Młodzieńcze utwory (Charlotte Brontë, Sekret)

Charlotte Brontë urodziła się 21 kwietnia 1816 roku. Opowiadania, które znalazły się w opublikowanym niedawno przez Wydawnictwo MG zbiorku pt. „Sekret” napisała jako nastolatka. „Albion i Marina” w październiku 1830 roku w wieku czternastu lat, „Ślub” na przełomie lipca i sierpnia 1832, „Sekret” i „Lily Hart” w listopadzie 1833, „Spojrzenie w album” na przełomie maja i czerwca 1834. A to tylko drobny wycinek młodzieńczej twórczości tej wielkiej pisarki! Łącznie od 1829 do 1839 roku spod jej pióra wyszło ponad sto krótkich utworów prozatorskich. Nie były to teksty przeznaczone do druku, stanowiły sekret rodzeństwa Brontë. Po wielu latach możemy w końcu poznać pięć z nich w języku polskim i dowiedzieć się, jak od najmłodszych lat kształtował się talent literacki autorki „Jane Eyre”.

Sekret, Charlotte Brontë

Wydawnictwo MG, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Paulina Braiter

O juweniliach pisanych na plebani w Haworth przeczytałam po raz pierwszy w świetnej biografii Eryka Ostrowskiego pt. „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” (2013). Od razu zapragnęłam je poznać, bo wydały mi się fascynujące i oryginalne. Kilkunastoletnie dzieci (Charlotte i jej młodszy brat Branwell) wymyśliły swój fantastyczny świat (państwa, miasta, ulice, budynki), jego historię i mieszkańców. Alternatywna rzeczywistość powstała głównie dzięki ogromnej wyobraźni, ale także na podstawie przeczytanych lektur (bardzo różnorodnych) i z obserwacji otaczających ludzi (znanych i nieznanych). Głównym tematem opowieści jest miłość i walka o władzę.

Wiele wczesnych tekstów rodzeństwa Brontë ma tych samych bohaterów i razem tworzą sagę o królestwie zwanym Angrią i jego stolicy – Szklanym Mieście (Verdopolis):

„Kilka miesięcy później książę Strathelleraye postanowił odwiedzić ów cud świata, wielką afrykańską metropolię, Szklane Miasto – o którego rozmiarach, wspaniałości i pięknie krążyły słuchy, docierając z czasem niesione oceaniczną bryzą aż do wesołej, starej Anglii. Lecz większość mieszkańców owej jakże skromnej wyspy uważała je jedynie za bajania, cudowne wymysły; nie potrafili pojąć, w jaki sposób zwykłe ludzkie istoty mogły wznieść budowle tak niewiarygodnie olbrzymie i majestatyczne jak wiele tamtejszych gmachów publicznych. […] W relacjach Szklane Miasto przypominało starożytne metropolie: Niniwę bądź Babilon ze świątyniami ich bogów […].” („Albion i Marina”, s. 129)

Dla mnie właśnie takie opisy miejsc (obok charakterystyki bohaterów) były najciekawsze podczas lektury „Sekretu”. Przeszkadzało mi natomiast to, że opowiadania nie są ułożone chronologicznie, że zostały „wyrwane” z bardzo rozległego cyklu i przez to na początku trudno się zorientować, kto jest kim i o co chodzi. Czułam się trochę tak, jakbym czytała część piątą, potem trzecią i ósmą. Najbardziej brakowało mi kilku pierwszych historii, które spokojnie wprowadziłyby mnie do Verdopolis i powoli zapoznały z królem i jego rodziną. Wydaje mi się, że radość z czytania całości byłaby większa niż z czytania fragmentów. Choć pamiętać należy, że nie są to utwory pozbawione wad: sztuczności, teatralności, operowania banalnymi i sentymentalnymi motywami itd. Może w nadmiarze te cechy młodzieńczej twórczości zaczęłyby irytować?

