Wywiad z Agnieszką Steur, autorką „Wojny w Jangblizji”

Po ponad dwóch miesiącach przerwy w blogowaniu zapraszam do przeczytania mojego wywiadu z Agnieszką Steur, autorką wyjątkowej książki pt. „Wojna w Jangblizji”.

Agnieszka Steur, fot. Gosia Lubbers-Dąbrowska

Beata Kobierowska: Na polskim rynku wydawniczym „Wojna w Jangblizji” wyróżnia się (tematyką, przesłaniem) spośród innych powieści dla młodzieży (i nie tylko). Skąd wziął się u Ciebie pomysł na tę książkę?

Agnieszka Steur: To był dziwny proces, przynajmniej tak mi się teraz z perspektywy czasu wydaje. Ta historia powstawała bardzo długo. Rozwijała się, dojrzewała, pojawiały się kolejne pomysły. To, że chcę pisać książki wiedziałam zawsze. W tematyce fantasy zakochana byłam od dawna i chyba chciałam spróbować swych sił w tym gatunku. Gdy to już stało się jasne, zaczęłam zastanawiać się nad treścią. Z jednej strony ważna dla mnie była budowa, „gdzie”, „jak”, „kto”, „z kim” i co najważniejsze „dlaczego”. Chciałam również zawrzeć w powieści wszystko to, co jest dla mnie ważne. Wokół tych pytań budowałam moje opowieści. Być może również dlatego, że tak długo nad tym myślałam, pojawił się pomysł trylogii.

Beata Kobierowska: Jak powstał tytuł i słowo Jangblizja?

Agnieszka Steur: Wychodzę z założenia, że nie zdradzam tego, choć najczęściej na spotkaniach autorskich i tak się wygadam. Lubię za to zawsze słuchać, co myślą czytelnicy, jak interpretują tę nazwę. Zazwyczaj, każdy kto przeczytał moje książki, ma jakąś teorię. W moich książkach, prawie wszystkie imiona i nazwy coś znaczą. Chyba, że akurat dana nazwa tak jak nazwisko rodziny królewskiej mi się przyśniło, wtedy znaczenie jest również dla mnie nie do końca jasne.

Beata Kobierowska: Moimi ulubionymi postaciami z Twojej książki są: Nana, Roan, Ewa, Dawid i Fitels, ale oni wszyscy nie pojawiają się w powieści od razu. Którego z bohaterów „Wojny…” wymyśliłaś najpierw?

Agnieszka Steur: Pierwsza „przyszła” do mnie królowa. Potem pojawili się Nana i Roan. Potrzebowałam rodzeństwa, ponieważ chciałam, aby dwie osoby oceniały tę samą sytuację. Nana podchodzi do swej rodziny, do poznawanych tajemnic z większym spokojem, Roan jest wściekły. Ona potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji, jemu przychodzi to znacznie trudniej. To fascynujące, jak dwie osoby potrafią inaczej patrzeć na to samo. Ewę i Dawida natomiast zobaczyłam na placu zabaw. Dowiedziałam się, że rodzice dwójki dzieci, które znał mój syn są właśnie w trakcie rozwodu. Gdy patrzyłam na te maluchy, to było wiele lat temu, miałam wrażenie, że są pozostawieni sami sobie, wydali mi się tak potwornie samotni w swym zagubieniu, wtedy zobaczyłam Ewę i Dawida, sieroty. Bohaterowie przychodzą do mnie w różnych sytuacjach. Czasem nawet czyjaś nieogolona twarz może stać się inspiracją.

Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizji t. I

Beata Kobierowska: Kiedy czytałam tom pierwszy – „W Tamtym Świecie”, byłam pod wrażeniem świetnie skonstruowanej fabuły. Czy miałaś gotowy plan wydarzeń przed przystąpieniem do pisania?

Agnieszka Steur: Ostatnio rozmawiając o tym, przyrównałam moje tworzenie książki do układania puzzli. Wydaje mi się, że mam już wszystkie fragmenty i zaczynam je układać. Na początku nie tworzę w kolejności. Nie mam gotowego planu, ale historia już w mojej głowie istnieje. Z jednej strony mam zarys, ale wiele wątków powstaje w trakcie pisania. Zdradzę Ci tajemnicę, napisałam już ostatni rozdział trzeciej części, ale brakuje mi jeszcze dużo ze środka.

