczki i przejścia; wyglądały jak ogromne koszary, w których wzrok się gubił. Oglądał przepełnione kawiarnie, przeróżne sklepy: od takich z tamijją do tych z antykami i biżuterią, i nieprzerwany potok ludzi w turbanach, tarbuszach lub w czapkach. Uszy miał pełne różnych dźwięków, krzyków, nawoływań, denerwujących dla kogoś o tak słabych nerwach, jak on.” (s.13)

Mahfuz w bardzo malowniczy sposób opisuje miejsca, które znał, które istniały naprawdę. Dla czytelnika polskiego (czy szerzej: europejskiego) już same te tworzone piórem obrazy codziennego życia Egipcjan są niezwykle interesujące. A jak dodać do tego jeszcze kontekst historyczny – rozmowy o wojnie, Hitlerze, socjalizmie, Marksie, odkryciach naukowych, Freudzie, Nietzschem – to dopiero zaczyna się ukazywać niezwykłe bogactwo, które kryje się na niecałych trzystu stronach.

Zdecydowanie najmocniejszym punktem tej powieści nie jest jednak tło społeczne, nie opisy, ale główny bohater. Skojarzył mi się z panią Bovary. Zwykły człowiek, którego szare życie pełne jest porażek, rozczarowań, niespełnionych nadziei mimo wszystko marzy o szczęściu i miłości. Ale los jest nielitościwy:

„Zbliżał się do czterdziestki, uwagę zwracała jego wysoka, chuda sylwetka i dziwny ubiór, budzący litość – pogniecione spodnie, przykrótkie rękawy marynarki, zapocony tarbusz, nieświeża koszula i znoszony krawat, jasna łysina, siwe baki i włosy z tyłu głowy. Wszystko to jeszcze go postarzało. […] Zadziwiające, że kiedyś był uważany za mężczyznę eleganckiego, dbającego o wygląd, na którego przyjemnie było popatrzeć. Jednak rozpacz i troski oraz chorobliwe przeświadczenie, że jest wielkim myślicielem spowodowały, że przestał przykładać jakąkolwiek wagę do tych spraw.” (s. 12-13)

Ahmad nie jest piękny, nie jest bogaty, ani mądry, a wzbudza sympatię, łatwo się z nim utożsamić. Ma wiele wad, popełnił sporo błędów, ale może dlatego jest bardzo „ludzki”. Nie jest to postać papierowa, ale wypełniona „treścią”.

„Chan al-Chalili” to historia o samotności i miłości. Znajdziemy w niej fragmenty opisujące uczucie do młodej dziewczyny, ogromne poświęcenie dla rodziny (szczególnie dla brata), a także piękne akapity o przywiązaniu do książek:

„To jest jego ukochana biblioteka, właściwie najważniejsza część jego życia.” (s.20)
„Popadł w gorzką samotność umysłu i serca, uciekał od życia, ale w samotności nie zarzucił zwyczaju czytania, bo w książkach znajdował życie, jakie kochał. Życie książek przedkładał nad życie świata, były one balsamem na cierpienia jego dumy, czerpał z nich siłę, która stawała się jakby jego własną siłą, ich myśli stawały się niejako jego myślami, jej władza – jego władzą, a wieczność – jego wiecznością.” (s.26)

Są również liczne niepochlebne zdania na temat kobiet (wynikające ze złych doświadczeń Ahmada):

„Odczuwał pogardę dla kobiet i przypisywał im same wady. To sprytne, złe zwierzęta, a istotą ich sprytu jest pożądliwość, kłamstwo, marność i brak jakichkolwiek zasad. To są tylko ciała bez duszy, źródło męskich cierpień, nieszczęścia ludzkości. […] Jednak w głębi duszy cierpiał z powodu niezaspokojonego pragnienia uczucia.” (s.47)

Nie sposób opowiedzieć wszystkiego! Nie wspomniałam np. o grzesznym nocnym życiu Kairu, paleniu haszyszu, hazardzie, rozpuście; ani o chorobie, która przychodzi niespodziewanie i powoli odbiera życie młodemu człowiekowi w momencie, kiedy wydawałoby się, że ma on wszystko.