Angria była ważna dla Charlotte przez dziesięć lat jej życia. Stanowiła ucieczkę od szarości i nudy codziennych dni. Jednak pewnego dnia (w 1839 roku, w wieku dwudziestu trzech lat) postanowiła rozstać się z głównymi bohaterami i już więcej do nich nie wróciła:

„Do tej pory napisałam ogromną ilość książek i przez długi czas zatrzymywałam się nad tymi samymi postaciami, scenami i tematami. […] Podobnie z ludźmi – moi Czytelnicy przywykli do pewnego układu rysów, które widzieli to w profilu, to w pełnej okazałości; to w szkicu, to znów w ukończonym obrazie, zróżnicowanym jednak przez zmianę uczuć, nastrojów bądź wieku – roznieconym miłością, zaognionym namiętnością, przyćmionym żalem, płonącym w ekstazie; w zadumie i radości, w smutku i pełni młodości, w sile męstwa i bruździe delikatnej niemocy. Ale musimy się zmieniać, gdyż oko jest znużone widokiem tak często ponawianym i tak znajomym.

Jednak nie ponaglaj mnie, Czytelniku – to nie takie proste usunąć z mej wyobraźni obrazy, które wypełniały ją przez tak długi czas. Były moimi przyjaciółmi, moimi najdroższymi znajomymi […].” („Pożegnanie z Angrią”, cyt. za: E. Ostrowski „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”, s. 136)

Odtąd jej literatura się zmieniła. Zaskakujące jest to, że mimo wszystko coś z angriańskich kronik w niej przetrwało, tylko bardzo ukryte. Tajemnice, nagłe zwroty akcji, atmosferę grozy – te elementy znajdziemy również w jej dojrzałych powieściach, Nie zajmują one jednak w nich tak wiele miejsca, są tłem, natomiast na pierwszym planie jest psychologia postaci.

„Sekret” pomaga lepiej zrozumieć twórczość Charlotte Brontë. Dla polskich fanów jest zwieńczeniem wspaniałej przygody jaką jest odrywanie jej kolejnych dzieł i biografii. Czy od Wydawnictwa MG czeka nas w przyszłości coś więcej?

Prozy Charlotte Brontë nigdy dość! (Charlotte Brontë, „Niedokończone opowieści”)

Wydawnictwo MG zaskarbiło sobie wdzięczność fanów sióstr Brontë (w tym moją) pierwszymi polskimi wydaniami takich książek jak: „Shirley”, „Lokatorka Wildfell Hall”, „Agnes Grey”, „Profesor”, a także biografiami: Eryka Ostrowskiego „Charlottë Bronte i jej siostry śpiące” oraz Elizabeth Gaskell „Życie Charlotte Brontë”. A to jeszcze nie wszystko! Pojawiło się przecież nowe tłumaczenie „Wichrowych Wzgórz” i piękne edycje „Jane Eyre. Autobiografia” i „Villette” w twardej oprawie. Teraz do rąk czytelników trafiają „Niedokończone opowieści”. I mam nadzieję, że to nie koniec… Twórczości Charlotte Brontë i jej rodzeństwa nigdy dość!

Charlotte Bronte, Niedokończone opowieści

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Maja Lavergne

Cztery fragmenty powieści: „Ashworth”, „Emma”, „Państwo Moore” i „Historia Williego Ellina” reprezentują to, co w prozie autorki z Haworth najlepsze. Świetne portrety psychologiczne postaci, intrygujący obraz ich życia wewnętrznego plus to nieuchwytne „coś” sprawiające, że czytelnik ma wrażenie jakby czytał o prawdziwych uczuciach i myślach drugiego człowieka. „Niedokończone opowieści” wyróżnia jednak jeszcze jedna cecha. Jak na XIX wiek i w porównaniu do innych utworów Charlotte Brontë, ten tom nieopublikowanych za życia pisarki tekstów bardzo odważnie podejmuje tematy obyczajowe i społeczne.