Beata Kobierowska: Gdzie nauczyłaś się pisać? Co pomogło/pomaga Ci w pisaniu powieści? Studia, lektury, własne doświadczenia?

Agnieszka Steur: Chyba wszystko o czym mówisz. Pisanie jest częścią mnie. Pomaga mi wielu sytuacjach. Właściwie tak się zaczęło, odkryłam, że dzięki pisaniu, potrafię uporządkować swoje myśli, zrozumieć uczucia. Gdy zaczęłam publikować felietony przekonałam się, że i inni mogą też czerpać przyjemność z tego, co tworzę. Czasem zdarza mi się, że gdzieś usłyszę jedno słowo i tak mi się spodoba, że muszę go użyć w swojej książce, a wokół niego buduję sytuację. Dlatego jestem pewna, że w pisaniu pomaga własne doświadczenie, ale bez lektury też się nie da. A co do moich studiów, szczególnie tych w Holandii, pewnie bez nich bym nie zaczęła pisać w ogóle.

Beata Kobierowska: Jakie książki miały na Ciebie wpływ? Które były inspiracją lub pomagały w pisaniu „Wojny…”?

Agnieszka Steur: Mam kilka książek po które sięgam, gdy się „zatnę”. Jeśli tworzę felietony, to zawsze obok mnie mam Herberta i Twardowskiego, u obu mam na myśli ich prozę. Z pewnością ogromną inspiracją był dla mnie Tolkien, ale nie tyle same jego powieści, co ich związek z życiem pisarza. To była dla mnie ogromna inspiracja na temat tego, jak przenieść moje doświadczenia na papier. Od C.S. Lewis’a oraz Rodericka Gordona i Briana Williamsa wszystko się zaczęło, bo podobnie jak u nich chciałam stworzyć dwa światy, które są blisko siebie, ale i bardzo daleko.

Beata Kobierowska i Agnieszka Steur – początek wspólnego spaceru po Gdańsku
fot. Gosia Lubbers-Dąbrowska

Beata Kobierowska: Co było/jest dla Ciebie najtrudniejsze podczas pisania? A może to czysta przyjemność?

Agnieszka Steur: Pisanie to przyjemność, ale miałam i nadal mam wiele trudnych momentów. Pomagają mi mój mąż i dzieci. Zawsze opowiadam, że najważniejsze jest pisać o tym, co się wie. Dlatego oczywiście najtrudniejsze dla mnie było tworzenie fragmentów, o których mało wiedziałam… oczywiście na początku. Wtedy zabierałam się za studia, poszukiwania, wypytywanie ludzi. W tworzeniu niektórych fragmentów bardzo pomógł mi mój tata. Potem, gdy słowa pojawiały się na papierze, historia sama się rozwijała i w temacie czułam się już silniejsza. Często problemy pojawiają się, gdy nie potrafię się zorganizować. Po głowie pląta się tyle myśli, tyle jest do zrobienia, że zamiast działać czasem przejmuję się tą ilością. Teraz bardzo trudne jest dla mnie to, że wciąż pojawiają się nowe pomysły do trzeciej części a ja już zaczynam się bać, czy nie przesadzam z ilością wątków.

Beata Kobierowska: Czy łatwo Ci było wydać swoją powieść? Czy wysłałaś ją do wielu wydawnictw?

Agnieszka Steur: Było bardzo trudno.

Beata Kobierowska: Spotykasz się z licznymi czytelnikami, odbyłaś trasę promocyjną po Polsce. Czy opinie, które otrzymałaś o „Wojnie…” mają (lub będą miały) wpływ na Twoje kolejne powieści?

Agnieszka Steur: Tak, z pewnością mają. Największy wpływ, jeśli chodzi o trzecią część, mają wielokrotne prośby o większą ilość ilustracji. Już nawet nie wiem, ile razy słyszałam zażalenia, że w drugiej części było ich zdecydowanie za mało. Dlatego kłaniając się moim czytelnikom, obiecałam sobie, że w trzeciej części ilustracji będzie znacznie więcej.