Nie dziwię się, że Mahfuz dostał literackiego Nobla.

PS A teraz mam w końcu czas na przeczytanie długo wyczekiwanego „Ducha na wyspie” Johana Theorina.

PPS Więcej na temat Nadżiba Mahfuza i jego książki „Chan al-Chalili” można dowiedzieć się z audycji Dwójki:

http://www.polskieradio.pl/8/3668/Artykul/1233995,Miasto-wieksze-od-calego-swiata-Kair-egipskiego-Balzaka

Oswajanie chaosu (Ismet Prcić, Odłamki)

Patrzę na dwie książki, które ostatnio przeczytałam: „Kolor magii” Terry’ego Pratchetta i „Odłamki” Ismeta Prcicia. Ich okładki różnią się na pierwszy rzut oka. Pierwsza jest wielobarwna, baśniowa, wesoła – tak jak jej treść. Druga natomiast to poważne kolory, smutna twarz dziecka, kawałki popękanego szkła. Ten kontrast burzą tylko moje małe kolorowe zakładki (żółte, czerwone i niebieskie) wystające z boku „Odłamków”. Kartki powieści Prcića pełne są słów, które zrobiły na mnie duże wrażenie i dlatego chciałabym Wam dzisiaj trochę więcej o niej opowiedzieć. A o Pratchetcie planuję napisać, jak już poznam cały „Świat dysku”.

Ismet, Prcić, Odłamki

Wydawnictwo SQN, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Jarosław Rybski

Ismet Prcić pochodzi z Bośni, ale obecnie mieszka w USA. Wyjechał z ojczyzny jako młody chłopak. Chciał uciec od wojny. Okazało się to nie tak łatwe, bo pamięć tego, co przeżył nie dawała mu spokoju. Pisanie stało się dla niego terapią:

„Mówi, że mam zespół stresu pourazowego. Że pigułki to tylko tymczasowe rozwiązanie i żeby naprawdę wyzdrowieć, muszę ujrzeć swoje doświadczenie w szerszym kontekście, żeby ogarnąć, co i jak.

To on podsunął mi pomysł z pisaniem tego pamiętnika. […]

Najpierw skutkowało: pisałem o ucieczce, o moim dzieciństwie i starałem się trzymać faktów. Ale w miarę pisania pewne rzeczy – drobne wytwory fantazji – zaczynają się wkradać do tekstu. Zmagałem się z nimi z całych sił, starałem się je usuwać z rękopisu, ale przez to narracja w przedziwny sposób odchodziła od prawdy. Kiedy znów je włączyłem do tekstu, opowieść stała się prawdziwsza, choć nie pasowała do tego, co zapamiętałem, nie w każdym drobnym szczególe.” (s. 35-36)

Tak w uproszczeniu można by przedstawić genezę „Odłamków”. Sprawa jest oczywiście bardziej skomplikowana.

Kwestia tożsamości (narodowej i „osobistej”, poszukiwanie siebie), autotematyczność (pamiętnik czy fikcja literacka?), zmaganie się z traumą i strachem – to główne wątki, które wydały mi się najbardziej w tej prozie interesujące. Choć pomysł napisania książki zrodził się niewątpliwie z życia, z realnych faktów, to efekt końcowy jest dziełem „niezależnym” i wieloznacznym, bogatym w różne warstwy znaczeń. Doceniam formę – „odłamki” kilku tekstów połączone w jedną całość. Chaos narracji jest nieprzypadkowy:

„Nie, nigdy wcześniej nie widziałem pokazu ogni sztucznych. Nie wiedzieli ich też Ramona, Omar ani Boro. Asmir i muzycy byli od nas starsi. Ich w pełni ukształtowane umysły pamiętały życie sprzed wojny, sprzed chaosu, sprzed bezsensu. Poznali, co to porządek, co to sens. Naprawdę wyjechali z Bośni, bo pozostawienie za sobą chaosu było powrotem do normalności. Ale, jeśli się wzrastało z chaosie, wtedy nie było od niego odwrotu. Nie było ucieczki. Dla mnie chaos był właśnie ową normalnością. A prawdziwa normalność okazała się nienaturalnym, kruchym stanem ducha.” (s. 269)

Pisarz konstruuje świat przedstawiony w sposób, który ma odzwierciedlić rozpad osobowości, jaki dokonał się w ludziach pod wpływem wojny.

Bohaterem i narratorem większości rozdziałów jest alter ego autora – Ismet Prcić opowiadający o swojej przeszłości (w sposób niechronologiczny) i teraźniejszości (wyjątki z dziennika, których adresatem jest jego matka). Drugą ważną postacią jest żołnierz Mustafa Nalić, który wydaje się być wymyślony po to, by pokazać grozę i bezsens działań wojennych. Dotyczące go fragmenty charakteryzują się pewną sztucznością (zamierzoną). O ile Ismet jest momentami „do bólu szczery”, o tyle Mustafa jest kreacją mało wiarygodną (co ma swoje uzasadnienie). Ich losy przeplatają się, a nawet przenikają, przeczą sobie. Dzięki temu czytelnik daje się wciągnąć w grę – próbuje odgadnąć „jak było naprawdę”.

Zaznaczyłam w tekście dużo zdań dotyczących teatru, wszystkich tu nie przytoczę, ale krótko o kilku z nich wspomnę. W przedmowie do wydania polskiego Prcić opisuje, jak w wieku osiemnastu lat wyjechał do Edynburga na festiwal teatralny (jako aktor) i zetknął się tam ze sztuką poznańskiego teatru Biura Podróży, która zmieniła jego życie. W rozdziale „Kult Asmira” Ismet opowiada o próbach teatralnych i artyście-nauczycielu, dzięki któremu teatr stał się dla niego wszystkim. Ta miłość do sztuki jest czymś niesamowitym! Szczególnie poruszyła mnie scena, w której młodzi aktorzy siedząc na ławce w parku, wpadają na pomysł małego performansu:

„Zachowywaliśmy się, jakby ciągnęło nas, by ustawić przed ławką ramę. No wiecie, żeby tym ludziom coś to dało. Cokolwiek. Oparliśmy ją sobie na kolanach, trzymaliśmy prosto i zamarliśmy w bezruchu. Staliśmy się obrazem, postaciami gapiącymi się przez ramę na świat rzeczywisty.

I wkrótce prawdziwi ludzie zaczęli się gapić na nas, na obraz, zapominając na chwilę o wojnie, o jej niedającej wytchnienia psychozie sterującej wszystkimi zachowaniami. Ludzie bez względu na wszystko musieli spojrzeć na sztukę.” (s. 131)

A potem zaczyna się bombardowanie. Czy w takich czasach tworzenie sztuki jest możliwe?

„Odłamki” skojarzyły mi się z „Ru” Kim Thuy ze względu na fragmentaryczność i wątek emigracyjny oraz z „Miłością z kamienia” Grażyny Jagielskiej (zespół stresu pourazowego jako powód pisania, mieszanie autobiografii z powieścią). Różne kultury, różni ludzie – podobne doświadczenia. Te trzy książki łączy jeszcze jedna cecha – ich lektura wielu osobom może pomóc.

PS Następne notki na blogu będą dotyczyły prozy egipskiej i rumuńskiej.

