Nowe tłumaczenie jednej z najsłynniejszych dziewiętnastowiecznych powieści (Emily Brontë „Wichrowe Wzgórza”)

Chciałabym napisać coś oryginalnego i odkrywczego o tej książce, ale nie umiem. (To chyba zresztą niemożliwe.)

Bardziej niż romans jest to dla mnie powieść o ludzkich charakterach, o ciemnej stronie natury człowieka. Opisane w niej uczucia są… I tu brak słów – długo można by się nad tym rozwodzić, a i tak nie sposób oddać treści „Wichrowych Wzgórz”. Dlatego nie będę Wam opowiadała historii Catherine i Heathcliffa (i ich rodzin). Niech ci, którzy potrafią tworzą piękne frazy o wielkiej i szalonej miłości. Ja zaznaczyłam sobie dwa ważne fragmenty dotykające tego tematu, które tu przytoczę zamiast własnych refleksji. Pierwszy:

„[...] a zatem nigdy nie będzie wiedział, jak go kocham, i to nie dlatego, że jest przystojny, Nelly, tylko dlatego, że bardziej jest mną niż ja sama.” (s. 100)

Drugi:

„Nie umiem tego wyrazić, ale z pewnością i ty, i każdy ma przeświadczenie, że jest albo powinna być jakaś egzystencja, która jest nasza, ale jest poza nami. […] największą ideą w moim życiu jest on. Jeśliby wszystko inne zginęło, a on by pozostał, mogłabym istnieć dalej, a jeśli wszystko inne przetrwałoby, a on zostałby unicestwiony, wszechświat stałby mi się wielkim nieznajomym, nie czułabym się już jego częścią. […] Nelly, ja jestem Heathcliffem! On jest zawsze w moich myślach, i nie jako przyjemność, nie bardziej niż ja sama jestem zawsze dla siebie przyjemna, ale jako moja własna istota.” (s. 101–102)

Ogromnie jestem ciekawa, kto napisał te zdania i co w swoim życiu wcześniej przeżył. Czy była to Emily Brontë? Jeżeli tak, to kim była? Tak mało o niej wiemy, a ostatnio jeszcze Eryk Ostrowski w swojej biografii („Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”) zasugerował, że „Wichrowe Wzgórza” są dziełem wspólnym jej rodzeństwa – Patricka Branwella Brontë i Charlotte. Jak więc było naprawdę? Kto w tak unikatowy i genialny sposób potrafił przelać swoje myśli na papier, że zachwycają miliony czytelników od kilku pokoleń? (I będą nadal zachwycać, czego jestem pewna).

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki

Dla mnie to było drugie spotkanie z tym utworem i na pewno nie ostatnie. Nie mogłam się doczekać nowego wydania – a raczej nowego tłumaczenia autorstwa Piotra Grzesika. Zarówno za pierwszym razem (kilka lat temu w wersji Janiny Sujkowskiej), jaki i za drugim (teraz) czytało mi się wspaniale, więc wnioskuję, że oba przekłady spełniły swoją rolę. (Niestety nie umiem ich fachowo porównać.)

Świetnym dodatkiem do publikacji Wydawnictwa MG jest umieszczona na końcu „mistyczna” interpretacja powieści pióra Piotra Grzesika (Posłowie). Trzydzieści stron luźnych uwag (uporządkowanych w dwadzieścia osiem punktów) zestawiających angielskie arcydzieło np. z „Pierścieniem Nibelunga” Ryszarda Wagnera czy teoriami Fryderyka Nietzschego. Choć nie przemawiają do mnie wszystkie argumenty tłumacza, to jednak pomógł mi on dostrzec „drugie dno” „Wichrowych Wzgórz” – ich wymiar mityczny i symboliczny.

