Po drugiej stronie grobu (Magdalena Kawka „W zakątku cmentarza, czyli koniec wieczności”)

Na moim biurku (dokładnie na drukarce) leżą w tej chwili obok siebie dwie ostatnio przeczytane książki – „Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka i „W zakątku cmentarza, czyli koniec wieczności” Magdaleny Kawki. Zatrzymałam na nich wzrok przypadkiem, czekając na otwarcie się edytora tekstu. Długo to trwało i dlatego zdążyłam pomyśleć, że to dziwna para, świadcząca o tym, że dziwnie dobieram sobie lektury. A jednak obie mi się podobały, obie sprawiły dużo radości podczas czytania. (Ciekawe, którą będę pamiętać dłużej.) Ta pierwsza to genialna powieść SF, głęboka, ponadczasowa, słynna, zekranizowana, próbująca odpowiedzieć na pytanie o istotę bycia człowiekiem. Ciężko by mi było znaleźć słowa, żeby ją dokładniej opisać. Skupię się na tej drugiej, wydanej nie tak dawno (w październiku 2014 roku), która nie dawała mi spokoju odkąd się o niej dowiedziałam.

Magdalena Kawka, W zakątu cmentarza

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki

Najpierw zaintrygowała mnie okładka (zauważyliście suszarkę?) i opis z materiałów promocyjnych (nietypowa tematyka, oryginalni bohaterowie i miejsce akcji). Nazwisko autorki też było nie bez znaczenia. Czytałam wcześniej jedną powieść Magdaleny Kawki (pt. „Wyspa z mgły i kamienia”) i oceniłam ją na blogu bardzo pozytywnie. Pamiętam, że przy okazji zajrzałam wtedy na stronę internetową pisarki („Rozmowy przy winie”) i zaciekawiły mnie (oraz utkwiły w pamięci) wpisy o jej wcześniejszej powieści, dla której nie mogła znaleźć wydawcy:

„Nie mogę znaleźć wydawcy na moją cmentarną opowieść. W jednym wydawnictwie usłyszałam, że gdyby to była powieść dla kobiet… Nie rozumiem. Czy to znaczy, że kobiety nie mają poczucia humoru a jedyną tematyką jaka je interesuje jest miłość w różnych odmianach i wariantach? Albo dzieci?
[…] Po jakimś czasie odezwali się z innego wydawnictwa z pytaniem, czy może przypadkiem mam coś dla… kobiet. Przypadkiem zgłupiałam doszczętnie. Nie wiem już co znaczy „dla kobiet”. Myślałam, że kobieta to taki sam gatunek homo sapiens jak mężczyzna. Tak samo zróżnicowana, mająca rozmaite gusta, zainteresowani, upodobania. [...] Otóż nie. Dowiedziałam się, że książki dla kobiet muszą się trzymać pewnego wzorca, jak poinformowała mnie jedna miła pani, co powiedziała, że się zna.” (wpis z 31 maja 2012 roku)

Cmentarna opowieść to właśnie „W zakątku cmentarza, czyli koniec wieczności”. Wciąż można jej fragmenty przeczytać w Internecie. Polecam np. wpis z 16 kwietnia 2012 roku, w którym dodatkowo Magdalena Kawka opowiada, jak pojawił się w jej głowie pomysł na książkę:

„Mam wielką ochotę podzielić się dziś z Wami moją nową książką, z konieczności jedynie fragmentem, ale co tam. Lubię ją najbardziej ze wszystkiego, co do tej pory napisałam. Lubię, ponieważ jest taka niepoważnie poważna. Ponieważ stara się oswoić, to, co do oswojenia jest najtrudniejsze na świecie…
Zaczęłam ją pisać, bo zmęczyły mnie tematy trudne, ciężkie i smutne. Podczas pracy nad kolejną powieścią zobaczyłam nagle za plecami bohaterów różowego koguta bez głowy, wyrwanego z kontekstu, bez ładu i składu i oczywiście zupełnie niepasującego do rozmowy, którą prowadzili, ani w ogóle do niczego innego. [...] W końcu dałam za wygraną. Porzuciłam skalistą Kretę i przeniosłam się na mały cmentarz w prowincjonalnym miasteczku, gdzie toczy się akcja książki zainspirowanej przez namolnego koguta, który w wyniku swoich poczynań zyskał głowę i stracił kolor różowy.” („Namolny kogut”)

