Wywiad z Danutą Awolusi, autorką powieści „Na wysokim niebie”

Serdecznie zapraszam na pierwszy na moim blogu wywiad z autorką książki! Wczoraj mogliście przeczytać o jej powieści – „Na wysokim niebie”, a dziś macie szansę poznać bliżej ją samą.

Danuta Awolusi, fot. Patrycja Płanik 

Beata Kobierowska: Dlaczego zdecydowałaś się napisać powieść? Czy możesz opowiedzieć, jak do tego doszło, jak wyglądało zapisywanie pierwszych zdań?

Danuta Awolusi: Zawsze chciałam coś napisać. Ale to nie takie proste – nigdy nie przyszedł mi do głowy pomysł, który chciałabym wykorzystać! Zawsze były to jedynie poszlaki. Jednak mój serdeczny przyjaciel Piotr Jędrzejczyk często do mnie dzwonił i mówił: „Danusia, weź coś napisz. Przecież potrafisz!” Nie wierzyłam w te słowa, ale pewnego dnia po wyjściu spod prysznica (śmiech) miałam wizję. Ania stanęła w mojej wyobraźni jak żywa. Zaniedbana, zakompleksiona i samotna. Jeszcze tego samego wieczoru napisałam pierwsze strony, chcąc jak najszybciej pozwolić jej przemówić.

Beata Kobierowska: Jak długo nad nią pracowałaś? Co było najtrudniejsze podczas pisania? A co najprzyjemniejsze?

Danuta Awolusi: Prace trwały pół roku. Najtrudniejsze były rozdziały, do których podeszłam bardzo emocjonalnie. Jest w powieści taka scena z moim ukochanym bohaterem panem Piotrem i Anią. Kiedy opisywałam emocje, jakie towarzyszyły bohaterom podczas tych wydarzeń, działy się ze mną dziwne rzeczy. W ustach miałam sucho, mięśnie były napięte, dłonie pociły mi się niesamowicie, z trudem łapałam oddech. Kiedy skończyłam, poczułam się niesamowicie zmęczona, cała się trzęsłam. To był z jednej strony trudny moment, z drugiej przyjemny, bo poczułam się bardzo związana z bohaterami. Rozstanie z nimi było najprawdziwszym wyzwaniem!

Beata Kobierowska: Czy możesz powiedzieć, która to była scena?

Danuta Awolusi: Hm, nie chciałabym zdradzić za wiele z fabuły. Chodzi o moment w którym Ania odwiedza pana Piotra wczesnym rankiem. Myślę, że każdy, kto będzie czytał, od razu domyśli się, o jaki moment chodzi…

Beata Kobierowska: Czy w pisaniu pomagała Ci wiedza zdobyta na studiach polonistycznych (historia i teoria literatury) albo doświadczenie, które zdobyłaś jako blogerka pisząca o książkach?

Danuta Awolusi: Sama nie wiem… Ania bardzo dużo czyta i przytacza tytuły wielu książek, które ją ukształtowały… Z mojej strony to hołd dla literatury, którą kocham. Myślę jednak, że same studia nie miały nic do rzeczy, poza tym, że były związane z tym, co bardzo cenię i jest dla mnie ważne.

Jeżeli zaś chodzi o samą blogosferę, to myślę, że nie przydało mi się to w procesie pisania, może poza tym, że recenzje na pewno szlifują warsztat i dają większą świadomość pióra. Natomiast znajomość blogerów i tego świata pomogła na pewno przy promocji książki!

Beata Kobierowska: Jak udało Ci się tak szybko znaleźć wydawcę?

Danuta Awolusi: Nie miałam żadnych znajomości czy poleceń. Po prostu wysłałam tekst do wybranych wydawnictw i czekałam na odzew. Wydawnictwo SOL zaproponowało mi współpracę, a ja z radością się zgodziłam. To były niesamowite emocje! Odezwali się po trzech tygodniach, bo książka im się spodobała. Tak po prostu.

Beata Kobierowska: Główna bohaterka, Ania, skojarzyła mi się z Anią z Zielonego Wzgórza. Pomaga innym, jest dobrym duchem w ich życiu. Czy podczas pisania miałaś w głowie jakiś wzór – np. dzieło ulubionego pisarza?

Danuta Awolusi: Nie, ale jest taka książka Rusella Willy`ego pod tytułem „Inny chłopiec”. Pisząc swoją powieść miałam w głowie ten klimat… To historia chłopca, który również przechodzi niełatwe dojrzewanie. Czasem wspominałam także „Buszującego w zbożu”, być może dlatego, że obydwa przywołane tytuły dotyczą młodych ludzi, którzy muszą odnaleźć się w świecie. Ania ma podobnie…

Beata Kobierowska: Ania napisała dwie książki, Ty jedną (z tego, co wiem), obie lubicie czytać (szczególnie Harry’ego Pottera) i chodzić do kina. Naturalnie zaczęłam się zastanawiać, na ile książka jest autobiograficzna.