Podczas lektury zastanawiałam się, na ile jest ona realistyczna. W jakim stopniu przedstawia „prawdziwe” postaci? Wyjaśnienie tej kwestii znalazłam w Apendyksie zamieszczonym przed spisem treści (za który również jestem wdzięczna wydawcy). Virgina Woolf napisała:

„A nawet jeśli o to pytamy, widzimy w Heathcliffie brata, którego widzieć mogła genialna siostra; mówimy sobie: on jest niemożliwy, a przecież mimo to żaden chłopak w literaturze nie istnieje bardziej prawdziwie niż on. Podobnie jest z pierwszą i drugą Catherine – mówimy sobie, że nigdy żadna kobieta nie mogłaby czuć tak, jak czują one, ani też podobnie do nich postępować. I jakby na przekór temu są one najbardziej ujmującymi kobietami w literaturze angielskiej. To jest tak, jakby autorka umiała zedrzeć ze swych postaci wszystko, co wiemy o istotach ludzkich, aby później wypełnić te trudne do rozpoznania prześwity strumieniem życia o takiej sile, że przewyższają one rzeczywistość”. (s. 447)

„Wichrowe Wzgórza” zachwycają formą i treścią. (Jak wspaniałe muszą być w oryginale! I dla kogoś, kto zna odpowiednie konteksty kulturowe, obyczajowe oraz niuanse lingwistyczne.) Jest w nich i „poezja wrzosowisk” i ludyczny humor (postać dewota Josepha), i groza (rozkopywanie grobów, strach przed duchami), i miłość, jaka się nie zdarza.

Ocena: 6/6

PS Próbuję porównać „Jane Eyre” Charlotte Brontë i „Wichrowe Wzgórza”. Która powieść bardziej mi się podobała? Którą wyżej cenię? To trudne pytania, bo dotyczą dwóch tak zupełnie różnych utworów. Podczas czytania „WW” wydawało mi się, że są jednak „genialniejsze” – że poruszają ważniejsze kwestie i robią to w formie doskonalszej niż ma to miejsce w „JE”. Nie wiem, czy to tylko wrażenie. Jak przeczytam kiedyś obie książki po kilka razy – będę wiedziała. A Wy jak sądzicie?

Arcydzieło? (Recenzja książki: Charlotte Brontë, Villette)

Arcydzieło? Mam wątpliwości. Na pewno nie czyta się tej książki szybko, lekko i przyjemnie. Na pewno bardziej podobała mi się „Jane Eyre”. A jednak „Villette” ma w sobie coś szczególnego i wyjątkowego. Coś, co trudno dostrzec od razu i bez pomocy (do wypełnienia „białych plam” przydaje się znajomość biografii pisarki).

Wydawnictwo MG, 2013, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Róża Centnerszwerowa

Do tej prawie siedmiuset stronicowej powieści trzeba mieć cierpliwość i dużo czasu. Ja czytałam bardzo powoli (ze względu na pracę), pięćdziesiąt stron dziennie, wieczorami przed snem (zasypiałam potem prawie od razu). Było to moje drugie podejście do tej lektury. Za pierwszy razem (mimo mojego uwielbienia dla talentu pani Brontë) poddałam się po stu stronach.

W „Villette” nic się nie dzieje. Albo prawie nic. Wydarzenia nie porywają, bohaterowie nie zachwycają. Pewne wątki były mi już znane z wcześniejszej twórczości Charlotte (pobyt w Brukseli, praca nauczycielki, niechęć do katolicyzmu). Wplatała ona swoją autobiografię w różne dzieła („Villette” ma dużo wspólnego z „Profesorem”, na którego swego czasu bardzo narzekałam na blogu).

Narratorką jest Lucy Snow – postać, która powinna być w centrum, ale wyraźnie od pierwszych stron usuwa się w cień (z którego bacznie obserwuje innych). Przeżyła ona w swoim życiu wielką tragedię (nie wiadomo, jaką konkretnie). Możemy się domyślać, że była to utrata najbliższych, która sprawiła, że coś w niej umarło i tę „śmierć” nosiła zawsze w sobie:

„Nie da się jedna zataić, że gdyby tak miało być, należałoby wyobrazić sobie, że uległam snadź w jakiś sposób katastrofie, zostałam wyrzucona za burtę albo też że moja łódź się rozbiła. I ja sama także pamiętam czas – długi okres – chłodu, niebezpieczeństw, zwad. Do dnia dzisiejszego, ilekroć dławi mnie nocna zmora, doznaję ponownie owego uczucia słoności napływającej mi do przełyku wody i jej mroźnego ucisku na płuca. Wiem nawet, że rozpętała się burza, i to burza, która trwała nie godzinę czy jeden dzień tylko. W ciągu wielu dni i nocy nie zajaśniało słońce ani też nie zabłysnęły na niebie gwiazdy; własnymi rękami wyrzucaliśmy takielunek z naszego statu; nad naszymi głowami srożył się sztorm, straciliśmy wszelką nadzieję, że uda nam się uratować. W końcu statek uległ rozbiciu, a cała załoga poszła na dno.” s. 49-50