„Ashworth” rozpoczyna się opisem niemoralnego życia kilku niesympatycznych mężczyzn. A cała historia nosi znamiona prawdziwej:

„Jest również pewna historia, której szczegóły często słyszałam od różnych osób i którą pragnę streścić w coś podobnego w formie do opowiadania, tak żeby nazwiska i zdarzenia w niej wyszczególnione nie wymknęły się całkowicie z mojej pamięci. Nie usłyszałam o tych zdarzeniach ostatnio; nie doszły również moich uszu wszystkie naraz. Każda scena i postać, o których napomknę, była tematem wielu anegdot przekazywanych w wieczornej rozmowie przy różnych domowych kominkach.” s. 9

Tekst „Państwo Moore” pokazuje „bez upiększeń” małżeństwo Sarah i Johna. Ich rozmowy to walka o dominację, zahaczająca o psychiczne znęcanie się. „Historia Williego Ellina” porusza obrazami przemocy wobec dziecka. „Emma” jest najbardziej tajemniczym fragmentem. O tytułowej bohaterce nie wiadomo prawie nic. Najbardziej podobał mi się początek:

„Wszyscy szukamy w życiu ideału. Któregoś roku zaczęła mnie nawiedzać przyjemna fantazja, że być może niewielka jest liczba istot ludzkich, które w pewnym okresie życia nie odnajdują na jakiś dłuższy lub krótszy czas tego, czego szukają. Na pewno nie odnalazłam go w młodości, chociaż silna wiara, jaką czułam w istnienie owego ideału, wystarczała przez cały mój najbardziej promienny i najświeższy okres życia, żeby podtrzymać we mnie nadzieję. Nie odnalazłam go w wieku dojrzałym, Pogodziłam się, że nie odnajdę go nigdy. Przeżyłam szereg ponurych lat całkowicie spokojna i bez oczekiwań. A teraz nie byłam pewna, ale coś unosiło się wokół mojego serca, co mnie cudownie cieszyło.” s. 103

Akapit ten skojarzył mi się z życiem Charlotte, jej późnym małżeństwem i tym, co musiała czuć, gdy po wszystkich tragediach rodzinnych, śmierci najbliższych, znalazła w końcu szczęście.

Ciekawa jestem, jakie byłyby te cztery powieści, gdyby Charlotte Brontë je ukończyła. Dlaczego porzuciła pracę nad nimi? Czy któraś z nich dorównałaby „Jane Eyre”? Czy zostałby ocenzurowane przez nią przed drukiem? Jak różni są bohaterowie, których stworzyła od tych, których w swoich książkach opisywała np. Jane Austen! W świecie przedstawionym „Ashworth”, „Państwa Moore”, „Emmy” i w „Historii Williego Ellina” zło i złe charaktery są bardzo wiarygodne, zostały realistycznie (a może nawet naturalistycznie) sportretowane. Dlatego tak wysoko cenię twórczość tej autorki – bo próbowała ukazywać życie takim, jakie je widziała.

Ocena: 5/6

Genialna biografia genialnej pisarki (Elizabeth Gaskell, Życie Charlotte Brontë)

Kto by pomyślał, że biografia może być tak zajmująca jak powieść? Jeżeli jest to biografia genialnej pisarki napisana przez inną wielką pisarkę, jeżeli dodatkowo obie autorki znały się osobiście i przyjaźniły, to nie mogło być inaczej. „Życie Charlotte Brontë” to cudowna opowieść, której lektura poza tym, że sprawia przyjemność jest również niezwykłym przeżyciem dla wielbicieli talentu panny Brontë, bo pozwala poznać ją z bliska, wręcz poczuć jej obecność.

Życie Charlotte Bronte, Elizabeth Gaskell

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Katarzyna Malecha

Na stronach tej książki Charlotte jest jak żywa. Jej postać, dom, rodzina, parafia w Haworth, wrzosowiska – to wszystko zostało świetnie opisane. Barwnie, przejmująco, z sympatią, współczuciem, delikatnością. Widać, że Elizabeth Gaskell dołożyła wszelkich starań, żeby zachować dla przyszłych pokoleń jak najpełniejszy obraz autorki „Jane Eyre”, choć nie było to łatwe:

„Kiedy miałam zaszczyt przyjąć propozycję napisania niniejszej biografii, pomyślałam, że szczególnie dużą trudność sprawi mi ukazanie tego, jak prawdziwie szlachetną, rzetelną i czułą kobietą była Charlotte Brontë, bez wplatania w jej życiorys zbyt dużej ilości faktów z życia jej najbliższych i najdroższych przyjaciół. Po długich rozmyślaniach na ten temat postanowiłam, iż jeżeli w ogóle mam pisać, to będę pisać rzetelnie; że nie będę niczego zatajać, jakkolwiek o niektórych rzeczach, ze względu na ich naturę, nie można mówić równie otwarcie jak o innych.” s. 568