Danuta Awolusi: Bookfa z bloga Lost in the Library napisała w recenzji mojej książki, że debiutant zawsze wykorzystuje prywatne doświadczenia w powieści, a kto mówi, że jest inaczej – kłamie. Cóż, nie będę więc zaprzeczać: owszem, włożyłam w tę książkę część siebie. Ale nie martw się – byłam gruba, ale nie śmierdząca (śmiech)! A mój dom rodzinny był wspaniały (i nadal jest). Jednak znam bardzo dobrze piekło szkoły podstawowej, poczucie poniżenia i odrzucenia. Wydarzenia w książce w większości są fikcyjne, ale doświadczyłam bardzo podobnych, mam tu na myśli tylko i wyłącznie akcję rozgrywającą się w szkole. Tak naprawdę fikcją jest fabuła, ale emocje to już w wielu momentach moje doświadczenie. Dotyczy to pierwszej części książki. Potem, kiedy Ania poznaje Tobiasza, bohaterka zupełnie oddzieliła się od tego, co znam i sama poprowadziła mnie przez swoje życie.

Oczywiście, wszystkie książki, o których opowiada narratorka to utwory, które bardzo kocham i które miały wpływ na moje życie!

Beata Kobierowska: Poruszyłaś ważne problemy w powieści – przemoc w szkole, wśród dzieci, bieda, brak właściwej opieki w rodzinie. Zrobiłaś to w sposób wiarygodny i prawdziwy, przejmujący. Chciałaś w ten sposób zwrócić uwagę ludzi na te zjawiska czy raczej pomóc ofiarom przemocy, takim jak Ania? Jaki był Twój cel?

Danuta Awolusi: Kiedy Ania pojawiła się w mojej głowie wiedziałam, że jest zlepkiem czegoś, co mnie kiedyś dotknęło. Nie chodzi o moją osobę, bo Ania nie jest mną! Ma pewien pierwowzór, choć mocno zmodyfikowany, stare wspomnienie… Ja takich Ań znałam bardzo wiele, dlatego dałam bohaterce tak proste, popularne imię. Pamiętam dzieci, które czegoś nie miały i musiały za to płacić – były wyśmiewane, gorsze, zepchnięte. A pomocy raczej nie było. Nie wiem, jak jest teraz w szkołach, może lepiej. Znałam też oprawców… I pomyślałam, że może kogoś ten obraz poruszy, żeby się rozejrzeć wokół, dać wsparcie. Co ważne – trzeba zrobić to dyskretnie! Ania nienawidzi współczucia i deklaracji pomocy. To ją upokarza. Ostentacyjne pomaganie peszy i podkreśla statut… Chodzi o to, by się zainteresować, by znaleźć drogę do takiej osoby, jak zrobiła to pani Sabina. Ania jest nieufna, łatwo ją spłoszyć.

Beata Kobierowska: Filip to moja ulubiona postać. Niby realny, ale trochę z pogranicza magii i snu. Skąd taki pomysł na tę postać?

Danuta Awolusi: Bardzo dobrze wyczułaś moją intencję. Filip to taki ktoś, kto ma w sobie coś magicznego… To taka odskocznia od moich bohaterów, którzy mocno stąpają po ziemi. A on jest… nieuchwytny, wielowymiarowy. Ale wiem, że są tacy ludzie, bo takich również znam.

Filip sam do mnie przyszedł, nie miałam na niego pomysłu. On po prostu chciał być w tej powieści.

Beata Kobierowska: Zaskoczyły mnie dwa wątki: braci Ani – Adama i Marka oraz rozwiązanie wątku Roberta Mikulskiego. Dlaczego dopowiedzenie tych historii było dla Ciebie takie ważne?

Danuta Awolusi: To kolejna rzecz, która przyszła do mnie sama i która nie podlegała mojej kontroli. To życiorys Ani, jej życie, które odkryłam. Ania to osoba, która ma w sobie cały wulkan emocji, wcześniej powstrzymywanych. Kiedy w końcu zrozumiała, że w życiu można brać, a nie jedynie dawać, zapragnęła opowiedzieć o swoich braciach. A Robert? Nie oceniajcie go jednoznacznie, bo o to bardzo łatwo. To postać złożona, choć wiem, że nie do końca to widać. A jednak, wystarczy się mu uważniej przyjrzeć! Jeżeli wydaje się komuś, że to tradycyjny osiłek klasowy – grubo się myli…

Beata Kobierowska: Twoja powieść przypomina trochę pamiętnik, narracja jest pierwszoosobowa, bohaterka mówi: „Często oglądam się za siebie” i wspomina najważniejsze wydarzenia i osoby ze swojego życia. Dlaczego wybrałaś akurat taką formę wypowiedzi?