Charlotte Brontë pisała „Villette” jakiś czas po śmierci swojego brata Branwella i dwóch sióstr, Emily i Anne. Może stąd trudności w czytaniu „Villette”? W uproszczeniu: załamana autorka pisała o załamanej bohaterce (chociaż słowo „załamana” nie jest tu trafne). Obie starały się nie poddać, ale miały tylko tyle sił, by przyjąć postawę rezygnacji, pogodzenia z losem, które było prawie biernością. Czytelnik wchodząc w ten świat, również musi zmierzyć się ze smutkiem, samotnością, nudą, brakiem nadziei, nieodwzajemnioną miłością lub jej brakiem. To ciężka próba, szczególnie gdy nasze życie przypomina losy Lucy/Charlotte. Czy po tragedii jest jeszcze miejsce na radość?

Bardzo trudno mi ocenić „Villette”. Dopiero wczoraj skończyłam czytać i długo jeszcze będę o niej myślała (i o jej autorce). Bardzo chciałabym przeczytać biografię Charlotte pióra świetnej pisarki Elizabeth Gaskell (ukaże się niedługo po raz pierwszy w Polsce nakładem wydawnictwa MG). Mam wrażenie, że im więcej czytam tego, co napisała najstarsza z sióstr Brontë i tego, co napisano o niej (świetna książka Eryka Ostrowskiego „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”), tym lepiej rozumiem, co chciała przekazać. Nie pisała romansów dla rozrywki znudzonych kobiet. Miała ambicję pokazania życia, uczuć i psychiki kobiety takimi, jakie są. W swojej ostatniej powieści udało jej się to w prawie doskonały sposób.

Ocena: 5+/6

Wciąż zachwyca! (Charlotte Brontë, Jane Eyre. Autobiografia)

Gdy zobaczyłam nowe wydanie, od razu zapragnęłam je mieć. Urzekła mnie okładka. Uwielbiam tę serię książek sióstr Brontë wydawaną przez wydawnictwo MG. Czytałam już opublikowane w niej (po raz pierwszy w Polsce!): „Shirley”, „Lokatorkę Wildfell Hall”, „Agnes Grey”, „Profesora”. Ale były to egzemplarze z biblioteki. Teraz „Jane Eyre” mam na własność i bardzo mnie to cieszy, bo wiem, że będę do niej wracała jeszcze wiele razy w życiu.

Wydawnictwo MG, 2013, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Teresa Świderska

Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy czytałam tę powieść po raz pierwszy. Wydaje mi się, że już po studiach. Na pewno ogromnie mi się podobała. Co ciekawe niewiele zapamiętałam z fabuły. Ale to dobrze. Czytając drugi raz, czułam się trochę, jakbym to robiła po raz pierwszy. Znałam zakończenie, najważniejsze momenty, ale nie poszczególne sceny. Ponownie odkrywałam to, co ulotne i trudne do określenia – styl Charlotte Brontë. Można komuś opowiedzieć losy Jane Eyre, ale sposobu, w jaki opowiada o nich autorka nie da się odtworzyć. Ja nie umiem. Wciąż zastanawiam się, w czym leży geniusz jej narracji. Lata mijają (pierwsze wydanie miało miejsce w 1847 roku), a ta książka wciąż zachwyca!

Myślę, że trafnie napisał zacytowany na okładce dziewiętnastowieczny filozof i krytyk George H. Lewes; „To jest autobiografia – być może nie w ujęciu nagich faktów i okoliczności, lecz prawdziwego cierpienia i doświadczenia, to właśnie nadaje tej książce urok: dusza przemawia tutaj do duszy; jest to wypowiedź z głębin wewnętrznego zmagania i bólu ducha, który wiele przeszedł”. W „Jane Eyre” wiele jest o samotności, potrzebie bliskości drugiego człowieka, cierpieniu. Uniwersalne i ponadczasowe tematy pokazane zostały poprzez los jednej, wyjątkowej kobiety:

„Wielu niezawodnie nazwie mnie malkontentką. Nie moja jednak była to wina. Niepokój leżał w mojej naturze, wzburzał mnie niekiedy do bólu. Wtedy doznawałam ulgi, chodząc wzdłuż korytarza trzeciego piętra tam i z powrotem, bezpieczna w ciszy i samotności, i pozwalając wyobraźni zajmować się jasnymi wizjami, jakie się przed nią jawiły – a liczne one były i promienne. Lubiłam gorączkowe bicie serca, które, co prawda, napełniało je niepokojem, ale też i życiem; a najbardziej kusiło mnie przysłuchiwanie się nigdy niekończącej się opowieści, którą bez przerwy snuła moja wyobraźnia; opowieści tętniącej wypadkami, życiem, ogniem, uczuciem – wszystkim, czego pragnęłam, a w rzeczywistości nie posiadałam.”

Wydaje mi się, że bohaterka w tym fragmencie wyraźnie reprezentuje uczucia, a dalej również poglądy autorki (kiedy porównuje kobiety do mężczyzn i dowodzi ich równości, co w tamtych czasach nie było oczywiste).

Powieść Brontë można podzielić na trzy części: dzieciństwo Jane (u ciotki i w szkole w Lowood), jej młodość (praca guwernantki w Thornfield Hall), pobyt w Moor House (i zakończenie). Środkowa część poświęcona wątkowi miłosnemu wydaje mi się najciekawsza, ale wszystkie napisane zostały wspaniale (np. bardzo wiarygodny jest opis dręczenia, poniżania i bicia ubogiej krewnej). Szczególnie podobały mi się nawiązania do powieści gotyckiej (a raczej zabawa tą konwencją, ciągłe wyprowadzanie czytelnika w pole). Świetna jest scena z cyganką i wróżbami. Jeżeli chodzi o wady, to kilka rozwiązań fabularnych jest mało prawdopodobnych, ale nie przeszkadzają one cieszyć się lekturą.

Kiedy przeczytałam już tyle książek sióstr Brontë, mogę stwierdzić, że ta jest moją ulubioną. Jedynie „Wichrowe wzgórza” w moim odczuciu dorównują jej kunsztem literackim. A właśnie! Powieść Emily Brontë również dobrze byłoby sobie przypomnieć. Mam nadzieję, że wydawnictwo MG również ma ją w planach.

Ocena: 6/6

Elizabeth Gaskell, Żony i córki. Historia codzienna

Ponad ośmiuset stronicowa dziewiętnastowieczna powieść. Już to jedno zdanie wystarczyłoby, żeby mnie zainteresować. Jeżeli dodać do niego imię i nazwisko autorki: Elizabeth Gaskell, to można mieć pewność, że tę książkę warto przeczytać. Dalej będę pisała o samych zaletach „Żon i córek”.

Elizabeth Gaskell, Żony i córki.

Wydawnictwo: Świat Książki, 2012
Autor przekładu: Katarzyna Kwiatkowska

Po „Ruth” i „Północ i południe” sięgnęłam po ostatnie dzieło angielskiej pisarki, którego pisanie przerwała niespodziewanie jej śmierć. Zabrakło dosłownie jednego rozdziału, kropki nad „i”. Całe szczęście, że czytelnik może się domyślić, jak potoczą się losy głównych bohaterów. Zaczęłam od końca, a Wy pewnie zastanawiacie się, kim owi bohaterowie są.

Molly Gibson, młoda dziewczyna, córka lekarza mieszka w prowincjonalnym miasteczku i wychowuje się bez matki (która zmarła). Kiedy jeden z praktykantów ojca zakochuje się w niej (ona nic o tym nie wie), zapobiegliwy rodzic postanawia się ożenić powtórnie i powierzyć opiekę nad swoją jedynaczką macosze. Jak ułożą się relacje w powiększonej rodzinie? Czy jak w „Kopciuszku” czy może lepiej?

Oprócz Molly poznajemy szereg innych, bardzo ważnych postaci: jej przyrodnią siostrę Cynthię, przyjaciół, Osborne’a i Rogera Hamleyów i wielu, wielu innych (a każda z postaci jest świetnie wykreowana!). Przede wszystkim zaś „oglądamy” codzienne życie w XIX wieku: wizyty towarzyskie i domowe obiadki, drobne problemy, starannie skrywane sekrety, zaręczyny, wesela i pogrzeby. Wszystko opisane jest tak dokładnie, szczegółowo, że od razu widzimy to przed oczami, jak film.