Postawiła jednak przed sobą pewne ograniczenia. Ponieważ kiedy pisała biografię, nadal żyła część z jej bohaterów, postanowiła niektóre materiały pominąć i ostatnie lata życia pisarki potraktować bardziej ogólnikowo:

„Naturalnie, im bliżej jestem dopiero co minionych lat, tym bardziej niepodobna, bym pisała równie szczegółowo, jak dotychczas, kiedy to nie uważałam przytaczania tak drobiazgowych opisów za rzecz niesłuszną.” s. 594

Z jednej strony wielka szkoda, że nie przekazała nam wszystkiego, czego się dowiedziała. Z drugiej, moim zdaniem, miała rację – nie wszystkie tajemnice powinny ujrzeć światło dzienne. Autor powinien mieć prawo do prywatności, także po śmierci.

Dużą część „Życia Charlotte Brontë” stanowią listy. Ciekawa jestem, czy Charlotte chciałaby, żeby ktoś czytał jej prywatną korespondencję. Wydaj mi się, że nie. Choć pani Gaskell nie opublikowała żadnego kompromitującego listu, to jednak zbudowała swoje dzieło w dużej mierze na tekstach, które nigdy nie miały dotrzeć do więcej niż jednego zaufanego adresata. Na tym polega siła tej biografii – biografka oddała głos pisarce. Sam zbiór listów bez komentarzy, wyjaśnień, selekcji nie byłby być może już tak interesujący? Kto wie? Czy zrobiła dobrze?

Jeżeli porównamy intrygującą pracę biograficzną Eryka Ostrowskiego pt. „Chalotte Brontë i jej siostry śpiące” z utworem Gaskell, bez trudu dostrzeżemy wiele różnic. Pierwsza z tych książek jest dobrym dopełnieniem drugiej. Ponadto to nie kto inny, jak właśnie jej autor napisał długie wprowadzenie do „Życia Charlotte Brontë”, w którym pokazuje jego wady i zalety, uzupełnia białe plamy pozostawione przez przyjaciółkę Charlotte, snuje domysły, prostuje nieprawdziwe fakty i osądy. Muszę przyznać, że ten wstęp przeczytałam dopiero na końcu i na chwilę ostudził on mój zachwyt dla książki pani Gaskell. W jego świetle może lepiej byłoby potraktować ją jako powieść, nie biografię w pełnym tego słowa znaczeniu? Ale wtedy pojawiłoby się pytanie: Czy istnieje biografia, która w 100% oddałaby życie człowieka?

Ocena: 6/6

PS Niedługo postaram się napisać o „Niedokończonych opowieściach” Charlotte Brontë, kolejnej niezwykłej i niespodziewanej książce wydanej przez Wydawnictwo MG.

Arcydzieło? (Recenzja książki: Charlotte Brontë, Villette)

Arcydzieło? Mam wątpliwości. Na pewno nie czyta się tej książki szybko, lekko i przyjemnie. Na pewno bardziej podobała mi się „Jane Eyre”. A jednak „Villette” ma w sobie coś szczególnego i wyjątkowego. Coś, co trudno dostrzec od razu i bez pomocy (do wypełnienia „białych plam” przydaje się znajomość biografii pisarki).

Wydawnictwo MG, 2013, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Róża Centnerszwerowa

Do tej prawie siedmiuset stronicowej powieści trzeba mieć cierpliwość i dużo czasu. Ja czytałam bardzo powoli (ze względu na pracę), pięćdziesiąt stron dziennie, wieczorami przed snem (zasypiałam potem prawie od razu). Było to moje drugie podejście do tej lektury. Za pierwszy razem (mimo mojego uwielbienia dla talentu pani Brontë) poddałam się po stu stronach.