Ironiczny styl autorki, jej poczucie humoru to coś co uwielbiam! Wątek kradzieży koguta – wspaniały. Dawno się tak nie uśmiałam. Jak mało jest w Polsce zabawnych książek!

Akcja ma miejsce na cmentarzu. Jej główni bohaterowie umarli, ale ich egzystencja nadal trwa. Tworzą razem interesującą społeczność. Mają swoje problemy i lęki. I więcej nie chcę zdradzać. Fabuła zaskakuje, wymyka się wszelkim schematom. Charakteru dodają jej cytaty z melancholijnych wierszy Bolesława Leśmiana umieszczone między rozdziałami. Natomiast morał został wzięty z utworu Wisławy Szymborskiej.

„W zakątku cmentarza…” to opowieść terapeutyczna, kojąca, pomagająca oswoić się z tematem śmierci. Dająca nadzieję, że po drugiej stronie grobu nie jest tak źle.

Ocena: 5+/6

PS Na wieczór zaplanowałam sobie seans filmowy – „Łowcę androidów” (ang. „Blade runner”) z 1982 roku w reżyserii Ridleya Scotta z Harrisonem Fordem w roli głównej. Chętnie zobaczyłabym również film na podstawie powieści Magdaleny Kawki. Może kiedyś się doczekam?

Nieprzewidywalna i kunsztowna (Mirosław Tomaszewski „UGI”)

Nie spodziewałam się, że to właśnie „UGI” Mirosława Tomaszewskiego będzie tą wyjątkową książką – jedną na sto – która mnie zaskoczy, zachwyci i pozostawi z uczuciem niedowierzania. Jak to się stało, że ta niezwykła powieść wydana przez wydawnictwo Czarne w 2006 roku nie odniosła wielkiego, międzynarodowego sukcesu? Chciałabym Was przekonać, że pod tą biało-czarną okładką skrywa się dzieło, z którym warto się zapoznać i które mimo upływającego czasu nie traci (i nie straci) swojej wartości.

Mirosław Tomaszewski, Ugi

Wydawnictwo: Czarne, 2006, egzemplarz własny

Siła „UGI” polega nie tylko na podejmowaniu ważnych, wciąż aktualnych tematów (np. świetnie odmalowane w niej zostały zagrożenia płynące z rozwoju marketingu i związanej z nim manipulacji konsumentami). Intryguje przede wszystkim sposób, w jaki autor połączył różne intertekstualne tropy (moje skojarzenia podczas lektury biegły na początku głównie w kierunku fantastyki – Lema, np. „Kongresu futurologicznego”, Dicka i jego „Ubika”, później zahaczyły też o „Cosmopolis” Dona DeLillo, a na końcu zatrzymały się na dłużej przy „Fauście” Goethego), Wszystkich (bezpośrednich i pośrednich) odwołań literackich, filmowych i ogólnie kulturowych zawartych na tych ponad trzystu stronach nie sposób wyliczyć (nie miałoby to zresztą sensu, taki zestaw tytułów wyglądałby inaczej dla każdego z czytelników, zależnie od tego, jakie utwory ma już za sobą). Ważne, że poza nimi znajdują się w tekście rzeczy nowe i oryginalne – przebieg fabuły i zakończenie nie są typowe dla literatury sensacyjnej przedstawiającej międzynarodowe spiski i walkę samotnego bohatera próbującego je odkryć (podobnie jak przesłanie książki).

