Ma talent! (Christer Mjåset, To ty jesteś Bobbym Fisherem)

Christer Mjåset z książki na książkę staje się coraz lepszym pisarzem (o ile można to stopniować, bo każda jest na bardzo wysokim poziomie). Jego „Lekarz, który wiedział za dużo” (2008, wyd. polskie 2012) był świetną powieścią obyczajową z wątkiem kryminalnym. Następne „Białe kruki” (2012, wyd. polskie 2014) ukazywały świat lekarzy i równocześnie udowodniały, że norweski pisarz (z zawodu: neurochirurg) szuka swojej drogi w literackim świecie i nie będzie kolejnym typowymi skandynawskim autorem kryminałów. Ostatnio w „To ty jesteś Bobbym Fisherem” (2015, wyd. polskie 2016) Mjåset potwierdza, że bardziej niż opisywanie kolejnych śledztw interesuje go psychologia postaci i warstwa obyczajowa (decyzje i ich konsekwencje, przeszłość i jej wpływ na teraźniejszość, tajemnice – to, co ludzie ukrywają bardzo głęboko). I mimo że autor ten nie sięga po łatwe tematy, to niezmiennie pisze o nich w sposób zaskakująco lekki. Ma talent!

To ty jesteś Bobbym Fisherem

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2016, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Dorota Polska

„To ty jesteś Bobbym Fisherem” czyta się jednym tchem. Niedzielne popołudnie wystarczy, by poznać tę zaledwie dwustustronicową opowieść. Bohaterowie (koledzy z małego norweskiego miasteczka) są pełnokrwiści, prawdziwi i tacy zwyczajni. Sympatyczni i odpychający (w miarę jak poznajemy ich sekrety). Łatwo się z nimi utożsamić. Akcja biegnie dwutorowo, koncentrując się wokół klasycznego „spotkania po latach”. Mjåset szczególnie dużo miejsca poświęca powrotowi do krainy dzieciństwa, która nacechowana jest tajemniczymi i negatywnymi wspomnieniami. Przeszłość stale przeplata się z teraźniejszością, a finał jest oczywiście zaskakujący.

Hakån wraca po niemal trzydziestu latach do Lillehammer, na pogrzeb dawnego kolegi – Kristoffera. Powrót jest dla niego niesamowicie trudnym przeżyciem. Dlaczego?

„Kiedy pociąg mija stację w Moelv, ogarnia mnie dyskomfort. Zaczyna się od czegoś w rodzaju mdłości, a potem to rozlewa się na całe ciało, aż z trudem łapię oddech. Nigdy czegoś takiego nie czułem, a przychodzi tak nagle, że nie mam pojęcia co, się dzieje. Siedzę na fotelu przy oknie obok kobiety, która czyta gazetę; papier trzeszczy jak fajerwerki, kiedy przestępuję nad jej nogami, żeby wydostać się na przejście między rzędami. Kobieta prosi mnie o spokój, ale ja już ją mijam i pod gradem zdumionych spojrzeń pospiesznie przechodzę środkiem do przesuwnych drzwi na końcu wagonu.

Kiedy wreszcie zostaję sam, opieram się o ścianę naprzeciw drzwi wejściowych i próbuję się ogarnąć. Serce mi galopuje i jestem tak roztrzęsiony, że postanawiam usiąść.” (s. 12)

Szkolne przyjaźnie, rozwijanie zainteresowań (szachy), pierwsza miłość, to uniwersalne doświadczenia, ale Mjåset na nich nie poprzestaje. Elementy kryminału i sensacji, kolejne pojawiające się znienacka tajemnice wciągają czytelnika w wir kłamstw i przemilczeń. Pytań jest bardzo wiele, a autor umiejętnie konstruuje intrygę, dając odpowiedzi w odpowiednich miejscach, z najważniejszą czekając niemal do ostatnich stron.

Jeżeli talent tego norweskiego pisarza będzie się nadal rozwijał w tym tempie, to mam nadzieję, że doczekamy się jeszcze wielu niesamowitych powieści. Jak dotąd „To Ty jesteś Bobbym Fisherem” jest jego najlepszym i najdojrzalszym utworem, który garściami czerpie z literatury popularnej (zwroty akcji, zbiegi okoliczności, sensacyjne wydarzenia), sprytnie jednocześnie wymykając się schematom przypisanym do kryminału.