Beata Kobierowska: Ilustracje Ewy Kieńko Gawlik do „Wojny…” są cudowne! Jaki miałaś wpływ na ich wygląd, tematykę, liczbę? Czy tak właśnie wyobrażałaś sobie swoich bohaterów?

Agnieszka Steur: Tak jak powiedziałam, ilustracje będą specjalnym prezentem ode mnie dla czytelników. Współpraca z Ewą jest dla mnie czymś cudownym i wyjątkowym. Jeśli chodzi o pracę nad ilustracjami, to zawsze mam wpływ na to, co będą przedstawiać i do mnie należy ostatnie słowo, np jeśli ilustracja nie jest taka, o jaką mi chodziło. Powiem, że tak się zdarzyło tylko raz i to na samym początku. Zazwyczaj jest tak, że Ewa czyta książkę i potem razem myślimy nad ilustracjami. Ja opowiadam, co bym chciała, a ona to rysuje. Ja ustalam, ile będzie ilustracji i co będą przedstawiały, ale wyobrażenia należą już do Ewy. Tak pracowałyśmy nad wszystkimi rysunkami z wyjątkiem okładek, stworzyła je Ewa, po przeczytaniu rękopisów.

Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizji. W domu

Beata Kobierowska: Drugi tom – „W domu” – różni się od pierwszego. Pojawiają się nowi bohaterowie, nowe wątki. Czy w tomie trzecim również nas zaskoczysz? Czy możesz coś już zdradzić, np. tytuł?

Agnieszka Steur: Mam ogromną nadzieję, że zaskoczę. Pojawią się nowi bohaterowie, ale nadal najważniejszą rolę będą odgrywać ci z pierwszej i drugiej części. Pokażę świat po wojnie i trudy odbudowania. Tytułu jeszcze nie zdradzę, ale będzie on miał ścisły związek z dwoma poprzednimi.

Beata Kobierowska: Czy po sukcesie „Wojny…” (nie spotkałam się z żadną negatywną recenzją, a czytałam ich wiele) zamierzasz dalej pisać fantastykę dla młodzieży? Czy mogłabyś trochę opowiedzieć o swoich planach na przyszłość?

Agnieszka Steur: Mam już kolejne pomysły. Gdy tylko skończę pisać trzecią część „Wojny…”, rozpocznę pracę nad kolejną książką. Miała to być powieść czysto obyczajowa, ale ja chyba tak nie potrafię i już obmyślając szczegóły, zaczęłam mieć pomysły trochę ze świata fantasy. Trwają prace nad zbiorem moich bajek, książka pojawi się na razie w Holandii, ponieważ tworzę ją z myślą o dwujęzycznych dzieciach. Moja przyszłość to pisanie. Nie potrafię inaczej, jestem tego pewna.

Wywiad z Danutą Awolusi, autorką powieści „Na wysokim niebie”

Serdecznie zapraszam na pierwszy na moim blogu wywiad z autorką książki! Wczoraj mogliście przeczytać o jej powieści – „Na wysokim niebie”, a dziś macie szansę poznać bliżej ją samą.

Danuta Awolusi, fot. Patrycja Płanik 

Beata Kobierowska: Dlaczego zdecydowałaś się napisać powieść? Czy możesz opowiedzieć, jak do tego doszło, jak wyglądało zapisywanie pierwszych zdań?

Danuta Awolusi: Zawsze chciałam coś napisać. Ale to nie takie proste – nigdy nie przyszedł mi do głowy pomysł, który chciałabym wykorzystać! Zawsze były to jedynie poszlaki. Jednak mój serdeczny przyjaciel Piotr Jędrzejczyk często do mnie dzwonił i mówił: „Danusia, weź coś napisz. Przecież potrafisz!” Nie wierzyłam w te słowa, ale pewnego dnia po wyjściu spod prysznica (śmiech) miałam wizję. Ania stanęła w mojej wyobraźni jak żywa. Zaniedbana, zakompleksiona i samotna. Jeszcze tego samego wieczoru napisałam pierwsze strony, chcąc jak najszybciej pozwolić jej przemówić.