Oskar Knop jest co prawda nowojorskim dziennikarzem, natrafia na trop wielkiej afery związanej z tajemniczą organizacją Universal Global Investments, rozpoczyna śledztwo na własną rękę, ale… Ale jego losy toczą się wbrew schematom. Najlepszym, najciekawszym fragmentem jego historii jest pobyt w Polsce, w rodzinnej Gdyni, a później w oddalonym od niej o niecałe sto kilometrów szpitalu psychiatrycznym. Szczególnie podobał mi się jeden z wątków rozważań Kropa nawiązujący do romantycznego mitu narodowego i przedstawiający Polskę jako ojczyznę buntowników:

„Patrząc na sopockiego pucybuta, znalazłem wreszcie uzasadnienie tego, że prowadzę niebezpieczne śledztwo, wydaję pieniądze i narażam się bez racjonalnego powodu. Byłem Polakiem, a więc również contras. To banalne odkrycie tak mnie zaskoczyło, że kiedy wysiadłem na trzecim peronie dworca Gdynia Główna Osobowa, nie rozpoznałem rodziców w dwójce starszych ludzi, którzy z daleka do kogoś machali.” (s. 156)

Contras to opisany w powieści ruch kontestatorski skierowany przeciwko konsumpcjonizmowi i markowym produktom (w uproszczeniu). Według recenzentów zacytowanych na tylnej stronie okładki „UGI” jest thrillerem, a nawet „thrillerem kapitalistycznym”. Radziłabym jednak nie nastawiać się na powieść z dreszczykiem, mimo że wydano ją w serii „Ze strachem”. Jeżeli chodzi o przynależność gatunkową, sprawa jest bardziej skomplikowana.

Książka Mirosława Tomaszewskiego jest nieprzewidywalna. Smutna, bo płyną z niej smutne wnioski – o świecie, o człowieku. Literacko – kunsztowna! Prawdziwa perełka w polskiej literaturze współczesnej (choć to wyświechtane określenie). Dla mnie osobiście – wspaniałe odkrycie.

Ocena: 6/6

PS Przy okazji serdecznie zapraszam na stronę internetową Mirosława Tomaszewskiego:

http://tomaszewski.edumuz.pl/wordpress/

Czy warto zaglądać do studni? (Recenzja książki: Grzegorz Filip, Studnia)

Nie jest to powieść spektakularna, oszałamiająca. Raczej skromna i pod względem rozmiarów, i pod względem zastosowanych środków. Ale może to tylko pozory? Może do „Studni” trzeba zajrzeć głębiej?

Wydawnictwo: JanKa, 2013, egzemplarz recenzencki

Grzegorz Filip opowiada o ojcu i córce, o ich pogubionym po śmierci żony/matki życiu. Akcja rozpoczyna się na lotnisku. Janusz czeka na przylot Grażyny, której nie widział dziesięć lat:

„Tyle się tu dzieje, zupełnie inaczej niż tamtego dnia, gdy żegnał Grażynę przed odlotem do Anglii.

Było to niedługo po śmierci Anny. Potrzebował córki jak nigdy przedtem, szukał jej towarzystwa, wieczornych powrotów oczekiwał z niecierpliwością, a ona wyjeżdżała! Z tego samego pewnie powodu, dla którego chciałby ją zatrzymać. Przywiązana była do matki, nie do niego, on w domu zadowalał się rolą z tła. Rządziły kobiety, to one codziennym dreptaniem nakręcały życie rodzinne. Został sam, obie opuściły go prawie równocześnie. Śmierć Anny i wyjazd córki zlewały się w pamięci w jedną dotkliwą ranę.” s.10

Dlaczego Grażyna wyjechała? Pyta ją oto w samolocie starszy syn, Julek.