Danuta Awolusi: Bo to rozprawa dorosłej kobiety, która nosi w sobie brzemię tej historii i pragnie o niej opowiedzieć. Chce się oczyścić, uporządkować emocje. I równocześnie oddać hołd tym ludziom, których tak bardzo pokochała!

Danuta Awolusi, fot. Patrycja Płanik

Beata Kobierowska: Dla kogo napisałaś „Na wysokim niebie”? Jak myślisz, jakiej grupie odbiorców spodoba się najbardziej?

Danuta Awolusi: Bardzo wiele osób mi mówi, że to książka dla młodzieży. A ja ją napisałam dla dorosłych, żeby przypomnieli sobie emocje z przeszłości, które miały wpływ na ich życie, które ukształtowały ich wartości lub też… kompleksy.
Pisząc myślałam jednak głównie, że to książka dla wszystkich – bo każdy z nas zna w jakimś stopniu odczucia Ani.

Beata Kobierowska: Czy byłaby to odpowiednia lektura dla młodzieży? Jako była nauczycielka myślę, że byłby to wdzięczny temat do dyskusji. Chciałabyś, żeby Twoja powieść była omawiana w szkole na lekcjach języka polskiego?

Danuta Awolusi: Jasne, że bym chciała, choć może wtedy dzieci nie lubiły by jej czytać (śmiech). Ale, wystarczyłby mi jeden nauczyciel lub jedno dziecko, które dzięki mojej powieści zauważyłoby koło siebie taką właśnie Anię… Dyskusja o braku akceptacji i agresji jest zawsze potrzebna, bo to temat stale obecny!

Beata Kobierowska: Czy wiadomo już coś o spotkaniach autorskich promujących „Na wysokim niebie”? Gdzie będzie można Cię spotkać w najbliższym czasie? Kiedy w Gdańsku?

Danuta Awolusi: Oj, daleko ten Gdańsk… Ale nie znam przyszłości! Natomiast zapraszam wszystkich na dwa spotkania. Pierwsze 24 października w Warszawie. Poprowadzi je Magda Walusiak. Będzie także śpiewał chór Gospel, którego jestem dumną członkinią. Będzie się działo! A drugie 31 października w moim rodzinnym Świerklańcu na Śląsku, w ukochanej bibliotece, którą znam od dzieciństwa!

Beata Kobierowska: Czy zamierzasz pisać? Może już piszesz? Czytałam, że jest pomysł na kontynuację wątku jednej z drugoplanowych postaci „Na wysokim niebie”. Czy zdradzisz jakieś jeszcze?

Danuta Awolusi: Hm, chciałabym napisać drugą powieść i to zrobię, ale nie wiem kiedy. Nie chcę sobie wyznaczać terminów. Owszem, pomysł się zrodził i dotyczy jednego z bohaterów „Na wysokim niebie”, ale nie będzie to w żadnym razie kontynuacja. Raczej zupełnie odrębna historia, myślę, że poruszająca… I chyba póki co więcej nie zdradzę! (śmiech)

Beata Kobierowska: Na koniec ważne dla mnie pytanie. Co będzie z „Książkami Zbójeckimi”?

Danuta Awolusi: KZ, mój ukochany blog, będzie działał nadal, ale musi troszkę poczekać. W moje życie wkroczyła gigantyczna fala zmian, które wywróciły dobę do góry nogami. Muszę się teraz skupić na swoich emocjach, wartościach, uporządkować swoje życie, a kiedy wody się uspokoją, Książki Zbójeckie wrócą do życia! Nie wiem, czy z równą intensywnością, jak kiedyś, ale na pewno powrócą…

Danuta Awolusi, fot. Patrycja Płanik

Jeżeli macie jakieś pytania do Danuty Awolusi, to bardzo dobrze. Jutro będzie konkurs „Zadaj pytanie autorce i wygraj”!

Ciężko przejść obojętnie (Danuta Awolusi, Na wysokim niebie)

Nie umiem napisać o tej książce tak, jakbym chciała. Napiszę więc tak, jak umiem. Danuta Awolusi to autorka mojego ulubionego bloga literackiego – „Książek Zbójeckich”. To również organizatorka wspaniałych akcji blogerskich (np. „Blogerzy dla Korczaka”). Laureatka licznych konkursów. Osoba pełna energii i pomysłów. Nie zdziwiłam się, kiedy napisała powieść. Wcześniej było świetne opowiadanie pt. „Przystań” w antologii „Szkice z życia” (powstałej w ramach projektu „Blogerzy książki piszą”). A jeszcze wcześniej były wspaniałe recenzje, wywiady, felietony i cykle literackie na blogu. Nie sposób było nie zauważyć, że wszystkie one zostały napisane z pasją i talentem.

