Nieopublikowana książka (Adam Zalewski, Dwa oblicza)

W życiu blogera piszącego o książkach są różne radości. Dziś napiszę o jednej z nich, chyba najmilszej. Wyobraźcie sobie, że tuż przed świętami Bożego Narodzenia otrzymujecie od dawna oczekiwaną, ale dotąd nieopublikowaną(!) książkę od jednego z najbardziej ulubionych pisarzy. Coś takiego właśnie mi się przytrafiło!

edycja limitowana, 2013, egzemplarz recenzencki

Dostałam egzemplarz oznaczony napisem „edycja limitowana”. Nie znajdziecie na razie tego tytułu w księgarniach, ale i tak uważam, że warto o nim napisać. Mam nadzieję, że fani Adama Zalewskiego ucieszą się, że powieść jest gotowa i z chęcią przeczytają trochę o jej treści. Nie zamierzam jednak zdradzać za dużo.

Podstawowe fakty są następujące. Akcja dzieje się w małym miasteczku w stanie Oregon w latach sześćdziesiątych. Rodzina Robinsonów (Emma, John i ich piętnastoletni syn Slim) wprowadza się do domu w Sammy Creek. Są jedynymi katolikami w tamtejszej społeczności i na tle religijnym szybko dochodzi do konfliktu między nimi, a miejscowym pastorem – Jamesem Stormwatchem. Konsekwencje pierwszej sprzeczki będą bardzo poważne – doprowadzi ona do śmierci kilku osób. Od pierwszych stron narrator zdradza czytelnikom, że mordercą stanie się Slim, a głównym prowokatorem – Jim, syn pastora. Dowiadujemy się też, kto zginie, ale tajemnicą, którą bardzo będziemy chcieli odkryć prawie do ostatnich stron pozostanie przebieg zdarzeń i ich sens:

„Wiele rzeczy można by powiedzieć, roztrząsając tę ponurą sprawę, wiele argumentów za i przeciw. Dzisiaj nie ma to żadnego znaczenia.

Stało się źle. Z jednej, jedynej przyczyny. Pomijając setki powodów, których doszukiwała się policja oraz FBI, podam jeden – moim zdaniem istotny, jeżeli nie najważniejszy. Brak zrozumienia i tolerancji.

Slim Robinson nie urodził się mordercą. Przeciwnie. Był normalnym, typowo amerykańskim chłopakiem. Kochał życie i cieszył się nim, jak każdy z nas” s. 5

Najbardziej zaskakujące w tej opowieści będzie to, że nasza sympatia cały czas będzie po stronie Slima, zupełnie zwykłego nastolatka przeżywającego właśnie swoją pierwszą miłość (do Pameli Dickinson), problemy w szkole (prześladowania, pobicia) i sukcesy sportowe (w drużynie bejsbolowej „Zielone Niedźwiedzie”).

„Dwa oblicza” to niepokojąco piękna opowieść o miłości i śmierci zupełnie niebanalnie przedstawiająca postać mordercy, dobro i zło tkwiące w człowieku. Adam Zalewski brawurowo łączy dwa bieguny – pokazuje radość i piękno życia oraz brutalny, gwałtowny mord. Wykreowany przez niego świat ma jednocześnie cechy raju i piekła. Bohaterowie są momentami bezgranicznie szczęśliwi, by za chwilę cierpieć ponad miarę. Przez to, że znamy zakończenie, wiemy, kto zginie, kto zabije – podczas czytania powstaje wrażenie jakby nad bohaterami wisiało fatum. Nieważne, co zrobią, ich los został już przesądzony.

Główne zalety, które dostrzegam w tej powieści to „prawdziwi” bohaterowie, wiarygodnie przedstawione nie tylko jednostki, ale całe małomiasteczkowe społeczeństwo, porywający portret pierwszej miłości, wstrząsający obraz morderstwa, z dobrym wskazaniem jego motywów. Najbardziej jednak podoba mi się forma i sposób, w jaki autor nad nią panuje. Są dwa, przeplatające się plany: przeszłość (narracja trzecioosobowa) i teraźniejszość (tekst kursywą, narrator pierwszoosobowy, uczestnik zdarzeń, miał wtedy 15-16 lat). Akcja została ukazana z kilku stron, oczami różnych uczestników. Całość jest bardzo wciągająca. Trudno się oderwać. Podobnie jak od pozostałych książek Adama Zalewskiego tworzących cykl „American dream”. Dla zainteresowanych podaję kolejność, w jakiej warto je przeczytać:

1. „Biała wiedźma”

2. „Rowerzysta”

3. „Cień znad jeziora”

4. „Sześć razy śmierć” – opowiadania

5. „Grizzly”

6. „Dwa oblicza”

7. „Małe miasteczko”

Ocena: 5+/6

Mariusz Urbanek, Broniewski. Miłość, wódka, polityka

Jedna z najlepszych biografii jakie czytałam. I nie trzeba lubić poezji ani Władysława Broniewskiego, żeby się nią zachwycić. Choć po przeczytaniu pozostaje niedosyt i na pewno niedługo sięgnę po wiersze tego poety.