Sen wariata? (Antoine Volodine, Sny Mevlida)

Gatunkowo inna niż wszystkie. Brawurowe połączenie realizmu magicznego z postapokaliptycznym science fiction. „Sny Mevlida” Antoine’a Volodine’a nie są łatwe do zaszufladkowania i zrozumienia. Jest w nich wiele elementów fantastycznych (fantasmagorycznych, surrealistycznych), jednocześnie narracja jest poetycka i nastrojowa (jak w „Sklepach cynamonowych” Brunona Schultza). Lektura od początku przypomina zanurzanie się w chaotyczny sen, w którym wszystko jest dziwne i potencjalnie możliwe.

Sny Mevlida, Antoine Volodine

Wydawnictwo: Draft Publishing, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Beata Geppert

Wizja, którą buduje Antoine Volodine nie należy ani do pięknych i przyjemnych, ani do optymistycznych. Przestrzeń nie jest przyjazna dla bohaterów. Reguły życia w niej są absurdalne.

„Tramwaj jechał ze zgaszonymi światłami, to silnie dygocząc, jakby za chwilę miał się rozsypać na kawałki, to znów gładko sunąc do przodu. […]

W wagonie było ciemno. Latarnie nie wystarczały do oświetlenia pasażerów. Tego odcinka trasy Mevlido zdecydowanie nie lubił. Po wojnie ulicę uprzątnięto, lecz stojące po obu jej stronach domy były zbyt zniszczone, aby zamieszkali w nich lokatorzy. Jechało się kilometrami wzdłuż opustoszałych kamienic o cuchnących pleśnią fasadach z czarnymi otworami drzwiowymi i okiennymi. Mówiło się, że znalazła tu schronienie część dzieci-żołnierzy, które uczestniczyły w ostatnim z nieprzeliczonych ludobójstw. […]

Minęła północ. Było gorąco. Jak w każdą letnią noc od kilkunastu dziesięcioleci nadejście wieczoru nie zmniejszało duchoty.” (s. 15)

Tytułowy Mevlido to policjant walczący z bolszewikami, rozmawiający z ptakami, należący do partii, której nazwy i poglądów nie zna, mieszkający w zniszczonej przez wojnę dzielnicy nędzy zwanej Kurnikiem Czwartym. Jego sny i wspomnienia nieustannie mieszają się z rzeczywistością. A może wszystko czego doświadcza jest snem?

„Sny Mevlida” zaskoczyły mnie swoją warstwą językową, stylistyczną, narracyjną. To wielka zasługa tłumaczki, która potrafiła oddać w języku polskim odrębność stylu Volodine’a. Francuski pisarz kryjący się pod tym pseudonimem potrafi czarować czytelnika opisami miejsc i sytuacji. Nawet coś tak zwyczajnego jak nocna jazda tramwajem staje się na kartach jego książki magicznym doświadczeniem. I choć wykreowany przez niego świat uległ katastrofie (degeneracji), której skutki wydaja się nieodwracalne, to jednak nadal pozostaje w nim jakieś wspomnienie miłości i piękna. Główny bohater niczym starożytny Syzyf stara się dokonać rzeczy niemożliwej – wykonać swoją życiową misję, nie wiedząc jak i po co.

Doskonałej formie powieści dorównuje treść. Volodine porusza fundamentalne tematy, takie jak sens ludzkiego życia i kierunek, w którym zmierza ludzkość. Za pomocą szkatułkowej budowy fabuły (jedna opowieść schowana w drugiej) i podwójnego narratora (pierwszoosobowego i trzecioosobowego) udało mu się stworzyć skomplikowany i lekko zamglony obraz-lustro, krzywe zwierciadło, w którym możemy dostrzec swoje życie i swój świat.

„Powszechna czarna wojna to obecnie jedyna konkretna perspektywa dla społeczności, której zachowania praktycznie we wszystkich dziedzinach można określić jako aberracyjne. Wszystko zmierza ku temu, co straszne i nieakceptowalne, nic nie jest racjonalne, modele analityczne nie znajdują już zastosowania. […]

Dzieciństwo i młodość Mevlida stają pod znakiem zagłady, płomieni, kolumn uchodźców, mnożenia się mutantów, chaosu. Życie dorosłe Mevlida to marsz na oślep w społeczeństwie ogarniętym nędzą i zidioceniem.” (s. 276-277)

Chaos, absurd, bezsens. Czy to tylko fikcyjna wizja przyszłości? Sen wariata?