Młodzieńcze utwory (Charlotte Brontë, Sekret)

Charlotte Brontë urodziła się 21 kwietnia 1816 roku. Opowiadania, które znalazły się w opublikowanym niedawno przez Wydawnictwo MG zbiorku pt. „Sekret” napisała jako nastolatka. „Albion i Marina” w październiku 1830 roku w wieku czternastu lat, „Ślub” na przełomie lipca i sierpnia 1832, „Sekret” i „Lily Hart” w listopadzie 1833, „Spojrzenie w album” na przełomie maja i czerwca 1834. A to tylko drobny wycinek młodzieńczej twórczości tej wielkiej pisarki! Łącznie od 1829 do 1839 roku spod jej pióra wyszło ponad sto krótkich utworów prozatorskich. Nie były to teksty przeznaczone do druku, stanowiły sekret rodzeństwa Brontë. Po wielu latach możemy w końcu poznać pięć z nich w języku polskim i dowiedzieć się, jak od najmłodszych lat kształtował się talent literacki autorki „Jane Eyre”.

Sekret, Charlotte Brontë

Wydawnictwo MG, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Paulina Braiter

O juweniliach pisanych na plebani w Haworth przeczytałam po raz pierwszy w świetnej biografii Eryka Ostrowskiego pt. „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” (2013). Od razu zapragnęłam je poznać, bo wydały mi się fascynujące i oryginalne. Kilkunastoletnie dzieci (Charlotte i jej młodszy brat Branwell) wymyśliły swój fantastyczny świat (państwa, miasta, ulice, budynki), jego historię i mieszkańców. Alternatywna rzeczywistość powstała głównie dzięki ogromnej wyobraźni, ale także na podstawie przeczytanych lektur (bardzo różnorodnych) i z obserwacji otaczających ludzi (znanych i nieznanych). Głównym tematem opowieści jest miłość i walka o władzę.

Wiele wczesnych tekstów rodzeństwa Brontë ma tych samych bohaterów i razem tworzą sagę o królestwie zwanym Angrią i jego stolicy – Szklanym Mieście (Verdopolis):

„Kilka miesięcy później książę Strathelleraye postanowił odwiedzić ów cud świata, wielką afrykańską metropolię, Szklane Miasto – o którego rozmiarach, wspaniałości i pięknie krążyły słuchy, docierając z czasem niesione oceaniczną bryzą aż do wesołej, starej Anglii. Lecz większość mieszkańców owej jakże skromnej wyspy uważała je jedynie za bajania, cudowne wymysły; nie potrafili pojąć, w jaki sposób zwykłe ludzkie istoty mogły wznieść budowle tak niewiarygodnie olbrzymie i majestatyczne jak wiele tamtejszych gmachów publicznych. […] W relacjach Szklane Miasto przypominało starożytne metropolie: Niniwę bądź Babilon ze świątyniami ich bogów […].” („Albion i Marina”, s. 129)

Dla mnie właśnie takie opisy miejsc (obok charakterystyki bohaterów) były najciekawsze podczas lektury „Sekretu”. Przeszkadzało mi natomiast to, że opowiadania nie są ułożone chronologicznie, że zostały „wyrwane” z bardzo rozległego cyklu i przez to na początku trudno się zorientować, kto jest kim i o co chodzi. Czułam się trochę tak, jakbym czytała część piątą, potem trzecią i ósmą. Najbardziej brakowało mi kilku pierwszych historii, które spokojnie wprowadziłyby mnie do Verdopolis i powoli zapoznały z królem i jego rodziną. Wydaje mi się, że radość z czytania całości byłaby większa niż z czytania fragmentów. Choć pamiętać należy, że nie są to utwory pozbawione wad: sztuczności, teatralności, operowania banalnymi i sentymentalnymi motywami itd. Może w nadmiarze te cechy młodzieńczej twórczości zaczęłyby irytować?