„Dlaczego wyjechała? Jak ma to dzieciom wytłumaczyć? Trudno patrzeć na ojca nieudacznika. Powie im to? Dopóki żyła mama, dom tętnił życiem. Nie znał ciszy, tej nieznośnej martwoty, która ogarnęła mieszkanie po jej śmierci. Wtedy ojciec się pogubił. Odszedł z uniwersytetu, żeby zmienić środowisko. Tak twierdził. Codziennie wysiadywał na cmentarzu. W niej szukał oparcia, a ona nie widziała się w takiej roli. Miała dość.” s. 20

Trudny do czytania temat, przynajmniej dla mnie. Ale w sumie to nie on dominuje w książce. Ogólnie „Studnia” to powieść o sensie życia rozpisana na kilka głosów, co jest jej największą zaletą, bo w dynamiczny sposób pokazuje odmienne postawy i punkty widzenia, nie tylko ojca i córki, ale również otaczających ich ludzi w różnym wieku. Przyjazd Grażyny staje się pretekstem do podsumowań, patrzenia wstecz i prób zmiany czegoś na lepsze.

„Na poboczu” głównego wątku pojawia się wiele interesujących kwestii. Janusz rozmyśla np. o życiu na prowincji w rodzinnym mieście (jest to Lublin, choć ta nazwa nie pada), o polityce, która dzieli ludzi, o kulturze masowej i roli uniwersytetu we współczesnym świecie. Jest też mowa o pisaniu. Tajemnicza postać zwana Garbarkiem (bo z wyglądu przypomina Jana Garbarka, norweskiego saksofonistę) doradza nieszczęśliwemu bohaterowi pisanie pamiętnika (którego fragmenty może przeczytać czytelnik).

Tytułowa „studnia” jest bardzo ważnym i symbolicznym elementem książki, pojawiającym się wprost lub pośrednio dość często. Całe szczęście jej rola nie została przez autora określona dosłownie, sami możemy nadać jej znaczenie podczas lektury lub po niej. Czy warto zaglądać do studni? Czy warto przyglądać się przeszłości, temu, co było i sobie oraz temu, co jest? Moim zdaniem na pewno warto przeczytać „Studnię” Grzegorza Filipa i stanąć oko w oko z tymi pytaniami.

Ocena: 5/6

Słońce w pochmurny dzień (Recenzja książki: Monika Szwaja, Anioł w kapeluszu)

„Klub Mało Używanych Dziewic” i jego kontynuacja „Dziewice, do boju!” (które czytałam kilka lat temu) bardzo mi się podobały. „Anioł w kapeluszu” też, ale troszeczkę mniej. Zaraz opowiem Wam o nim więcej, najpierw chciałabym podkreślić, że ogólnie w powieściach Moniki Szwai cenię kilka rzeczy: jest w nich ciepło, niosą pocieszenie, są jak słońce w pochmurny dzień. Jednocześnie język jest zabawny, pełen „kalek” z języka potocznego, cytatów, nie nudzi. I ostatnia rzecz, równie ważna jak poprzednie: pisarka opowiada historie, w których panuje równowaga między smutkiem a uśmiechem. Np. jej bohaterowie płaczą w nocy w poduszkę z samotności, a w dzień urządzają przyjęcia w gronie przyjaciół. Jak w życiu. Tylko zakończenie musi być optymistyczne.

Wydawnictwo: SOL, 2013, egzemplarz recenzencki

Początek „Anioła…” czytałam w poczekalni u dentysty i może dlatego ciężko mi się było skupić. Trzy przeplatające się wątki, mnóstwo imion do zapamiętania, a tu ciągle ktoś gada nad uchem. Myślałam, że to będzie lekka książka, którą można czytać wszędzie (w miejscach typu tramwaj czy właśnie poczekalnia), ale się najwyraźniej pomyliłam. Pierwsze osiemdziesiąt stron przeczytanych w trudnych warunkach nie wpłynęło jednak negatywnie na dalszą lekturę. Już w domu, na spokojnie czytało się bardzo przyjemnie. Może też dlatego, że aż tyle trzeba było czasu, by poznać i polubić bohaterów oraz wciągnąć się w akcję.