W „Villette” nic się nie dzieje. Albo prawie nic. Wydarzenia nie porywają, bohaterowie nie zachwycają. Pewne wątki były mi już znane z wcześniejszej twórczości Charlotte (pobyt w Brukseli, praca nauczycielki, niechęć do katolicyzmu). Wplatała ona swoją autobiografię w różne dzieła („Villette” ma dużo wspólnego z „Profesorem”, na którego swego czasu bardzo narzekałam na blogu).

Narratorką jest Lucy Snow – postać, która powinna być w centrum, ale wyraźnie od pierwszych stron usuwa się w cień (z którego bacznie obserwuje innych). Przeżyła ona w swoim życiu wielką tragedię (nie wiadomo, jaką konkretnie). Możemy się domyślać, że była to utrata najbliższych, która sprawiła, że coś w niej umarło i tę „śmierć” nosiła zawsze w sobie:

„Nie da się jedna zataić, że gdyby tak miało być, należałoby wyobrazić sobie, że uległam snadź w jakiś sposób katastrofie, zostałam wyrzucona za burtę albo też że moja łódź się rozbiła. I ja sama także pamiętam czas – długi okres – chłodu, niebezpieczeństw, zwad. Do dnia dzisiejszego, ilekroć dławi mnie nocna zmora, doznaję ponownie owego uczucia słoności napływającej mi do przełyku wody i jej mroźnego ucisku na płuca. Wiem nawet, że rozpętała się burza, i to burza, która trwała nie godzinę czy jeden dzień tylko. W ciągu wielu dni i nocy nie zajaśniało słońce ani też nie zabłysnęły na niebie gwiazdy; własnymi rękami wyrzucaliśmy takielunek z naszego statu; nad naszymi głowami srożył się sztorm, straciliśmy wszelką nadzieję, że uda nam się uratować. W końcu statek uległ rozbiciu, a cała załoga poszła na dno.” s. 49-50

Charlotte Brontë pisała „Villette” jakiś czas po śmierci swojego brata Branwella i dwóch sióstr, Emily i Anne. Może stąd trudności w czytaniu „Villette”? W uproszczeniu: załamana autorka pisała o załamanej bohaterce (chociaż słowo „załamana” nie jest tu trafne). Obie starały się nie poddać, ale miały tylko tyle sił, by przyjąć postawę rezygnacji, pogodzenia z losem, które było prawie biernością. Czytelnik wchodząc w ten świat, również musi zmierzyć się ze smutkiem, samotnością, nudą, brakiem nadziei, nieodwzajemnioną miłością lub jej brakiem. To ciężka próba, szczególnie gdy nasze życie przypomina losy Lucy/Charlotte. Czy po tragedii jest jeszcze miejsce na radość?

Bardzo trudno mi ocenić „Villette”. Dopiero wczoraj skończyłam czytać i długo jeszcze będę o niej myślała (i o jej autorce). Bardzo chciałabym przeczytać biografię Charlotte pióra świetnej pisarki Elizabeth Gaskell (ukaże się niedługo po raz pierwszy w Polsce nakładem wydawnictwa MG). Mam wrażenie, że im więcej czytam tego, co napisała najstarsza z sióstr Brontë i tego, co napisano o niej (świetna książka Eryka Ostrowskiego „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”), tym lepiej rozumiem, co chciała przekazać. Nie pisała romansów dla rozrywki znudzonych kobiet. Miała ambicję pokazania życia, uczuć i psychiki kobiety takimi, jakie są. W swojej ostatniej powieści udało jej się to w prawie doskonały sposób.

Ocena: 5+/6

Legenda o trzech utalentowanych siostrach (Eryk Ostrowski, Charlotte Brontë i jej siostry śpiące)

Wspaniała opowieść o genialnej pisarce i genialnych dziełach. W pierwszym rozdziale Eryk Ostrowski przedstawia czytelnikowi Charlotte Brontë poprzez relacje osób, które poznały ją osobiście. Omawia jej wygląd, jakby chciał, żebyśmy sami mogli sobie wyobrazić swoje spotkanie z wielką pisarką. Później stawia przed nami liczne pytania. Dlaczego pisała pod pseudonimem? Czemu nie chciała, żeby wiedziano, że jest kobietą? I to najważniejsze: Dlaczego stworzyła legendę trzech utalentowanych sióstr-pisarek z plebani w Haworth?