Angria była ważna dla Charlotte przez dziesięć lat jej życia. Stanowiła ucieczkę od szarości i nudy codziennych dni. Jednak pewnego dnia (w 1839 roku, w wieku dwudziestu trzech lat) postanowiła rozstać się z głównymi bohaterami i już więcej do nich nie wróciła:

„Do tej pory napisałam ogromną ilość książek i przez długi czas zatrzymywałam się nad tymi samymi postaciami, scenami i tematami. […] Podobnie z ludźmi – moi Czytelnicy przywykli do pewnego układu rysów, które widzieli to w profilu, to w pełnej okazałości; to w szkicu, to znów w ukończonym obrazie, zróżnicowanym jednak przez zmianę uczuć, nastrojów bądź wieku – roznieconym miłością, zaognionym namiętnością, przyćmionym żalem, płonącym w ekstazie; w zadumie i radości, w smutku i pełni młodości, w sile męstwa i bruździe delikatnej niemocy. Ale musimy się zmieniać, gdyż oko jest znużone widokiem tak często ponawianym i tak znajomym.

Jednak nie ponaglaj mnie, Czytelniku – to nie takie proste usunąć z mej wyobraźni obrazy, które wypełniały ją przez tak długi czas. Były moimi przyjaciółmi, moimi najdroższymi znajomymi […].” („Pożegnanie z Angrią”, cyt. za: E. Ostrowski „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”, s. 136)

Odtąd jej literatura się zmieniła. Zaskakujące jest to, że mimo wszystko coś z angriańskich kronik w niej przetrwało, tylko bardzo ukryte. Tajemnice, nagłe zwroty akcji, atmosferę grozy – te elementy znajdziemy również w jej dojrzałych powieściach, Nie zajmują one jednak w nich tak wiele miejsca, są tłem, natomiast na pierwszym planie jest psychologia postaci.

„Sekret” pomaga lepiej zrozumieć twórczość Charlotte Brontë. Dla polskich fanów jest zwieńczeniem wspaniałej przygody jaką jest odrywanie jej kolejnych dzieł i biografii. Czy od Wydawnictwa MG czeka nas w przyszłości coś więcej?

Po drugiej stronie grobu (Magdalena Kawka „W zakątku cmentarza, czyli koniec wieczności”)

Na moim biurku (dokładnie na drukarce) leżą w tej chwili obok siebie dwie ostatnio przeczytane książki – „Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka i „W zakątku cmentarza, czyli koniec wieczności” Magdaleny Kawki. Zatrzymałam na nich wzrok przypadkiem, czekając na otwarcie się edytora tekstu. Długo to trwało i dlatego zdążyłam pomyśleć, że to dziwna para, świadcząca o tym, że dziwnie dobieram sobie lektury. A jednak obie mi się podobały, obie sprawiły dużo radości podczas czytania. (Ciekawe, którą będę pamiętać dłużej.) Ta pierwsza to genialna powieść SF, głęboka, ponadczasowa, słynna, zekranizowana, próbująca odpowiedzieć na pytanie o istotę bycia człowiekiem. Ciężko by mi było znaleźć słowa, żeby ją dokładniej opisać. Skupię się na tej drugiej, wydanej nie tak dawno (w październiku 2014 roku), która nie dawała mi spokoju odkąd się o niej dowiedziałam.

Magdalena Kawka, W zakątu cmentarza

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki

Najpierw zaintrygowała mnie okładka (zauważyliście suszarkę?) i opis z materiałów promocyjnych (nietypowa tematyka, oryginalni bohaterowie i miejsce akcji). Nazwisko autorki też było nie bez znaczenia. Czytałam wcześniej jedną powieść Magdaleny Kawki (pt. „Wyspa z mgły i kamienia”) i oceniłam ją na blogu bardzo pozytywnie. Pamiętam, że przy okazji zajrzałam wtedy na stronę internetową pisarki („Rozmowy przy winie”) i zaciekawiły mnie (oraz utkwiły w pamięci) wpisy o jej wcześniejszej powieści, dla której nie mogła znaleźć wydawcy:

„Nie mogę znaleźć wydawcy na moją cmentarną opowieść. W jednym wydawnictwie usłyszałam, że gdyby to była powieść dla kobiet… Nie rozumiem. Czy to znaczy, że kobiety nie mają poczucia humoru a jedyną tematyką jaka je interesuje jest miłość w różnych odmianach i wariantach? Albo dzieci?
[…] Po jakimś czasie odezwali się z innego wydawnictwa z pytaniem, czy może przypadkiem mam coś dla… kobiet. Przypadkiem zgłupiałam doszczętnie. Nie wiem już co znaczy „dla kobiet”. Myślałam, że kobieta to taki sam gatunek homo sapiens jak mężczyzna. Tak samo zróżnicowana, mająca rozmaite gusta, zainteresowani, upodobania. [...] Otóż nie. Dowiedziałam się, że książki dla kobiet muszą się trzymać pewnego wzorca, jak poinformowała mnie jedna miła pani, co powiedziała, że się zna.” (wpis z 31 maja 2012 roku)

Cmentarna opowieść to właśnie „W zakątku cmentarza, czyli koniec wieczności”. Wciąż można jej fragmenty przeczytać w Internecie. Polecam np. wpis z 16 kwietnia 2012 roku, w którym dodatkowo Magdalena Kawka opowiada, jak pojawił się w jej głowie pomysł na książkę:

„Mam wielką ochotę podzielić się dziś z Wami moją nową książką, z konieczności jedynie fragmentem, ale co tam. Lubię ją najbardziej ze wszystkiego, co do tej pory napisałam. Lubię, ponieważ jest taka niepoważnie poważna. Ponieważ stara się oswoić, to, co do oswojenia jest najtrudniejsze na świecie…
Zaczęłam ją pisać, bo zmęczyły mnie tematy trudne, ciężkie i smutne. Podczas pracy nad kolejną powieścią zobaczyłam nagle za plecami bohaterów różowego koguta bez głowy, wyrwanego z kontekstu, bez ładu i składu i oczywiście zupełnie niepasującego do rozmowy, którą prowadzili, ani w ogóle do niczego innego. [...] W końcu dałam za wygraną. Porzuciłam skalistą Kretę i przeniosłam się na mały cmentarz w prowincjonalnym miasteczku, gdzie toczy się akcja książki zainspirowanej przez namolnego koguta, który w wyniku swoich poczynań zyskał głowę i stracił kolor różowy.” („Namolny kogut”)

Ironiczny styl autorki, jej poczucie humoru to coś co uwielbiam! Wątek kradzieży koguta – wspaniały. Dawno się tak nie uśmiałam. Jak mało jest w Polsce zabawnych książek!

Akcja ma miejsce na cmentarzu. Jej główni bohaterowie umarli, ale ich egzystencja nadal trwa. Tworzą razem interesującą społeczność. Mają swoje problemy i lęki. I więcej nie chcę zdradzać. Fabuła zaskakuje, wymyka się wszelkim schematom. Charakteru dodają jej cytaty z melancholijnych wierszy Bolesława Leśmiana umieszczone między rozdziałami. Natomiast morał został wzięty z utworu Wisławy Szymborskiej.

„W zakątku cmentarza…” to opowieść terapeutyczna, kojąca, pomagająca oswoić się z tematem śmierci. Dająca nadzieję, że po drugiej stronie grobu nie jest tak źle.

Ocena: 5+/6

PS Na wieczór zaplanowałam sobie seans filmowy – „Łowcę androidów” (ang. „Blade runner”) z 1982 roku w reżyserii Ridleya Scotta z Harrisonem Fordem w roli głównej. Chętnie zobaczyłabym również film na podstawie powieści Magdaleny Kawki. Może kiedyś się doczekam?

Czytanie jak sen (Andrzej Ziemiański „Pułapka Tesli”)

Andrzeja Ziemiańskiego podziwiam przede wszystkim za „Achaję”. W oczekiwaniu na kolejny (czwarty) tom „Pomnika cesarzowej Achai” sięgnęłam po zbiór opowiadań wydanych nie tak dawno, w 2013 roku.