Akcja od początku płynie bardzo powoli, niespiesznie. Można się zagłębić w opisywany świat, na chwilę przenieść w tamte czasy:

„Korowód dzieciństwa każdego z nas zaczyna się od tej samej wyliczanki: w pewnym kraju było hrabstwo, w tym hrabstwie było miasto, w tym mieście było dom, w tym domu było pokój, a tym pokoju było łóżko. A w tym łóżku leżała sobie mała dziewczynka; przebudzona i rześka marzyła o tym, by już wstać. Nie pozwalała jej na to pewna niewidzialna siła znajdująca się w sąsiednim pokoju – niejaka Betty – której sprawiedliwego snu pod żadnym pozorem nie wolno było zakłócać aż do godziny szóstej. O tej właśnie porze owa siła budziła się „z akuratnością zegara” (jak twierdziła) i wszelki spokój opuszczał całe gospodarstwo domowe na resztę dnia. Był czerwiec i dlatego, mimo wczesnego poranka, pokój przepełniało słoneczne ciepło i światło.”

Jeżeli lubicie napisane z humorem i mądrością dziewiętnastowieczne historie, z których wiele można się dowiedzieć o ludzkiej psychice i charakterach, to „Żony i córki” będą dla Was idealną lekturą.

Ocena: 5/6

Thomas Bernhard, Kalkwerk

Autor przekładu: Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak

Thomas Bernhard, Kalkwerk

Wydawnictwo: Officyna, wyd. II – 2010, egzemplarz recenzencki

Trudna, skomplikowana, ambitna – tak piszą o „Kalkwerk” liczni czytelnicy. I możliwe, że ta powieść taka jest. Ale dla mnie to była naprawdę przyjemna lektura. Oryginalna, intrygująca, dająca do myślenia. I ten język, styl, forma! Rewelacja!

Początek czytałam kilka razy na stronie wydawnictwa i pomyślałam, że coś jest z nim nie tak. Jak każdy akapit może zaczynać się wielokropkiem? Jak zdania mogą być tak zawiłe i niegramatyczne?

 

…gdy Konrad pięć i pół roku temu kupił Kalkwerk, pierwszym nabytkiem był fortepian, który polecił wstawić do swojego pokoju na pierwszym piętrze, mówi się u Laski, ale nie z zamiłowania do sztuki, to Wieser, administrator Mussnerowskich posiadłości, lecz dla uspokojenia nerwów, nadwerężonych trwającą dziesięciolecia pracą myślową, to Fro, administrator Trattnerowskich posiadłości, ze sztuką, której on, Konrad, nienawidził, jego gra na fortepianie nie miała zgoła nic wspólnego, improwizował, to Fro, i, to Wieser, dyletancił codziennie o bardzo wczesnej i bardzo późnej porze na instrumencie przy otwartych oknach i włączonym metronomie…”

Pierwsze wrażenie jest mylne. Ten fragment ma sens, choć może nie widać go od razu.

Konrad zabija żonę – to sytuacja wyjściowa. Choć nie jest to kryminał, podczas czytania wciąż towarzyszy nam pytanie: „Dlaczego?”. Teorii jest kilka, żadna nie zostanie potwierdzona. Nie ma co liczyć na wyjaśnienia. Narratorem jest agent ubezpieczeniowy, który podpisując z klientami umowy zbiera rozmaite plotki i świadectwa na temat zbrodni i zbrodniarza. Choć narracja jest trzecioosobowa przypomina strumień świadomości i zdaje się być miejscami niekończącym się monologiem jednej osoby. Akapity szybko zanikają. Tekst „ciągnie się” ze strony na stronę, nic go nie zatrzymuje (nie ma rozdziałów, dialogów).