 

Wydawnictwo MG, 2013, egzemplarz recenzencki

Przypisy, liczne cytaty z dzieł literackich i naukowych, listów i odnalezionych notatek. Przez chwilę obawiałam się, że ta książka będzie zbyt szczegółowa, że przytłoczy nadmiarem wiadomości. Niepotrzebnie. „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” napisana jest stylem bardzo poetyckim, osobistym, zaskakującym. Np. taki fragment:

„Miłość potrafi jednak bardzo wiele. Jednym z jej talentów jest umiejętność trzymania człowieka w zawieszeniu i całkowitym oderwaniu od świata. Wydaje się, że jedyną rzeczą, która łączyła wówczas Charlotte Brontë z ziemią, było pióro i arkusze papieru, na które przelewała swój ból. Uzyskał on postać doskonałą, więc jest pamiętany do dziś. Sięgamy po powieści i wiersze Brontë, zanurzamy się w ten jedyny w swoim rodzaju, tak autentyczny i zarazem nadnaturalny świat – nie wiedząc lub zapominając, że stoi za nim klęska czyjegoś życia.”

Interpretacja dzieł i życia Charlotte Brontë wydaje się być u Eryka Ostrowskiego intuicyjna (choć oparta jest na faktach).

Rozdział drugi rozpoczyna się od daty „Styczeń 1845”. Historia Charlotte Brontë nie została opowiedziana chronologicznie. To może trochę dezorientować osoby „niewtajemniczone”, ale jednocześnie jest wielkim plusem dla czytelników, którzy już wszystkie powieści sióstr znają i teraz chcieliby pogłębić swoją wiedzę.

Dzięki tej książce po raz pierwszy zetknęłam się z poezją rodzeństwa Brontë i bardzo mi się ona spodobała! Zaczęłam się zastanawiać, czy utwory podpisane tym samym nazwiskiem (zarówno wiersze jak i proza) różnią się od siebie, czy raczej są podobne. Hipoteza, że autorką większości jest Charlotte Brontë nie wydała mi się aż tak niezwykła jak ta, że to Patrick Branwell Brontë jest twórcą „Wichrowych Wzgórz”, autorem ich pierwszej „części”. Wzięłam nawet egzemplarz książki z półki i przeczytałam pierwsze zdania. Tak, mógł je napisać mężczyzna, ale dlaczego Charlotte miałaby kłamać i pominąć dokonania brata?

Po lekturze doszłam do jednego wniosku: Jak niewiele wiemy! Jak trudno odkryć przeszłość. Nawet tak prostą zdawałoby się rzecz jak imię autora. Życie osobiste niech pozostanie jego tajemnicą, ma do niej prawo. Ale kwestia tożsamości powinna zostać ustalona. A może niekoniecznie? Może nie jest ona ważna, żeby zachwycać się „Jane Eyre” czy „Wichrowymi Wzgórzami”? Osoba lub osoby, które je napisały i tak pozostaną w cieniu, nieznani nam osobiście.

Największą zasługą Eryka Ostrowskiego jest według mnie to, że opowiada o całej twórczości rodzeństwa Brontë i robi to w sposób fascynujący! Pisze na przykład o tym, że Charlotte Brontë napisała kilkaset opowiadań, które nie zostały przetłumaczone na język polski. Wielka szkoda. Mam nadzieję, że ta luka kiedyś zostanie w naszej literaturze uzupełniona. A przede mną jeszcze „Villette”. Kiedyś próbowałam już ją czytać i odłożyłam (przez ponad sto stron nic się nie działo). Teraz, znając życie pisarki, okoliczności powstania utworu, jego interpretację, jestem przekonana, że warto dać jej drugą szansę.

Ocena: 5+/6

Wciąż zachwyca! (Charlotte Brontë, Jane Eyre. Autobiografia)

Gdy zobaczyłam nowe wydanie, od razu zapragnęłam je mieć. Urzekła mnie okładka. Uwielbiam tę serię książek sióstr Brontë wydawaną przez wydawnictwo MG. Czytałam już opublikowane w niej (po raz pierwszy w Polsce!): „Shirley”, „Lokatorkę Wildfell Hall”, „Agnes Grey”, „Profesora”. Ale były to egzemplarze z biblioteki. Teraz „Jane Eyre” mam na własność i bardzo mnie to cieszy, bo wiem, że będę do niej wracała jeszcze wiele razy w życiu.