Beata Kobierowska: Jak długo nad nią pracowałaś? Co było najtrudniejsze podczas pisania? A co najprzyjemniejsze?

Danuta Awolusi: Prace trwały pół roku. Najtrudniejsze były rozdziały, do których podeszłam bardzo emocjonalnie. Jest w powieści taka scena z moim ukochanym bohaterem panem Piotrem i Anią. Kiedy opisywałam emocje, jakie towarzyszyły bohaterom podczas tych wydarzeń, działy się ze mną dziwne rzeczy. W ustach miałam sucho, mięśnie były napięte, dłonie pociły mi się niesamowicie, z trudem łapałam oddech. Kiedy skończyłam, poczułam się niesamowicie zmęczona, cała się trzęsłam. To był z jednej strony trudny moment, z drugiej przyjemny, bo poczułam się bardzo związana z bohaterami. Rozstanie z nimi było najprawdziwszym wyzwaniem!

Beata Kobierowska: Czy możesz powiedzieć, która to była scena?

Danuta Awolusi: Hm, nie chciałabym zdradzić za wiele z fabuły. Chodzi o moment w którym Ania odwiedza pana Piotra wczesnym rankiem. Myślę, że każdy, kto będzie czytał, od razu domyśli się, o jaki moment chodzi…

Beata Kobierowska: Czy w pisaniu pomagała Ci wiedza zdobyta na studiach polonistycznych (historia i teoria literatury) albo doświadczenie, które zdobyłaś jako blogerka pisząca o książkach?

Danuta Awolusi: Sama nie wiem… Ania bardzo dużo czyta i przytacza tytuły wielu książek, które ją ukształtowały… Z mojej strony to hołd dla literatury, którą kocham. Myślę jednak, że same studia nie miały nic do rzeczy, poza tym, że były związane z tym, co bardzo cenię i jest dla mnie ważne.

Jeżeli zaś chodzi o samą blogosferę, to myślę, że nie przydało mi się to w procesie pisania, może poza tym, że recenzje na pewno szlifują warsztat i dają większą świadomość pióra. Natomiast znajomość blogerów i tego świata pomogła na pewno przy promocji książki!

Beata Kobierowska: Jak udało Ci się tak szybko znaleźć wydawcę?

Danuta Awolusi: Nie miałam żadnych znajomości czy poleceń. Po prostu wysłałam tekst do wybranych wydawnictw i czekałam na odzew. Wydawnictwo SOL zaproponowało mi współpracę, a ja z radością się zgodziłam. To były niesamowite emocje! Odezwali się po trzech tygodniach, bo książka im się spodobała. Tak po prostu.

Beata Kobierowska: Główna bohaterka, Ania, skojarzyła mi się z Anią z Zielonego Wzgórza. Pomaga innym, jest dobrym duchem w ich życiu. Czy podczas pisania miałaś w głowie jakiś wzór – np. dzieło ulubionego pisarza?

Danuta Awolusi: Nie, ale jest taka książka Rusella Willy`ego pod tytułem „Inny chłopiec”. Pisząc swoją powieść miałam w głowie ten klimat… To historia chłopca, który również przechodzi niełatwe dojrzewanie. Czasem wspominałam także „Buszującego w zbożu”, być może dlatego, że obydwa przywołane tytuły dotyczą młodych ludzi, którzy muszą odnaleźć się w świecie. Ania ma podobnie…

Beata Kobierowska: Ania napisała dwie książki, Ty jedną (z tego, co wiem), obie lubicie czytać (szczególnie Harry’ego Pottera) i chodzić do kina. Naturalnie zaczęłam się zastanawiać, na ile książka jest autobiograficzna.