PS Obszerny fragment „Snów Mevlida” można przeczytać na stronie wydawnictwa Draft Publishing:
http://draftpublishing.com/snymevlida/fragment

Wybitna powieść (Herbjørg Wassmo, Stulecie)

Jest urlop, jest czas na czytanie. Z wielkiego stosu, który przydźwigałam do domu ze spotkania blogerów i pisarzy w Sopocie wybrałam książkę grubą i jak mi się wydawało trudną i wymagającą. Dużo wcześniej miałam chęć zmierzyć się z pisarstwem Herbjørg Wassmo, ale bałam się, że nie będzie to literatura dla mnie. Liczne recenzje zachęcały, a jednocześnie nie oddawały w pełni piękna prozy Wassmo. Jej styl trudny jest do opisania.

Herbjørg Wassmo, Stulecie

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2014, egzemplarz ze spotkania w Sopocie
Autorka przekładu: Ewa M. Bilińska

„Stulecie” to książka o kobietach. Prababce, babce, matce i Herbjørg. To opowieść na miarę „Stu lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza. Pełna smutku, samotności, rozczarowania. I miłości, chwil nadziei, rozkoszy, szczęścia. Na ponad pięciuset stronach codzienna egzystencja Norweżek pokazana jest w najrozmaitszych odcieniach – małżeństwo, macierzyństwo, śmierć bliskich. Zmęczenie i heroizm podejmowania domowych obowiązków. I marzenia. O wyrwaniu się, innym życiu.

Łatwo się dać wciągnąć tej historii. Najpierw opowiada o swoim życiu Herbjørg. Potem poznajemy jej przodkinie: Sarę Susanne, Elidę i Hjørdis. Chronologia szybo zostaje zakłócona, ich życiorysy się przeplatają, czasy zmieniają. I nie jest to zabieg przypadkowy. Pozwala spojrzeć na cały ród z szerokiej perspektywy. Wassmo opisuje świat z dociekliwością Fiodora Dostojewskiego, nie cofając się przed ukazaniem brudu, nieszczęścia i grzechu. (Chociaż ta ostatnia kategoria nie bardzo tu pasuje. Bóg nie jest ważny dla bohaterek książki. Sumienie zostaje zastąpione przez pojęcie wstydu.) Wykreowana rzeczywistość sprawia wrażenie „prawdziwej”. Emocje i uczucia nie są wydumane, ale bardzo „ludzkie”. W warstwie fabularnej – nie ma łatwych odpowiedzi i rozwiązań na na trudne pytania i problemy. Kobiety budzą podziw swoją siłą, dzięki której znoszą kolejne ciosy w dzieciństwie i dorosłości. Popełniają błędy, ale trudne je oceniać.

Ile w tej powieści jest prawdy? Ile wątków autobiograficznych? Czy pisanie jest sposobem na oswojenie traumy, autoterapią?

„Wstyd. Dla mnie to istota życia. Zawsze próbuję ukryć, zbagatelizować albo uleczyć wstyd. Pisanie książek stanowi taką formę wstydu, którą trudno jest zataić, ponieważ zostaje on w nich dosłownie udokumentowany. Można powiedzieć, że wstyd nabiera formy.” (s. 9)

Według mnie najważniejsze jest pytanie, co dana lektura może dać czytelnikom. W tym przypadku otrzymujemy dzieło wielowątkowe. Panoramę społeczną na tle historycznym i obraz kobiecego losu w jednym.

Jestem przekonana, że Herbjørg Wassmo ma wielki talent. Niewielu mamy współcześnie ważnych powieściopisarzy, których utwory są ponadczasowe. Tym bardziej warto przeczytać „Stulecie”, aby zobaczyć, że możliwości powieści jako gatunku wcale nie zostały wyczerpane w XX wieku.