Pułapka Tesli, Andrzej Ziemiański

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2013, egzemplarz z biblioteki

Nie miałam wielkich oczekiwań wobec „Pułapki Tesli”. Czytałam wcześniej recenzje, słuchałam wywiadów z autorem, wiedziałam, czego mogę się spodziewać. A mimo to jedno z opowiadań bardzo mnie zaskoczyło. To był ostatni, mocny akcent tomu, podkreślający jego zalety.

Zacznę więc od końca. „A jeśli to ja jestem Bogiem?” to historia architekta, który w prywatnej klinice leczy pacjentów w snach. Wiele więcej nie mogę zdradzić. Jest wątek autobiograficzny (główny bohater tak jak autor posiada doktorat z architektury), jest humor, są marzenia senne i koszmary, jest też drugie dno, tematyka dużo poważniejsza podana tak lekko jak to tylko możliwe. Jak żyć? Jak poradzić sobie, gdy brakuje nadziei? Jak oswoić lęk? Genialne jest zakończenie i postać silnej dziewczynki – Oli.

Pozostałe historie z tego tomu (cztery) mają kilka cech wspólnych, więc omówię je najpierw razem. Wszystkie świetnie się czyta! Andrzej Ziemiański potrafi wzbudzić zainteresowanie czytelnika. Co będzie dalej? Jak zakończy się ta nieprawdopodobna akcja? Takie pytania najczęściej towarzyszyły mi w trakcie lektury. Za każdym razem jednak finał trochę mnie rozczarował, był zbyt przewidywalny. Każde z opowiadań jest zabawne, inteligentnie napisane, wciągające, z mnóstwem intertekstualnych odniesień, ale… Ale brakuje im tego czegoś, by zostać w pamięci, by wzbudzić głębszą refleksję.

Plusy jednak przeważają. Chciałabym wyróżnić tytułowy tekst. „Pułapka Tesli” to zabawna gra z historią (w takich grach Ziemiański jest prawdziwym wirtuozem), z której dowiedziałam się wiele na temat wielkiego wynalazcy i problemów, z którymi musiał walczyć (nieuczciwa konkurencja, kradzież patentów). Z kolei w „Wypasaczu” podobała mi się postać policjantki Anity, kolejnej w dorobku tego autora „kobiety z charakterem”. I nie mogę nie wspomnieć o Wrocławiu, który w prawie wszystkich opowiadaniach pojawia się w tle, ale za to w jaki sposób! Fragment z opowiadania „Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła”:

„Walicki siedział w ogródku kawiarni Jaś i Małgosia, dwóch malutkich, prześlicznych budyneczków tuż przy placu przed kościołem garnizonowym. Plac był zresztą szczególny. Kiedyś znajdował się tu cmentarz, a cukierkowe budynki jak z bajki należały do tych, którzy obsługiwali pochówki, o czym nie wiedział nikt z ludzi pijących przy stolikach. Co gorsza, kiedy już zlikwidowano cmentarz, w centrum miasta, pod granitową powierzchnią placu zamurowano zwłoki kilkudziesięciu ściętych buntowników przeciwko radzie miasta. Obywatele mieli deptać ich groby po wieki wieków. To było późne średniowiecze. Współczesna rada podczas renowacji kazała wyróżnić drogę z kawiarni do kościoła czerwonym granitem. Akurat nad grobami buntowników. Ciekawe, czy tylko z niewiedzy, czy też raczej z powodu solidarności ze średniowiecznymi kolegami ówczesnego „urzędu miasta”. W każdym razie buntowników deptano dalej.” s. 171-172.

Kto by pomyślał, że to urocze miejsce ma taką mroczną historię?

Jaś i Małgosia

fot. Beata Kobierowska

Po przeczytaniu ostatniej strony „A jeśli to ja jestem Bogiem?” zamknęłam „Pułapkę Tesli” i poczułam się jakbym obudziła się ze snu, bardzo przyjemnego i prawdziwego snu. Dawno nie miałam takiego uczucia. Zerknęłam na zegarek i nie mogłam uwierzyć, że tyle czasu mnie nie było.