Danuta Awolusi: Bookfa z bloga Lost in the Library napisała w recenzji mojej książki, że debiutant zawsze wykorzystuje prywatne doświadczenia w powieści, a kto mówi, że jest inaczej – kłamie. Cóż, nie będę więc zaprzeczać: owszem, włożyłam w tę książkę część siebie. Ale nie martw się – byłam gruba, ale nie śmierdząca (śmiech)! A mój dom rodzinny był wspaniały (i nadal jest). Jednak znam bardzo dobrze piekło szkoły podstawowej, poczucie poniżenia i odrzucenia. Wydarzenia w książce w większości są fikcyjne, ale doświadczyłam bardzo podobnych, mam tu na myśli tylko i wyłącznie akcję rozgrywającą się w szkole. Tak naprawdę fikcją jest fabuła, ale emocje to już w wielu momentach moje doświadczenie. Dotyczy to pierwszej części książki. Potem, kiedy Ania poznaje Tobiasza, bohaterka zupełnie oddzieliła się od tego, co znam i sama poprowadziła mnie przez swoje życie.

Oczywiście, wszystkie książki, o których opowiada narratorka to utwory, które bardzo kocham i które miały wpływ na moje życie!

Beata Kobierowska: Poruszyłaś ważne problemy w powieści – przemoc w szkole, wśród dzieci, bieda, brak właściwej opieki w rodzinie. Zrobiłaś to w sposób wiarygodny i prawdziwy, przejmujący. Chciałaś w ten sposób zwrócić uwagę ludzi na te zjawiska czy raczej pomóc ofiarom przemocy, takim jak Ania? Jaki był Twój cel?

Danuta Awolusi: Kiedy Ania pojawiła się w mojej głowie wiedziałam, że jest zlepkiem czegoś, co mnie kiedyś dotknęło. Nie chodzi o moją osobę, bo Ania nie jest mną! Ma pewien pierwowzór, choć mocno zmodyfikowany, stare wspomnienie… Ja takich Ań znałam bardzo wiele, dlatego dałam bohaterce tak proste, popularne imię. Pamiętam dzieci, które czegoś nie miały i musiały za to płacić – były wyśmiewane, gorsze, zepchnięte. A pomocy raczej nie było. Nie wiem, jak jest teraz w szkołach, może lepiej. Znałam też oprawców… I pomyślałam, że może kogoś ten obraz poruszy, żeby się rozejrzeć wokół, dać wsparcie. Co ważne – trzeba zrobić to dyskretnie! Ania nienawidzi współczucia i deklaracji pomocy. To ją upokarza. Ostentacyjne pomaganie peszy i podkreśla statut… Chodzi o to, by się zainteresować, by znaleźć drogę do takiej osoby, jak zrobiła to pani Sabina. Ania jest nieufna, łatwo ją spłoszyć.

Beata Kobierowska: Filip to moja ulubiona postać. Niby realny, ale trochę z pogranicza magii i snu. Skąd taki pomysł na tę postać?

Danuta Awolusi: Bardzo dobrze wyczułaś moją intencję. Filip to taki ktoś, kto ma w sobie coś magicznego… To taka odskocznia od moich bohaterów, którzy mocno stąpają po ziemi. A on jest… nieuchwytny, wielowymiarowy. Ale wiem, że są tacy ludzie, bo takich również znam.

Filip sam do mnie przyszedł, nie miałam na niego pomysłu. On po prostu chciał być w tej powieści.

Beata Kobierowska: Zaskoczyły mnie dwa wątki: braci Ani – Adama i Marka oraz rozwiązanie wątku Roberta Mikulskiego. Dlaczego dopowiedzenie tych historii było dla Ciebie takie ważne?

Danuta Awolusi: To kolejna rzecz, która przyszła do mnie sama i która nie podlegała mojej kontroli. To życiorys Ani, jej życie, które odkryłam. Ania to osoba, która ma w sobie cały wulkan emocji, wcześniej powstrzymywanych. Kiedy w końcu zrozumiała, że w życiu można brać, a nie jedynie dawać, zapragnęła opowiedzieć o swoich braciach. A Robert? Nie oceniajcie go jednoznacznie, bo o to bardzo łatwo. To postać złożona, choć wiem, że nie do końca to widać. A jednak, wystarczy się mu uważniej przyjrzeć! Jeżeli wydaje się komuś, że to tradycyjny osiłek klasowy – grubo się myli…

Beata Kobierowska: Twoja powieść przypomina trochę pamiętnik, narracja jest pierwszoosobowa, bohaterka mówi: „Często oglądam się za siebie” i wspomina najważniejsze wydarzenia i osoby ze swojego życia. Dlaczego wybrałaś akurat taką formę wypowiedzi?