Tematy podejmowane przez Thomasa Bernharda są tak zajmujące, że przyjęta przez niego forma wypowiedzi nie tylko nie męczy, ale świetnie do nich pasuje. Konrad ma obsesje na punkcie pisania. Twierdzi, że w głowie ma już gotowe studium „O słuchu”. Codziennie próbuje je zapisać i nie może. Męczy siebie i męczy swoją żonę eksperymentami ze słuchem. Czy jest geniuszem czy wariatem? Naukowcem czy sadystą? Ile można poświecić w imię nauki (i sztuki)? Zamknięty w swojej posiadłości (tytułowy Kalkwerk) początkowo ma wielkie nadzieje, że spokój i odosobnienie pomogą mu w pracy twórczej. Z czasem pozbywa się złudzeń. Samotność, niespełnienie, brak zrozumienia – o tym jest ta książka. Ale nie tylko. Szerzej: jest o sensie życia.

Świetne posłowie napisał Karol Franczak. Nosi ono wymowny tytuł „Kartka zostaje pusta”. Można się z niego dowiedzieć nie tylko więcej o „Kalkwerku”, ale i o pozostałej, bogatej, twórczości Bernharda. A także o roli, jaką ma w niej do odegrania czytelnik:

 

Rolą odbiorcy miało być rozpoznanie miejsca dezintegracji, rozpadu, kryzysu oraz próba dokonania ponownej reintegracji i rekonstrukcji.”

Innymi słowy autor nie daje gotowych odpowiedzi, musimy odnaleźć je samodzielnie. Bardzo lubię i wysoko cenię takie wieloznaczne utwory.

Ocena: 5+/6

Robert Graves, Król Jezus

 

Autor przekładu: Maciej Świerkocki

 Robert Graves, Król Jezus

Wydawnictwo: Officyna, wyd. II – 2012, egzemplarz recenzencki

 

Mój tekst zawiera liczne spoilery. Polecam najpierw przeczytać powieść.

Bardzo dobra powieść. Zastanawiam się do jakiego gatunku ją zaliczyć. Powszechnie pisze się o niej jako o powieści historycznej (postaci historyczne, wydarzenia, tło). Mi bardziej jednak kojarzy się z tzw. retellingiem i historią alternatywną (wydarzenia fantastyczne też się w niej znalazły: przepowiadanie przyszłości, czytanie w myślach, cudowne uzdrowienia, wyrzucanie demonów, wskrzeszenie, zmartwychwstanie). Z jednej strony Robert Graves pokazuje Jezusa jako wnuka Heroda, syna Antypatra i prawowitego króla Żydów, z drugiej przytacza wszystkie najważniejsze wydarzenia z Nowego Testamentu (poza tymi mówiącymi o Jezusie jako Bogu i Synu Boga). To niezwykłe połączenie.

Czytałam i byłam coraz bardziej zaskoczona. Spodziewałam się zupełnie realistycznej historii, zdroworozsądkowej, wykluczającej cuda i wszystko, czego nie da się dotknąć i zobaczyć. Autor poszedł jednak w zupełnie przeciwną stronę. Napisał swoją wersję życia Jezusa nie tyle zmieniając fakty, ile tłumacząc je po swojemu. Posłaniec Antypatra, Gabriel – zamiast anioła Gabriela, dziewictwo Marii po urodzeniu Jezusa jako fakt potwierdzony przez akuszerkę (i przyjęty przez Heroda, bo „Zdarzyło się już kilka podobnych przypadków”), trzech uczonych Żydów zamiast trzech króli, lecz z tymi samymi darami: złotem, kadzidłem, mirrą. Jedną z ciekawszych zmian było wytłumaczenie cudu w Kanie Galilejskiej. Jezus nie przemienił wody w wino, a jedynie udawał, że woda to wino, co podchwycili inni uczestnicy uczty. Natomiast zupełnie nieprawdopodobne wydało mi się karmienie tysięcy głodnych i zmęczonych ludzi wyimaginowanym chlebem i rybą (zamiast cudu rozmnożenia chleba).

Jezus Roberta Gravesa nie je mięsa i nie pije wina, żyje w celibacie i boi się kobiet. To fragment jego rozmowy z żoną, Marią, siostrą Łazarza:

 

„– Nie gniewaj się na swoją służebnicę, lecz sprawiedliwie odpowiedz na jej sprawiedliwe pytanie, albowiem ma prawo je zadać.

Jezus westchnął i odwracając wzrok od jej odkrytej twarzy powiedział: – Józef, syn Jochanana z Jerozolimy mądrze nakazał, by nie przedłużać rozmowy z kobietą. Mędrcy zaś powiadają, że dotyczy to nawet własnej żony. Dlatego też twierdzą, że zawsze, kiedy człowiek łamie ów zakaz, czyni sobie zło, odchodzi od Prawa i ostatecznie dziedziczy Piekło.