Jaśmina – pani profesor, której umarł mąż, a trzej synowie postanowili się usamodzielnić i wyprowadzić z domu. Jonasz – dwunastolatek, którego rodzice wychowują w jeden z najgorszych możliwych sposobów. Miranda – studentka polonistyki po przejściach (opisanych w „Zupie z ryby fugu”). To główne postaci, drugoplanowych i trzecioplanowych jest bardzo dużo. Nie brakuje wśród nich barwnych i wyjątkowych osobowości oraz bohaterów znanych z poprzednich książek Moniki Szwai. Akcja dzieje się tradycyjnie głównie w Szczecinie i ciekawie to miasto zostało w nią wplecione (dla mieszkańców to musi być duży plus).

Długo trwało zanim zorientowałam się, co jest motywem przewodnim „Anioła…”. Wcześniej często zastanawiałam się, do czego to wszystko zmierza. Były sytuacje bardzo przewidywalne (przeprowadzka Jaśminy), były i zaskakujące (jakby autorka bawiła się z czytelnikami). Okazało się, że książka ma przesłanie/morał. To dobrze, chociaż nie wiem, czy nie jest ono zbyt proste. Czy autorka skłoni kogoś do przemyśleń/wprowadzenia zmian w życiu?

Z wszystkich wątków najbardziej od początku zainteresował mnie ten z Jonaszem (szczególnie jego wycieczka do Karpacza, który bardzo lubię), ponieważ wydał mi się najoryginalniejszy. Aby polubić Jaśminę, potrzebowałam więcej czasu. Blado wypadł za to wątek Mirandy. Obawiam się, że same postaci nie zostaną mi długo w pamięci, ale mam nadzieję, że zapamiętam klimat książki i że przez jakiś czas utrzyma się dobry nastój, w który mnie wprawiła.

Na koniec pochwalić chciałam odautorskie wstawki, np.:

„Jesień i zima są porami roku, które autorka tej książki najchętniej skreśliłaby na zawsze z kalendarza, zostawiając czas od marca do października. Ponieważ nie da się tego zrobić w rzeczywistości – niech ja mam przynajmniej w książce tę przyjemność…

Zwłaszcza że tej jesieni i zimy żadne dziejowe wydarzenia nie miały miejsca.”

Ujęły mnie też cytaty z wierszy, np. z „Ody do słowika” Johna Keatsa.

Ocena: 5/6

Zastrzyk pozytywnej energii (Krystyna Mirek, Droga do marzeń)

Potrzebuję od czasu do czasu lekkiej, relaksującej lektury, która podniesie mnie na duchu, rozbawi, w której bohaterowie będą sympatyczni i zwyczajni, a ich problemy uda się rozwiązać co do jednego w przewidywalny, lecz nie denerwujący sposób. I taką lekturą okazała się właśnie „Droga do marzeń” Krystyny Mirek.

Wydawnictwo: Feeria, 2013, egzemplarz recenzencki

Podobało mi się, jak autorka przeplotła ze sobą wątki kilku osób. Szybko odkryłam, co je łączy, lecz nie miało to znaczenia dla przyjemności czytania. Język był na tyle plastyczny, że wszystkie wydarzenia od razu sobie wyobrażałam (jakbym oglądała komedię romantyczną). Rozpuszczona jedynaczka opuszczona i przestraszona przebywa nocą na dworcu. Jej ojciec został aresztowany, a cały majątek zabezpieczył prokurator, matka uciekła z pieniędzmi z tajnych kont. Całe szczęście dziewczynie pomaga bezdomny, zaradny chłopak. Konstancja i Rafał to główni bohaterowie. Obok nich występują również dwa małżeństwa: Anna i Jerzy oraz Anna i Paweł i ich dzieci. Każda z postaci ma swoje marzenia, ale droga do nich wcale nie jest prosta:

„Konstancja zamyśliła się. Marzenia. Tak, to było jedyne, co jej pozostało w tym najtrudniejszym momencie życia. […] Nigdy nie drążyła własnych emocji, żeby przypadkiem nie dokopać się na dnie do smutku, samotności i poczucia niezrozumienia. Do tego, że w gruncie rzeczy czuje się w świecie pochłoniętych własnymi sprawami rodziców źle i obco. Że marzy o szczerej relacji z bliskim człowiekiem. Że nie wie, kim naprawdę jest i o co jej chodzi. To dlatego czytała tyle książek, z tego powodu lubiła uczestniczyć w szkoleniach najdroższych specjalistów od rozwoju osobistego. Szukała przewodnika, kogoś, kto wskaże jej drogę. Ale nigdy się do tego nie przyznawała nawet sama przed sobą. Teraz miała dużo czasu. Wszystko, co znała, rozsypało się w proch, a spod niego wyjrzały zakopane wcześniej głęboko uczucia.” s. 90-91

Polubiłam Konstancję, dziewczynę z charakterem, szczerą, pomysłową, mającą swoje zdanie, uparcie dążącą do celu, a jednocześnie nie panującą nad swoimi emocjami. Uśmiałam się, czytając jej rozmowy z Rafałem. Podobało mi się, że uczucie między nimi nie przebiegało według prostego schematu: poznali się i zakochali w sobie od pierwszego wejrzenia, było bardziej interesująco. W ogóle relacje międzyludzkie (w małżeństwie, w rodzinie) zostały przez Krystynę Mirek wiarygodnie odtworzone, nie cukierkowo, ale mądrze.

„Droga do marzeń” przypomniała mi czasy sprzed studiów polonistycznych, kiedy czytałam książki wyłącznie dla przyjemności, nie oceniając ich walorów literackich, nie porównując do arcydzieł literatury polskiej i światowej. To były piękne czasy! Książki dzieliłam wtedy na dobre (te, które mi się podobały) i niedobre (te, które mi się nie podobały). Proste. Teraz ciężko mi wyrzucić z głowy wiedzę zdobytą z trudem przez pięć lat wkuwania. Ale dobrze, że czasami się udaje. Jeżeli kiedyś będę potrzebowała zastrzyku pozytywnej energii, chętnie sięgnę po „Drogę do marzeń” po raz drugi.

Ocena: 5/6

Ciężko przejść obojętnie (Danuta Awolusi, Na wysokim niebie)

Nie umiem napisać o tej książce tak, jakbym chciała. Napiszę więc tak, jak umiem. Danuta Awolusi to autorka mojego ulubionego bloga literackiego – „Książek Zbójeckich”. To również organizatorka wspaniałych akcji blogerskich (np. „Blogerzy dla Korczaka”). Laureatka licznych konkursów. Osoba pełna energii i pomysłów. Nie zdziwiłam się, kiedy napisała powieść. Wcześniej było świetne opowiadanie pt. „Przystań” w antologii „Szkice z życia” (powstałej w ramach projektu „Blogerzy książki piszą”). A jeszcze wcześniej były wspaniałe recenzje, wywiady, felietony i cykle literackie na blogu. Nie sposób było nie zauważyć, że wszystkie one zostały napisane z pasją i talentem.

Wydawnictwo: SOL, 2013, egzemplarz recenzencki

Opinii o „Na wysokim niebie” jest w sieci już bardzo dużo. Wszystkie pozytywne. Nie napiszę na ten temat nic nowego. Tak. Powieść bardzo mi się podobała. Przeczytałam ją dwa razy (co rzadko mi się zdarza). Moje pierwsze wrażenia zapisane zaraz po lekturze (jeszcze przed publikacją książki) wysłałam Danusi:

„Piękna historia! Polubiłam bohaterów. Ich losy bardzo przejmujące, tematy, które poruszyłaś ważne. Postać Filipa – cudo! Fajna forma, jakby pamiętnik. Świetny, emocjonalny styl, szczególnie refleksje „po latach”. Wzruszyłam się. Jestem pod wrażeniem. Wciągnęłam się od pierwszych zdań, czytanie to była przyjemność. Aż żal, że tak szybko skończyłam. Na pewno długo będę pamiętać o Ani i jej przyjaciołach!
Wad nie zauważyłam […].
Myślę, że osoby, które przeczytają to, co napisałaś, wiele z tego wyniosą dla siebie. Dla wielu to może być lektura „terapeutyczna”. Czuje się, że postaci są wiarygodne, prawdziwe, historia „życiowa”, bliska.
Gratuluję Ci talentu, wrażliwości, dojrzałości! I ogromnie się cieszę, że mogłam przeczytać Twoją powieść już teraz. Niezapomniane przeżycie.”

Gdy drugi raz sięgnęłam po książkę, moje odczucia były podobne. Sądzę, że to powieść, którą można czytać wielokrotnie, zawsze z tą samą przyjemnością. W jakiś sposób kojarzy mi się z „Anią z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Główna bohaterka ma nie tylko to samo imię, ale i podobne cechy charakteru, wytrwałość, siłę, która nie wiadomo skąd się bierze, pozytywnie wpływa na otoczenie, szczególnie ludzi dorosłych. A sama lektura w obu przypadkach niesie czytelnikowi nadzieję.

Jeżeli jeszcze nie czytaliście opisów na okładce, recenzji na innych blogach, to powinnam Wam teraz w końcu opowiedzieć trochę o fabule. Ania jest biednym i zaniedbanym dzieckiem, prześladowanym w szkole przez rówieśników. Azylem i ratunkiem okazuje się dla niej biblioteka pełna książek, w której poznaje bibliotekarkę, panią Sabina, a później jej dziadka. Szansą na wyrwanie się z zaklętego koła nieszczęść jest również przyjaźń z Tobiaszem, który wprowadza się wraz z rodzicami do domu obok. Nieprzekonani? Przeczytajcie pierwsze trzy rozdziały udostępnione na blogu przez autorkę. Mnie już pierwsze zdania zszokowały i zachwyciły:

„Niemalże przez całą podstawówkę cuchnęłam. Trudno mi dzisiaj powiedzieć, dlaczego. Regularne sięganie po mydło i wodę stanowiło dla mnie czynność poniekąd zbędną. W naszym przytłaczającym, szarym domu, gdzie atmosfera wydawała się zawsze gęsta i mało przyjazna, dbanie o higienę, dbanie o samego siebie było zajęciem męczącym. Wiele można zwalić na biedę, stałą lokatorkę czterech ścian, w których spędziłam całe dzieciństwo i wiek dojrzewania. Bieda była wgryziona w moją skórę jak ten brud, który stał się moim drugim ja.

Dziecko grube i śmierdzące nie powinno się w ogóle rodzić. Nie będzie w stanie przetrwać lat młodzieńczych. Tak jak mały żółw, który ginie, zanim dotrze do brzegu oceanu. Po prostu jego szanse są znikome i w sumie nikt mu nie współczuje. A nawet kiedy miną najgorsze czasy, w głowie człowieka już na zawsze pozostanie echo dawnych dni. Zapach szkolnych korytarzy i smak upokorzenia. Skąd się biorą frustraci, samobójcy, może nawet mordercy? To najpewniej właśnie otyłe dzieci z podstawówki, które już na zawsze w niej pozostaną.”

Myślę, że to takie słowa, wobec których ciężko przejść obojętnie. Mam nadzieję, że czytelnicy nie przejdą obojętnie obok tej książki. Wywiad z autorką już jutro na moim blogu!