Wydawnictwo MG, 2013, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Teresa Świderska

Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy czytałam tę powieść po raz pierwszy. Wydaje mi się, że już po studiach. Na pewno ogromnie mi się podobała. Co ciekawe niewiele zapamiętałam z fabuły. Ale to dobrze. Czytając drugi raz, czułam się trochę, jakbym to robiła po raz pierwszy. Znałam zakończenie, najważniejsze momenty, ale nie poszczególne sceny. Ponownie odkrywałam to, co ulotne i trudne do określenia – styl Charlotte Brontë. Można komuś opowiedzieć losy Jane Eyre, ale sposobu, w jaki opowiada o nich autorka nie da się odtworzyć. Ja nie umiem. Wciąż zastanawiam się, w czym leży geniusz jej narracji. Lata mijają (pierwsze wydanie miało miejsce w 1847 roku), a ta książka wciąż zachwyca!

Myślę, że trafnie napisał zacytowany na okładce dziewiętnastowieczny filozof i krytyk George H. Lewes; „To jest autobiografia – być może nie w ujęciu nagich faktów i okoliczności, lecz prawdziwego cierpienia i doświadczenia, to właśnie nadaje tej książce urok: dusza przemawia tutaj do duszy; jest to wypowiedź z głębin wewnętrznego zmagania i bólu ducha, który wiele przeszedł”. W „Jane Eyre” wiele jest o samotności, potrzebie bliskości drugiego człowieka, cierpieniu. Uniwersalne i ponadczasowe tematy pokazane zostały poprzez los jednej, wyjątkowej kobiety:

„Wielu niezawodnie nazwie mnie malkontentką. Nie moja jednak była to wina. Niepokój leżał w mojej naturze, wzburzał mnie niekiedy do bólu. Wtedy doznawałam ulgi, chodząc wzdłuż korytarza trzeciego piętra tam i z powrotem, bezpieczna w ciszy i samotności, i pozwalając wyobraźni zajmować się jasnymi wizjami, jakie się przed nią jawiły – a liczne one były i promienne. Lubiłam gorączkowe bicie serca, które, co prawda, napełniało je niepokojem, ale też i życiem; a najbardziej kusiło mnie przysłuchiwanie się nigdy niekończącej się opowieści, którą bez przerwy snuła moja wyobraźnia; opowieści tętniącej wypadkami, życiem, ogniem, uczuciem – wszystkim, czego pragnęłam, a w rzeczywistości nie posiadałam.”

Wydaje mi się, że bohaterka w tym fragmencie wyraźnie reprezentuje uczucia, a dalej również poglądy autorki (kiedy porównuje kobiety do mężczyzn i dowodzi ich równości, co w tamtych czasach nie było oczywiste).

Powieść Brontë można podzielić na trzy części: dzieciństwo Jane (u ciotki i w szkole w Lowood), jej młodość (praca guwernantki w Thornfield Hall), pobyt w Moor House (i zakończenie). Środkowa część poświęcona wątkowi miłosnemu wydaje mi się najciekawsza, ale wszystkie napisane zostały wspaniale (np. bardzo wiarygodny jest opis dręczenia, poniżania i bicia ubogiej krewnej). Szczególnie podobały mi się nawiązania do powieści gotyckiej (a raczej zabawa tą konwencją, ciągłe wyprowadzanie czytelnika w pole). Świetna jest scena z cyganką i wróżbami. Jeżeli chodzi o wady, to kilka rozwiązań fabularnych jest mało prawdopodobnych, ale nie przeszkadzają one cieszyć się lekturą.

Kiedy przeczytałam już tyle książek sióstr Brontë, mogę stwierdzić, że ta jest moją ulubioną. Jedynie „Wichrowe wzgórza” w moim odczuciu dorównują jej kunsztem literackim. A właśnie! Powieść Emily Brontë również dobrze byłoby sobie przypomnieć. Mam nadzieję, że wydawnictwo MG również ma ją w planach.