Jak to? – spytała Maria. – Czy wszystkie kobiety są złe? Dlaczego więc ożeniłeś się ze mną?

Nie wszystkie kobiety są złe, albowiem Bóg nasz stworzył kobietę na towarzyszkę mężczyzny. Jednak słusznie powiada się, że mężczyzna ma się do kobiety jak rozum do zmysłów, jak góra do dołu, jak prawica do lewicy, jak to, co Boskie, do tego, co człowiecze.

A jednak, panie mój, czym jest rozum, kiedy odłączy się go od zmysłów cielesnych? A czy wyższe piętro może stać, jeśli nie wspiera się na niższej kondygnacji? Czy osioł może stać jedynie na dwóch bocznych nogach? Czy Bóg nasz cieszyłby się czcią na ziemi, jeśliby nie wielbili go ludzie? Rozkaż swojej służebnicy, aby towarzyszyła ci w twych wędrówkach, a będzie ci posłuszna.

Wielce zakłopotany Jezus wstał i wyszedł.”

Maria chce mieć z Jezusem dziecko, on jednak odmawia. Jego życiowym celem jest pokonanie Niewiasty (rozumianej jako pogańska bogini, groźniejsza niż diabeł i sprzeciwiająca się Bogu, ale też jako symbol zmysłowości, seksualności, a po części też po prostu jako kobieta). Pomysł ten nie jest nowy, autor zaczerpnął go z apokryficznej Ewangelii Egipcjan (i dał jako motto powieści). Jezus jest symbolicznym drugim Adamem, Maria (jego żona i siostra Łazarza) to druga Ewa, która swoją prośbą (o wskrzeszenie brata) przyczynia się do jego upadku. Ten wątek (i jego antykobieca wymowa) podobał mi się najmniej.

„Król Jezus” składa się z trzech części. Pierwsza (najlepsza) obejmuje okres od narodzin Marii (matki Jezusa) do ucieczki do Egiptu, druga to dzieciństwo, dojrzewanie i dorosłość Jezusa, trzecia: działalność publiczna Jezusa aż do śmierci. Narratorem jest Agabus Dekapolitańczyk (żyjący pod koniec pierwszego wieku naszej ery), który w pierwszym rozdziale przedstawia siebie i sektę znaną jako „chrestiańscy poganie”. Największe „pole do popisu” miał autor, opisując najmniej znane fragmenty życiorysu Jezusa, zapełniając białe plamy. Na przykład rewelacyjna jest scena w świątyni, kiedy Zachariaszowi wydaje się, że widzi Boga (wrażenie robi wyjaśnienie „cudu”). Jeżeli chodzi o postaci drugoplanowe, to obok Marii, siostry Łazarza, bardzo ciekawie przedstawiony został Judasz (jako najwierniejszy uczeń, jedyny, który rozumie zamierzenia swojego mistrza) oraz Poncjusz Piłat („Był dowcipny, śmiały, chciwy i pozbawiony jakichkolwiek zasad.”). Mało wiarygodnie przedstawieni zostali apostołowie, ślepo wykonują polecenia (gdy nagle Jezus wbrew wcześniejszym zwyczajom każe im pić wino i jeść mięso – piją i jedzą: „Uczniowie poczuli, jak gdyby spadł im z serca wielki ciężar. Nie musieli już dłużej udawać przed sobą, że są w duchu bardziej pobożni, niż są.”).

Rozpisałam się, a jeszcze o tylu rzeczach nie napisałam. Chyba pozostawię ten tekst taki niedokończony. Jako luźny zbiór refleksji. „Król Jezus” zaprasza czytelnika do przemyślenia Nowego Testamentu. Jednocześnie jest jakby jego wielką parafrazą. Co świadczy dla mnie o podziwie autora dla tego tekstu i dla tego bohatera „Naśladownictwo jest największą pochwałą”.