Mariusz Urbanek, Broniewski. Miłość, wódka, polityka

Wydawnictwo Iskry, 2011

Książkę, jak już wspominałam w jednym z wcześniejszych wpisów, otrzymałam od Izy z Czytadełka w ramach wymiany. Przyciągnął mnie podtytuł „Miłość, wódka, polityka”. Kierowałam się też tym, że słabo znam twórczość i życie Broniewskiego. Pomyślałam, że warto byłoby uzupełnić te braki. Ze szkoły podstawowej pamiętałam jeden utwór – „Bagnet na broń”, ze studiów natomiast zdanie jednego z wykładowców, który bardzo cenił wiersze napisane przez poetę po śmierci córki.

Teraz jestem przekonana, że Broniewski jest poetą niesłusznie zapomnianym. Fragmenty wierszy przytoczone przez Mariusza Urbanka w kontekście biografii zyskują zupełnie nowe znaczenie. Ciekawe są zarówno dzieje życia Broniewskiego, jak i historia Polski i polskich poetów, bez której ukazania ta opowieść nie miałaby sensu. Dużo się dowiedziałam o dwudziestowiecznej polityce, o komunizmie, o cenzurze. Życiorys poety mógłby służyć za scenariusz do filmu lub mogłaby powstać na jego podstawie intrygująca powieść – tylko wtedy nikt nie uwierzyłby, że to wszystko zdarzyło się naprawdę i do tego jednemu człowiekowi.

Broniewski z książki Urbanka to postać tragiczna: człowiek od młodości uzależniony od alkoholu i kobiet, wiecznie nieszczęśliwie zakochany, walczący za ojczyznę i „z ojczyzną”, uwielbiany i krytykowany, stawiany na piedestale i wyśmiewany, uwikłany w politykę i piszący szczere wiersze, które nie miały szansy ukazać się drukiem. Niezbyt sympatyczny, ale jednak budzący szacunek. Jego życie autor książki dzieli na dwa nurty: osobisty i „zawodowy”. Rozdziały sztywno podzielone między opowieść o kolejnych kochankach, żonach, córkach, a wojnę, pracę, pisanie wierszy nie zawsze są spójne. Życia nie da się w ten sposób rozdzielić. Mimo to fakty są na tyle fascynujące, że od książki bardzo trudno się oderwać. Ten poeta był postacią nietuzinkową! W środku nocy dzwonił do znajomych i przyjaciół i czytał im swoje wiersze, pijany recytował po nocach poezje, znał na pamięć np. „Beniowskiego” Juliusza Słowackiego. Jego wpływ na ludzi również był niesamowity. Żołnierze i zwykli ludzie uczyli się jego tekstów na pamięć. Cenzorzy obawiali się, że swoimi słowami porwie ludzi przeciw władzy. Wyobrażacie sobie polityków, którzy boją się poety i poezji? Żyjemy już w innych czasach, ale kiedyś tak było.

Mariusz Urbanek tak napisał w zakończeniu swojej książki:

Mogło się wydawać, że jeśli istnieje jakieś komunistyczne niebo, to Broniewski tam właśnie trafi. Ale niebo też okazało się oszustwem. Wyniesiony za życia na ołtarze, po śmierci trafił do czyśćca.

Spędził w nim prawie trzydzieści lat coraz bardziej zakłamywany i ograbiany z prawdy o samym sobie. Wystawiono mu pomnik, organizowano akademie ku czci, nazywano jego imieniem szkoły i szczyt w górach Hindukuszu, ale coraz mniej rozumiano. A po trzydziestu latach czyśćca też wcale nie trafił do nieba. W wybijającej się po 1989 roku na niepodległość Polsce ikona rewolucyjnej poezji nie była nikomu potrzebna.”

Może już czas przypomnieć sobie o Broniewskim?

Ocena: 5+/6