Ocena: 6/6

Charlotte Bronte, Profesor

 

Charlotte Bronte, Profesor

Wydawnictwo: MG, 2012

 

Tę książkę bym najchętniej na blogu przemilczała, ale skoro już ją przeczytałam (a raczej wymęczyłam), to muszę o niej napisać choć parę zdań. W końcu wiem, dlaczego przez tyle lat jej w Polsce nie wydawano. Pomimo że bardzo lubię i cenię „Dziwne losy Jane Eyre” i „Shirley” tej pisarki i ogromnie chciałam poznać wszystkie jej dzieła, i pomimo że lubię literaturę dziewiętnastowieczną, nie jestem w stanie dostrzec zbyt wielu zalet w „Profesorze”. Za to wady są nazbyt liczne. Można by go uznać za typowe dzieło debiutantki. Zaskakuje mnie jednak, że autorka tak słabej książki, mogła później napisać inne wspaniałe powieści.

W „Profesorze” nudny (i niesympatyczny) jest główny bohater, nudne są jego dzieje, przy portretach postaci drugoplanowych (szczególnie przy opisie ich fizjonomii) można zasnąć, a przydługie monologi i dyskusje wywołują u czytelnika zniecierpliwienie i złość. Podczas czytania nasuwała mi się analogia między tą książką a „Agnes Grey” Anne Bronte (siostry Charlotte). „Agnes…” również jest wczesną powieścią, niezbyt doskonalą, ale nie najgorszą, ma pewne walory (np. wątek guwernantki). „Profesor” natomiast zaczyna się nawet ciekawie, od pokazania sytuacji młodego wykształconego mężczyzny bez pieniędzy, Williama Crimswortha, który musi zacząć zarabiać na swoje utrzymanie. Świetnie zarysowany został jego konflikt z rodziną, szczególnie bratem. Później jednak, gdy bohater przenosi się do Belgii, robi się nieciekawie. A przecież autorka znała Brukselę z własnego doświadczenia, znała zawód nauczyciela od podszewki! Czytając np. te zdania o wolności po wyjeździe z Anglii, zastanawiałam się czy opisywała to, co sama kiedyś czuła:

 

Po raz pierwszy tuliłem w ramionach wolność, a uśmiech jej i uścisk niczym słońce i zachodni wiatr sprawiły, że odrodziło się we mnie życie. Tak, w owym czasie czułem się jak poranny wędrowiec, który nie wątpi, że ze wzgórza, na które się wspina, uda mu się ujrzeć wspaniały wschód słońca; a jeżeli jego ścieżka okaże się wąska, stroma i kamienista? Nie dostrzeże tego, jego oczy skupione są na szczycie, oblanym już teraz rumieńcem, oblanym rumieńcem i skąpanym w złocie, a zdobywszy go nareszcie, pewien jest sceny, która się poza nim rozgrywa. Wie, że słonce wzejdzie mu naprzeciw, że już teraz jego rydwan wznosi się na wschodzie ponad linią horyzontu i że bryza, ów zwiastun, który mężczyzna czuje na policzkach, otwiera przed bogiem czystą, rozległą ścieżkę lazuru pośród chmur łagodnych niczym perły i ciepłych jak płomień.”

 

Dlaczego Charlotte Bronte nie potrafiła wykorzystać swoich wspomnień do stworzenia barwnej opowieści? Czy naprawdę miała tak złe zdanie o mieszkańcach Europy kontynentalnej i o katolikach, jak jej bohater? Czy nie dostrzegała nic fascynującego w innej kulturze, obyczajach? Wątek miłosny pojawia się w połowie książki i jest równie nieudany, jak pozostałe. William ma do wyboru dwie kobiety: bogatą i złą oraz biedną i dobrą. Którą wybierze, jak myślicie?

Fanów twórczości Charlotte Bronte pewnie nie zniechęcę do sięgnięcia po tę powieść. Najlepiej samemu się przekonać, czy jest dobra czy zła. Wszystkich jednak chciałam uprzedzić, że nie należy się spodziewać po niej za wiele.

Ocena: 4-/6