Danuta Awolusi: Bo to rozprawa dorosłej kobiety, która nosi w sobie brzemię tej historii i pragnie o niej opowiedzieć. Chce się oczyścić, uporządkować emocje. I równocześnie oddać hołd tym ludziom, których tak bardzo pokochała!

Danuta Awolusi, fot. Patrycja Płanik

Beata Kobierowska: Dla kogo napisałaś „Na wysokim niebie”? Jak myślisz, jakiej grupie odbiorców spodoba się najbardziej?

Danuta Awolusi: Bardzo wiele osób mi mówi, że to książka dla młodzieży. A ja ją napisałam dla dorosłych, żeby przypomnieli sobie emocje z przeszłości, które miały wpływ na ich życie, które ukształtowały ich wartości lub też… kompleksy.
Pisząc myślałam jednak głównie, że to książka dla wszystkich – bo każdy z nas zna w jakimś stopniu odczucia Ani.

Beata Kobierowska: Czy byłaby to odpowiednia lektura dla młodzieży? Jako była nauczycielka myślę, że byłby to wdzięczny temat do dyskusji. Chciałabyś, żeby Twoja powieść była omawiana w szkole na lekcjach języka polskiego?

Danuta Awolusi: Jasne, że bym chciała, choć może wtedy dzieci nie lubiły by jej czytać (śmiech). Ale, wystarczyłby mi jeden nauczyciel lub jedno dziecko, które dzięki mojej powieści zauważyłoby koło siebie taką właśnie Anię… Dyskusja o braku akceptacji i agresji jest zawsze potrzebna, bo to temat stale obecny!

Beata Kobierowska: Czy wiadomo już coś o spotkaniach autorskich promujących „Na wysokim niebie”? Gdzie będzie można Cię spotkać w najbliższym czasie? Kiedy w Gdańsku?

Danuta Awolusi: Oj, daleko ten Gdańsk… Ale nie znam przyszłości! Natomiast zapraszam wszystkich na dwa spotkania. Pierwsze 24 października w Warszawie. Poprowadzi je Magda Walusiak. Będzie także śpiewał chór Gospel, którego jestem dumną członkinią. Będzie się działo! A drugie 31 października w moim rodzinnym Świerklańcu na Śląsku, w ukochanej bibliotece, którą znam od dzieciństwa!

Beata Kobierowska: Czy zamierzasz pisać? Może już piszesz? Czytałam, że jest pomysł na kontynuację wątku jednej z drugoplanowych postaci „Na wysokim niebie”. Czy zdradzisz jakieś jeszcze?

Danuta Awolusi: Hm, chciałabym napisać drugą powieść i to zrobię, ale nie wiem kiedy. Nie chcę sobie wyznaczać terminów. Owszem, pomysł się zrodził i dotyczy jednego z bohaterów „Na wysokim niebie”, ale nie będzie to w żadnym razie kontynuacja. Raczej zupełnie odrębna historia, myślę, że poruszająca… I chyba póki co więcej nie zdradzę! (śmiech)

Beata Kobierowska: Na koniec ważne dla mnie pytanie. Co będzie z „Książkami Zbójeckimi”?

Danuta Awolusi: KZ, mój ukochany blog, będzie działał nadal, ale musi troszkę poczekać. W moje życie wkroczyła gigantyczna fala zmian, które wywróciły dobę do góry nogami. Muszę się teraz skupić na swoich emocjach, wartościach, uporządkować swoje życie, a kiedy wody się uspokoją, Książki Zbójeckie wrócą do życia! Nie wiem, czy z równą intensywnością, jak kiedyś, ale na pewno powrócą…

Danuta Awolusi, fot. Patrycja Płanik

Jeżeli macie jakieś pytania do Danuty Awolusi, to bardzo dobrze. Jutro będzie konkurs „Zadaj pytanie autorce i wygraj”!