Ocena: 5/6

Prowokująca nienawiść (Krzysztof Varga, Trociny)

Trochę bałam się tego autora i jego książek. Recenzje były pozytywne, ale zdawało mi się, że poprzeczka zawieszona jest wysoko, za wysoko. Asekuracyjnie wybrałam w końcu audiobook z biblioteki. Czasami tak robię, gdy chcę poznać jakąś książkę, a domyślam się, że mi się nie spodoba – efekt zazwyczaj jest marny. Tym razem było inaczej. Od pierwszych kilku zdań, wiedziałam, że nudzić się nie będę, że autor ma świetny, wyrobiony, indywidualny styl.

Wydawnictwo: Czarne, 2012, audiobook, egzemplarz z biblioteki
Lektor: Arkadiusz Jakubik

Piotr Augustyn zionie nienawiścią na wszystkich i wszystko. Niektóre jego uwagi są bardzo trafne, inne zupełnie niezgodne z moimi poglądami (takich pewnie jest większość), ale ogólnie treść jest dość niezwykła jak na polską literaturę i wywołuje uśmiech pod nosem. Czasami chciałoby się tak otwarcie ponarzekać, powiedzieć to, co się naprawdę myśli bez owijania w bawełnę, bez oglądania się na kogokolwiek. Dlatego mimo odpychającej osobowości bohater Krzysztofa Vargi spełniający te marzenia wzbudza nić sympatii, a momentami nawet pewnie sporo osób się z nim utożsami. W zakończeniu zostaną za to ukarani, albo przynajmniej niemile zaskoczeni. Ale zakończenie to osobna sprawa, która wymagałaby dokładnego omówienia (psychologicznie jest niezbyt wiarygodne, ale jednak ma swoje uzasadnienie i dodaje książce wartości).

Polska i polskość są tematem „Trocin”. A także współczesny świat, kultura, religia, stosunki rodzinne i małżeńskie, wieś, praca, kolej. Długo można by wymieniać. W pewnym momencie przyszło skojarzenie z Adasiem Miauczyńskim i „Dniem świra” Marka Koterskiego. Później przeczytałam, że porównuje się Krzysztofa Vargę z Thomasem Bernhardem (co wydało mi się ciekawym porównaniem, choć znam tylko „Kalkwerk”). Zostawiając na boku podobieństwa i różnice, pewna jestem, że sięgnę po inne utwory tego pisarza.

Jedyną wadą była długość nagrania – 12 godzin. Arkadiusz Jakubik czyta bardzo dobrze, szybko, zmieniając lekko głos dla poszczególnych postaci. Ale po kilku godzinach przychodzi zmęczenie i wrażenie, że niektóre sprawy poruszone zostały dwa razy lub zbyt obszernie. Całość mogłaby być krótsza. Wątki końcowe: kolegi z pracy i kochanki były widać konieczne w zamyśle autora, ale według mnie czegoś w „Trocinach” jest za wiele.

Na pewno nie jest to literatura „o niczym”. Piotr Augustyn mówi:

„Teraz w obiegu jest przede wszystkim sztuka o niczym. Zalewa nas gigantyczna nadproducja dzieł o niczym. To w pewnym sensie imponujące, że można stworzyć tyle tak zwanych produktów kultury, które się pojawiają, są konsumowane i znikają. Niebywały taśmociąg sztuki i literatury, z którego wszystko spada w niebyt i nic nie zostanie. Tak jak zresztą po całej tej epoce, której nikt nie umie nawet nazwać.”

Słuszne spostrzeżenie, czy jednak książka Krzysztofa Vargi oprze się czasowi i przetrwa? Czy za kilkadziesiąt lat będziemy o niej pamiętać? W tym kontekście, polecam wywiad z autorem, w którym padają m.in. takie słowa:

„Ja właśnie staram się odbierać resztki nadziei czytelnikom. Dlatego moi bohaterowi są albo socjopatami, albo jakimiś nieudanymi artystami, frustratami często. To jest dosyć ponure pandemonium postaci tak naprawdę.”

Czy potrzeba nam autora „odbierającego resztki nadziei czytnikom”?

Ocena: 5/6