Egipt, 1942 rok (Nadżib Mahfuz, Chan al-Chalili)

Egipt, 1942 rok. Na Kair spadają niemieckie bomby. Rodzina Akifów przenosi się do dzielnicy Chan al-Chalili uważanej za bezpieczną ze względu na znajdujący się tam święty meczet Al-Husajna. Ahmad Akif ma około czterdziestu lat, jest urzędnikiem ósmej klasy w archiwum Ministerstwa Robót Publicznych i od dwudziestu lat ma na swoich barkach utrzymanie rodziców i brata. Jego życie nie jest szczęśliwe.

Nadżib Mahfuz, Chan al-Chalili

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu z języka arabskiego: Jolanta Kozłowska

Opowieść Nadżiba Mahfuza od samego początku przypominała mi realistyczną prozę wielkich dziewiętnastowiecznych pisarzy. Dokładne określenie miejsca, czasu, szczegółowe opisy bohaterów, wspaniałe analizy psychologiczne. Do tego dobrze uporządkowana fabuła obejmująca zaledwie rok. Jak bardzo brakowało mi ostatnio takich klasycznych powieści! Zupełnie nie spodziewałam się, że książka arabskiego pisarza okaże się jednocześnie kulturowo tak odległa i bliska. Dzięki „Chan al-Chalili” mogłam pospacerować po egzotycznych uliczkach starej egipskiej dzielnicy:

„Wysiadł z tramwaju przy placu Al-Azhar i poszedł w kierunku Chan al-Chalili, tak się nazywało nowe miejsce, do którego się udawał, przeszedł wąską uliczkę i zobaczył w pobliżu nowe domy, ciągnące się po lewej i prawej stronie, a między nimi niezliczone uliczki i przejścia; wyglądały jak ogromne koszary, w których wzrok się gubił. Oglądał przepełnione kawiarnie, przeróżne sklepy: od takich z tamijją do tych z antykami i biżuterią, i nieprzerwany potok ludzi w turbanach, tarbuszach lub w czapkach. Uszy miał pełne różnych dźwięków, krzyków, nawoływań, denerwujących dla kogoś o tak słabych nerwach, jak on.” (s.13)

Mahfuz w bardzo malowniczy sposób opisuje miejsca, które znał, które istniały naprawdę. Dla czytelnika polskiego (czy szerzej: europejskiego) już same te tworzone piórem obrazy codziennego życia Egipcjan są niezwykle interesujące. A jak dodać do tego jeszcze kontekst historyczny – rozmowy o wojnie, Hitlerze, socjalizmie, Marksie, odkryciach naukowych, Freudzie, Nietzschem – to dopiero zaczyna się ukazywać niezwykłe bogactwo, które kryje się na niecałych trzystu stronach.

Zdecydowanie najmocniejszym punktem tej powieści nie jest jednak tło społeczne, nie opisy, ale główny bohater. Skojarzył mi się z panią Bovary. Zwykły człowiek, którego szare życie pełne jest porażek, rozczarowań, niespełnionych nadziei mimo wszystko marzy o szczęściu i miłości. Ale los jest nielitościwy:

„Zbliżał się do czterdziestki, uwagę zwracała jego wysoka, chuda sylwetka i dziwny ubiór, budzący litość – pogniecione spodnie, przykrótkie rękawy marynarki, zapocony tarbusz, nieświeża koszula i znoszony krawat, jasna łysina, siwe baki i włosy z tyłu głowy. Wszystko to jeszcze go postarzało. […] Zadziwiające, że kiedyś był uważany za mężczyznę eleganckiego, dbającego o wygląd, na którego przyjemnie było popatrzeć. Jednak rozpacz i troski oraz chorobliwe przeświadczenie, że jest wielkim myślicielem spowodowały, że przestał przykładać jakąkolwiek wagę do tych spraw.” (s. 12-13)

Ahmad nie jest piękny, nie jest bogaty, ani mądry, a wzbudza sympatię, łatwo się z nim utożsamić. Ma wiele wad, popełnił sporo błędów, ale może dlatego jest bardzo „ludzki”. Nie jest to postać papierowa, ale wypełniona „treścią”.