Wydawnictwo: SOL, 2013, egzemplarz recenzencki

Opinii o „Na wysokim niebie” jest w sieci już bardzo dużo. Wszystkie pozytywne. Nie napiszę na ten temat nic nowego. Tak. Powieść bardzo mi się podobała. Przeczytałam ją dwa razy (co rzadko mi się zdarza). Moje pierwsze wrażenia zapisane zaraz po lekturze (jeszcze przed publikacją książki) wysłałam Danusi:

„Piękna historia! Polubiłam bohaterów. Ich losy bardzo przejmujące, tematy, które poruszyłaś ważne. Postać Filipa – cudo! Fajna forma, jakby pamiętnik. Świetny, emocjonalny styl, szczególnie refleksje „po latach”. Wzruszyłam się. Jestem pod wrażeniem. Wciągnęłam się od pierwszych zdań, czytanie to była przyjemność. Aż żal, że tak szybko skończyłam. Na pewno długo będę pamiętać o Ani i jej przyjaciołach!
Wad nie zauważyłam […].
Myślę, że osoby, które przeczytają to, co napisałaś, wiele z tego wyniosą dla siebie. Dla wielu to może być lektura „terapeutyczna”. Czuje się, że postaci są wiarygodne, prawdziwe, historia „życiowa”, bliska.
Gratuluję Ci talentu, wrażliwości, dojrzałości! I ogromnie się cieszę, że mogłam przeczytać Twoją powieść już teraz. Niezapomniane przeżycie.”

Gdy drugi raz sięgnęłam po książkę, moje odczucia były podobne. Sądzę, że to powieść, którą można czytać wielokrotnie, zawsze z tą samą przyjemnością. W jakiś sposób kojarzy mi się z „Anią z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Główna bohaterka ma nie tylko to samo imię, ale i podobne cechy charakteru, wytrwałość, siłę, która nie wiadomo skąd się bierze, pozytywnie wpływa na otoczenie, szczególnie ludzi dorosłych. A sama lektura w obu przypadkach niesie czytelnikowi nadzieję.

Jeżeli jeszcze nie czytaliście opisów na okładce, recenzji na innych blogach, to powinnam Wam teraz w końcu opowiedzieć trochę o fabule. Ania jest biednym i zaniedbanym dzieckiem, prześladowanym w szkole przez rówieśników. Azylem i ratunkiem okazuje się dla niej biblioteka pełna książek, w której poznaje bibliotekarkę, panią Sabina, a później jej dziadka. Szansą na wyrwanie się z zaklętego koła nieszczęść jest również przyjaźń z Tobiaszem, który wprowadza się wraz z rodzicami do domu obok. Nieprzekonani? Przeczytajcie pierwsze trzy rozdziały udostępnione na blogu przez autorkę. Mnie już pierwsze zdania zszokowały i zachwyciły:

„Niemalże przez całą podstawówkę cuchnęłam. Trudno mi dzisiaj powiedzieć, dlaczego. Regularne sięganie po mydło i wodę stanowiło dla mnie czynność poniekąd zbędną. W naszym przytłaczającym, szarym domu, gdzie atmosfera wydawała się zawsze gęsta i mało przyjazna, dbanie o higienę, dbanie o samego siebie było zajęciem męczącym. Wiele można zwalić na biedę, stałą lokatorkę czterech ścian, w których spędziłam całe dzieciństwo i wiek dojrzewania. Bieda była wgryziona w moją skórę jak ten brud, który stał się moim drugim ja.

Dziecko grube i śmierdzące nie powinno się w ogóle rodzić. Nie będzie w stanie przetrwać lat młodzieńczych. Tak jak mały żółw, który ginie, zanim dotrze do brzegu oceanu. Po prostu jego szanse są znikome i w sumie nikt mu nie współczuje. A nawet kiedy miną najgorsze czasy, w głowie człowieka już na zawsze pozostanie echo dawnych dni. Zapach szkolnych korytarzy i smak upokorzenia. Skąd się biorą frustraci, samobójcy, może nawet mordercy? To najpewniej właśnie otyłe dzieci z podstawówki, które już na zawsze w niej pozostaną.”

Myślę, że to takie słowa, wobec których ciężko przejść obojętnie. Mam nadzieję, że czytelnicy nie przejdą obojętnie obok tej książki. Wywiad z autorką już jutro na moim blogu!

Ocena: 5/6