Ocena: 5/6

 

Elizabeth Gaskell, Północ i południe

 

Elizabeth Gaskell, Północ i południe

Wydawnictwo: Świat Książki, 2011

 

Twórczość Elizabeth Gaskell to moje „najświeższe” literackie odkrycie. Po „Ruth” od razu sięgnęłam po kolejną jej książkę (i już szukam następnej). Do powieści dziewiętnastowiecznych nie trzeba mnie namawiać, ale nawet ja jestem zdziwiona jak bardzo proza tej autorki trafia w mój gust.

„Północ i południe” ma tak genialny początek, że nie mogłam się skupić na lekturze, byłam zbyt podekscytowana idealną (niesbrpieszną, szczegółową, plastyczną) narracją. Trzy pierwsze rozdziały (dialogi i bohaterowie) są cudowne. Potem coś się zmienia. Powoli pisarka porusza poważniejsze tematy niż ślub czy oświadczyny. Wątpliwości religijne, porzucenie dotychczasowego życia, przeprowadzka ze wsi na południu do miasta na północy, i przede wszystkim różnice między dwiema częściami kraju.

Na okładce widnieje napis „Wymarzona lektura dla miłośników Jane Austen i sióstr Brontë”. Czy Jane Austen pisała o robotnikach i pracy w fabryce, o strajkach i związkach zawodowych? Charlotte Brontë poruszyła ten temat w „Shirley”, ale cząstkowo, zaledwie musnęła go, aby później z niego zrezygnować zupełnie. Na tym tle Elizabeth Gaskell wypada oryginalnie. W powieści znajdziemy wiele ciekawych dyskusji i pytań, do dziś aktualnych (mi cały ten „robotniczy wątek” kojarzył się z Solidarnością i strajkiem w Stoczni Gdańskiej, choć dotyczy zupełnie innego ustroju).

Główną bohaterką jest osiemnastoletnia Margaret Hale, która dziewięć lat spędziła u bogatej rodziny w Londynie, ale gdy jej kuzynka Edith wychodzi za mąż z radością wraca do rodziców, do osady Helstone. Jednak nie jest jej pisane wieść spokojnego wiejskiego życia. Bardzo szybko musi znowu się przeprowadzić, tym razem do przemysłowego miasta Milton (którego pierwowzorem jest Manchester). Tam czekają ją bardzo niemiłe rzeczy i liczne nieszczęścia. Tam również pozna właściciela fabryki Johna Thorntona (ich relacje porównywane są do miłości Elizabeth Bennet i Fitzwilliama Darcy’ego, mi natomiast bardziej przypominają uczucia Stanisława Wokulskiego do Izabeli Łęckiej). Ich pierwsze spotkanie:

 

Zanim ich rozmowa dobiegła końca, prawie wmówił w siebie, że jej nie lubi. W ten sposób usiłował skompensować pełne zawstydzenia uczucie, że podczas gdy on wpatrywał się w nią z podziwem, którego nie potrafił powstrzymać, ona spoglądała na niego z dumną obojętnością. Był pewien, że ta młoda dama uważa go za kogoś, kim, ku własnej irytacji, przekonywał się, że jest – nieokrzesanego wielkiego mężczyznę, całkowicie pozbawionego wdzięku. Cichy chłód jej postawy zinterpretował jako lekceważenie i tak bardzo go to uraziło, że był gotowy wstać i odejść, a przede wszystkim nigdy więcej nie mieć do czynienia z Hale’ami i ich pychą”.

Thornton źle odczytał zachowanie Margaret i swoje uczucia. Czytelnik od początku wie, że nie będzie potrafił o niej zapomnieć.

Podobnie jak w „Ruth”, również w tej powieści podobali mi się bardzo bohaterowie drugoplanowi i sposób, w jaki zostali oni przez autorkę sportretowani. Pracownik fabryki i członek związku: Nicholas Higgins (buntownik, ale potrafiący myśleć logicznie i nieszablonowo), jego umierająca córka Bessy, matka Margaret – pani Hale (nieradząca sobie z biedą i własnymi humorami) i jej pokojówka – Dixon (surowa i wygadana, ale wierna), ojciec – pan Hale (pastor przeżywający kryzys wiary), pan Bell (przyjaciel pana Hale’a z Oxfordu), Frederick – brat Margaret (oficer marynarki żyjący zagranicą). I można by tak jeszcze długo wymieniać: prawnik Henry Lennox, kuzynka Edith, biedny i szalony Boucher, matka Thorntona. Warto ich wszystkich poznać.

Ocena: 5+/6