„Chan al-Chalili” to historia o samotności i miłości. Znajdziemy w niej fragmenty opisujące uczucie do młodej dziewczyny, ogromne poświęcenie dla rodziny (szczególnie dla brata), a także piękne akapity o przywiązaniu do książek:

„To jest jego ukochana biblioteka, właściwie najważniejsza część jego życia.” (s.20)
„Popadł w gorzką samotność umysłu i serca, uciekał od życia, ale w samotności nie zarzucił zwyczaju czytania, bo w książkach znajdował życie, jakie kochał. Życie książek przedkładał nad życie świata, były one balsamem na cierpienia jego dumy, czerpał z nich siłę, która stawała się jakby jego własną siłą, ich myśli stawały się niejako jego myślami, jej władza – jego władzą, a wieczność – jego wiecznością.” (s.26)

Są również liczne niepochlebne zdania na temat kobiet (wynikające ze złych doświadczeń Ahmada):

„Odczuwał pogardę dla kobiet i przypisywał im same wady. To sprytne, złe zwierzęta, a istotą ich sprytu jest pożądliwość, kłamstwo, marność i brak jakichkolwiek zasad. To są tylko ciała bez duszy, źródło męskich cierpień, nieszczęścia ludzkości. […] Jednak w głębi duszy cierpiał z powodu niezaspokojonego pragnienia uczucia.” (s.47)

Nie sposób opowiedzieć wszystkiego! Nie wspomniałam np. o grzesznym nocnym życiu Kairu, paleniu haszyszu, hazardzie, rozpuście; ani o chorobie, która przychodzi niespodziewanie i powoli odbiera życie młodemu człowiekowi w momencie, kiedy wydawałoby się, że ma on wszystko.

Nie dziwię się, że Mahfuz dostał literackiego Nobla.

PS A teraz mam w końcu czas na przeczytanie długo wyczekiwanego „Ducha na wyspie” Johana Theorina.

PPS Więcej na temat Nadżiba Mahfuza i jego książki „Chan al-Chalili” można dowiedzieć się z audycji Dwójki:

http://www.polskieradio.pl/8/3668/Artykul/1233995,Miasto-wieksze-od-calego-swiata-Kair-egipskiego-Balzaka

Oswajanie chaosu (Ismet Prcić, Odłamki)

Patrzę na dwie książki, które ostatnio przeczytałam: „Kolor magii” Terry’ego Pratchetta i „Odłamki” Ismeta Prcicia. Ich okładki różnią się na pierwszy rzut oka. Pierwsza jest wielobarwna, baśniowa, wesoła – tak jak jej treść. Druga natomiast to poważne kolory, smutna twarz dziecka, kawałki popękanego szkła. Ten kontrast burzą tylko moje małe kolorowe zakładki (żółte, czerwone i niebieskie) wystające z boku „Odłamków”. Kartki powieści Prcića pełne są słów, które zrobiły na mnie duże wrażenie i dlatego chciałabym Wam dzisiaj trochę więcej o niej opowiedzieć. A o Pratchetcie planuję napisać, jak już poznam cały „Świat dysku”.

Ismet, Prcić, Odłamki

Wydawnictwo SQN, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Jarosław Rybski

Ismet Prcić pochodzi z Bośni, ale obecnie mieszka w USA. Wyjechał z ojczyzny jako młody chłopak. Chciał uciec od wojny. Okazało się to nie tak łatwe, bo pamięć tego, co przeżył nie dawała mu spokoju. Pisanie stało się dla niego terapią:

„Mówi, że mam zespół stresu pourazowego. Że pigułki to tylko tymczasowe rozwiązanie i żeby naprawdę wyzdrowieć, muszę ujrzeć swoje doświadczenie w szerszym kontekście, żeby ogarnąć, co i jak.

To on podsunął mi pomysł z pisaniem tego pamiętnika. […]

Najpierw skutkowało: pisałem o ucieczce, o moim dzieciństwie i starałem się trzymać faktów. Ale w miarę pisania pewne rzeczy – drobne wytwory fantazji – zaczynają się wkradać do tekstu. Zmagałem się z nimi z całych sił, starałem się je usuwać z rękopisu, ale przez to narracja w przedziwny sposób odchodziła od prawdy. Kiedy znów je włączyłem do tekstu, opowieść stała się prawdziwsza, choć nie pasowała do tego, co zapamiętałem, nie w każdym drobnym szczególe.” (s. 35-36)

Tak w uproszczeniu można by przedstawić genezę „Odłamków”. Sprawa jest oczywiście bardziej skomplikowana.