Wywiad z Alicją Lipińską – koordynatorką BiblioCampu

Z Alicją Lipińską poznałyśmy się na zeszłorocznym Blog Forum Gdańsk i to ona po raz pierwszy wspomniała mi o BiblioCampie. Nie przypuszczałam wtedy, że wezmę w nim udział i że to przedsięwzięcie będzie dla mnie tak ważne. Niedawno mogliście przeczytać moją relację i teraz już trochę wiecie na temat tego, co Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku robi dla blogerów. Pomyślałam jednak, że to za mało. Poprosiłam Alicję, żeby odpowiedziała na kilka moich pytań, abyście mogli poznać osobę, bez której zaangażowania BiblioCamp by się nie odbył.

Alicja Lipińska w Bibliotece Manhattan, BiblioCamp 2013

Alicja Lipińska
fot. Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku

Beata Kobierowska: Skąd wziął się pomysł na BiblioCamp?

Alicja Lipińska: Pomysł zrodził się kilka lat temu w Filii Gdańskiej, placówce Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku, kiedy nie przypuszczaliśmy jeszcze, że będzie to inicjatywa, która aż tak się rozwinie i ewoluuje. Choć muszę przyznać, że takie marzenia i inspiracje były. Już przy pierwszej edycji projektu nawiązaliśmy współpracę z Fundacją Projekt: Kultura, a dokładnie z Martą Szadowiak i Tomkiem Nadolnym, który wymyślił nazwę BiblioCamp (bardzo nam się ta nazwa w bibliotece spodobała, dlatego towarzyszy nam już od trzech lat).

Beata Kobierowska: W 2013 roku odbyła się już trzecia edycja BiblioCampu. Czy mogłabyś opowiedzieć trochę o pierwszej i drugiej? Jakie były, czym się różniły od tegorocznej edycji, a w czym były podobne – czyli jak BiblioCamp rozwijał się w ciągu tych lat aż do chwili obecnej?

Alicja Lipińska: Pierwszy BiblioCamp to było ogólne zagłębianie się w temat blogosfery. Odbyły się spotkania z ekspertami od nowych mediów oraz blogerami. Wiele spotkań dotyczyło prezentacji internetowych inicjatyw dotyczących miasta.

Zeszłoroczna edycja to przede wszystkim warsztaty poruszające takie zagadnienia jak: tworzenie filmów na youtube, stosowanie licencji creative commons, tworzenie bloga czy odkrywanie potencjału bibliotek cyfrowych. Tegoroczna edycja to rozwinięcie tematów dwóch poprzednich oraz poszerzenie programu o tematykę związaną z książką elektroniczną, współpracą blogerów z wydawnictwami. Odbył się również warsztat i spotkanie skierowane do najmłodszych użytkowników internetu.

Beata Kobierowska: Wzięłam udział w dwóch blokach tematycznych BiblioCampu: „Kultura w sieci” i „Miasto w sieci”, a był jeszcze trzeci – „Dzieci dla sieci”. Skąd takie pomysły na tematy? Czy w przyszłości będą podobne?

Alicja Lipińska: Tak jak wspomniałam, jest to rozwiniecie tematyki dwóch poprzednich edycji. Natomiast moduł „Kultura w sieci” zrodził się z obserwacji tego, co dzieje się na rynku wydawniczym, zmian, jakie zachodzą w sposobie czytania, ale też sposobie uczestnictwa w kulturze.

Tegoroczna edycja skierowana była też do uczniów szkół podstawowych modułem „Dzieci dla sieci”. Na warsztacie „Dzieci w biblio-sieci” prowadzonym przez dra Grzegorza Stunżę i Annę Miler dzieciaki uczyły się, jak bezpiecznie korzystać z internetu. Dorosłe osoby często miewają z tym problem, więc edukacja tych najmłodszych jest bardzo ważna, zwłaszcza że coraz młodsze dzieci zaczynają korzystać z internetu.

Co będzie dalej? Na razie trzeba się skupić nad tegorocznym projektem, wyciągnąć wnioski, podsumować wszystkie wydarzenia tegorocznej inicjatywy. Sławek Czarnecki z Instytutu Kultury Miejskiej partner BiblioCampu, pracuje nad publikacją z artykułami uczestników debat, spotkań oraz warsztatów BiblioCampu 2013. Zaczną też się pojawiać filmy trójmiejskiej artystki Kamili Chomicz, która przez cały czas trwania projektu rozmawiała z prelegentami oraz uczestnikami spotkań oraz warsztatów.