Kwestia tożsamości (narodowej i „osobistej”, poszukiwanie siebie), autotematyczność (pamiętnik czy fikcja literacka?), zmaganie się z traumą i strachem – to główne wątki, które wydały mi się najbardziej w tej prozie interesujące. Choć pomysł napisania książki zrodził się niewątpliwie z życia, z realnych faktów, to efekt końcowy jest dziełem „niezależnym” i wieloznacznym, bogatym w różne warstwy znaczeń. Doceniam formę – „odłamki” kilku tekstów połączone w jedną całość. Chaos narracji jest nieprzypadkowy:

„Nie, nigdy wcześniej nie widziałem pokazu ogni sztucznych. Nie wiedzieli ich też Ramona, Omar ani Boro. Asmir i muzycy byli od nas starsi. Ich w pełni ukształtowane umysły pamiętały życie sprzed wojny, sprzed chaosu, sprzed bezsensu. Poznali, co to porządek, co to sens. Naprawdę wyjechali z Bośni, bo pozostawienie za sobą chaosu było powrotem do normalności. Ale, jeśli się wzrastało z chaosie, wtedy nie było od niego odwrotu. Nie było ucieczki. Dla mnie chaos był właśnie ową normalnością. A prawdziwa normalność okazała się nienaturalnym, kruchym stanem ducha.” (s. 269)

Pisarz konstruuje świat przedstawiony w sposób, który ma odzwierciedlić rozpad osobowości, jaki dokonał się w ludziach pod wpływem wojny.

Bohaterem i narratorem większości rozdziałów jest alter ego autora – Ismet Prcić opowiadający o swojej przeszłości (w sposób niechronologiczny) i teraźniejszości (wyjątki z dziennika, których adresatem jest jego matka). Drugą ważną postacią jest żołnierz Mustafa Nalić, który wydaje się być wymyślony po to, by pokazać grozę i bezsens działań wojennych. Dotyczące go fragmenty charakteryzują się pewną sztucznością (zamierzoną). O ile Ismet jest momentami „do bólu szczery”, o tyle Mustafa jest kreacją mało wiarygodną (co ma swoje uzasadnienie). Ich losy przeplatają się, a nawet przenikają, przeczą sobie. Dzięki temu czytelnik daje się wciągnąć w grę – próbuje odgadnąć „jak było naprawdę”.

Zaznaczyłam w tekście dużo zdań dotyczących teatru, wszystkich tu nie przytoczę, ale krótko o kilku z nich wspomnę. W przedmowie do wydania polskiego Prcić opisuje, jak w wieku osiemnastu lat wyjechał do Edynburga na festiwal teatralny (jako aktor) i zetknął się tam ze sztuką poznańskiego teatru Biura Podróży, która zmieniła jego życie. W rozdziale „Kult Asmira” Ismet opowiada o próbach teatralnych i artyście-nauczycielu, dzięki któremu teatr stał się dla niego wszystkim. Ta miłość do sztuki jest czymś niesamowitym! Szczególnie poruszyła mnie scena, w której młodzi aktorzy siedząc na ławce w parku, wpadają na pomysł małego performansu:

„Zachowywaliśmy się, jakby ciągnęło nas, by ustawić przed ławką ramę. No wiecie, żeby tym ludziom coś to dało. Cokolwiek. Oparliśmy ją sobie na kolanach, trzymaliśmy prosto i zamarliśmy w bezruchu. Staliśmy się obrazem, postaciami gapiącymi się przez ramę na świat rzeczywisty.

I wkrótce prawdziwi ludzie zaczęli się gapić na nas, na obraz, zapominając na chwilę o wojnie, o jej niedającej wytchnienia psychozie sterującej wszystkimi zachowaniami. Ludzie bez względu na wszystko musieli spojrzeć na sztukę.” (s. 131)

A potem zaczyna się bombardowanie. Czy w takich czasach tworzenie sztuki jest możliwe?

„Odłamki” skojarzyły mi się z „Ru” Kim Thuy ze względu na fragmentaryczność i wątek emigracyjny oraz z „Miłością z kamienia” Grażyny Jagielskiej (zespół stresu pourazowego jako powód pisania, mieszanie autobiografii z powieścią). Różne kultury, różni ludzie – podobne doświadczenia. Te trzy książki łączy jeszcze jedna cecha – ich lektura wielu osobom może pomóc.