BiblioCamp

www.bibliocamp.info

Beata Kobierowska: BiblioCamp to nie tylko spotkania, prezentacje, dyskusje, ale i warsztaty. Cały wachlarz możliwości dla potencjalnych uczestników. Czy mogłabyś zdradzić, które punkty programu cieszyły się największą popularnością? Które Ty uważasz za najlepsze, najbardziej udane? Może jest coś, co chciałabyś poprawić?

Alicja Lipińska: Spotkaniom panelu „Miasto w sieci” towarzyszyły warsztaty, liczba miejsc była ograniczona, a chętnych do udziału dużo. To pokazuje, jak spore jest zapotrzebowanie na tego typu warsztaty i że warto je organizować. Cały panel „Kultura w sieci” można było śledzić w internecie, a podczas ostatniego spotkania „Kultura bez pośredników” dodatkowo łączyliśmy się przez skypa z uczestnikiem debaty Marcinem Niewęgłowskim.

Dużym osiągnięciem jest to, że projekt odbywał się w różnych placówkach Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku, wykorzystując różne przestrzenie. Spotkania „Miasto w sieci” odbywały się w Filii Gdańskiej, warsztaty dla blogerów w sali komputerowej w Bibliotece Głównej, zajęcia dla dzieci w nowo wyremontowanej Filii nr 9 na Przymorzu, a cały panel „Kultura w sieci” w Bibliotece Manhattan, gdzie były najlepsze warunki do przeprowadzenia transmisji on-line.

Beata Kobierowska: Podczas Bibliocampu często podkreślałaś, że nie jest on tylko Twoją zasługą, ale że to efekt pracy zespołowej. Bardzo jestem ciekawa, jak wyglądają kulisy organizacji tak dużego przedsięwzięcia. Jeżeli inne bibliotekarki chciałyby pójść za Twoim przykładem i stworzyć coś na miarę sukcesu BiblioCampu, od czego powinny zacząć? Kogo należy zaangażować do współpracy? Co jest najważniejsze w planowaniu takiego projektu i w jego realizacji?

Alicja Lipińska: Nie lubię słowa sukces… Przede wszystkim trzeba czerpać z doświadczenia starszych kolegów i koleżanek w pracy, nie bać się pytać, czy prosić o pomoc, jak się czegoś nie wie, czy nie rozumie. Mam takie szczęście, że pracuję z ludźmi, którzy chcieli się dzielić swoim doświadczeniem, ale też dawali dużo swobody w działaniu. To jest bardzo ważne. Drugą istotną sprawą jest współpraca z partnerami projektu – to oni nadają nowe kierunki i myśli, które ukształtowały tegoroczny program.

BiblioCamp jest też przykładem projektu rozwijającego się metodą małych kroczków. Można zrobić ciekawe przedsięwzięcie niewielkim nakładem pieniędzy i rozwijać je z roku na rok o coraz to ciekawszy, bardziej rozbudowany program. Tegoroczna edycja BiblioCampu otrzymała dofinansowanie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dlatego program jest tak bogaty w liczne wydarzenia.

Beata Kobierowska w Filii Gdańskiej, BiblioCamp 2013Beata Kobierowska
fot. Jan Piasecki-Hlousek

Beata Kobierowska: Bardzo serdecznie dziękuję Ci, że zgodziłaś się odpowiedzieć na moje pytania, a przy okazji chciałam wyrazić moją wdzięczność za zorganizowanie BiblioCampu, na którym wiele się nauczyłam.

Alicja Lipińska: To ja dziękuję Tobie za uczestnictwo w bibliocampowym programie. Obserwuję Twojego bloga i widzę sporo zmian, oczywiście idących w dobrym kierunku. Zmieniła się szata graficzna. Powstają trochę inne wpisy. Trzymam mocno kciuki i życzę powadzenia w prowadzeniu bloga.