PS Następne notki na blogu będą dotyczyły prozy egipskiej i rumuńskiej.

Prozy Charlotte Brontë nigdy dość! (Charlotte Brontë, „Niedokończone opowieści”)

Wydawnictwo MG zaskarbiło sobie wdzięczność fanów sióstr Brontë (w tym moją) pierwszymi polskimi wydaniami takich książek jak: „Shirley”, „Lokatorka Wildfell Hall”, „Agnes Grey”, „Profesor”, a także biografiami: Eryka Ostrowskiego „Charlottë Bronte i jej siostry śpiące” oraz Elizabeth Gaskell „Życie Charlotte Brontë”. A to jeszcze nie wszystko! Pojawiło się przecież nowe tłumaczenie „Wichrowych Wzgórz” i piękne edycje „Jane Eyre. Autobiografia” i „Villette” w twardej oprawie. Teraz do rąk czytelników trafiają „Niedokończone opowieści”. I mam nadzieję, że to nie koniec… Twórczości Charlotte Brontë i jej rodzeństwa nigdy dość!

Charlotte Bronte, Niedokończone opowieści

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Maja Lavergne

Cztery fragmenty powieści: „Ashworth”, „Emma”, „Państwo Moore” i „Historia Williego Ellina” reprezentują to, co w prozie autorki z Haworth najlepsze. Świetne portrety psychologiczne postaci, intrygujący obraz ich życia wewnętrznego plus to nieuchwytne „coś” sprawiające, że czytelnik ma wrażenie jakby czytał o prawdziwych uczuciach i myślach drugiego człowieka. „Niedokończone opowieści” wyróżnia jednak jeszcze jedna cecha. Jak na XIX wiek i w porównaniu do innych utworów Charlotte Brontë, ten tom nieopublikowanych za życia pisarki tekstów bardzo odważnie podejmuje tematy obyczajowe i społeczne.

„Ashworth” rozpoczyna się opisem niemoralnego życia kilku niesympatycznych mężczyzn. A cała historia nosi znamiona prawdziwej:

„Jest również pewna historia, której szczegóły często słyszałam od różnych osób i którą pragnę streścić w coś podobnego w formie do opowiadania, tak żeby nazwiska i zdarzenia w niej wyszczególnione nie wymknęły się całkowicie z mojej pamięci. Nie usłyszałam o tych zdarzeniach ostatnio; nie doszły również moich uszu wszystkie naraz. Każda scena i postać, o których napomknę, była tematem wielu anegdot przekazywanych w wieczornej rozmowie przy różnych domowych kominkach.” s. 9

Tekst „Państwo Moore” pokazuje „bez upiększeń” małżeństwo Sarah i Johna. Ich rozmowy to walka o dominację, zahaczająca o psychiczne znęcanie się. „Historia Williego Ellina” porusza obrazami przemocy wobec dziecka. „Emma” jest najbardziej tajemniczym fragmentem. O tytułowej bohaterce nie wiadomo prawie nic. Najbardziej podobał mi się początek:

„Wszyscy szukamy w życiu ideału. Któregoś roku zaczęła mnie nawiedzać przyjemna fantazja, że być może niewielka jest liczba istot ludzkich, które w pewnym okresie życia nie odnajdują na jakiś dłuższy lub krótszy czas tego, czego szukają. Na pewno nie odnalazłam go w młodości, chociaż silna wiara, jaką czułam w istnienie owego ideału, wystarczała przez cały mój najbardziej promienny i najświeższy okres życia, żeby podtrzymać we mnie nadzieję. Nie odnalazłam go w wieku dojrzałym, Pogodziłam się, że nie odnajdę go nigdy. Przeżyłam szereg ponurych lat całkowicie spokojna i bez oczekiwań. A teraz nie byłam pewna, ale coś unosiło się wokół mojego serca, co mnie cudownie cieszyło.” s. 103

Akapit ten skojarzył mi się z życiem Charlotte, jej późnym małżeństwem i tym, co musiała czuć, gdy po wszystkich tragediach rodzinnych, śmierci najbliższych, znalazła w końcu szczęście.

Ciekawa jestem, jakie byłyby te cztery powieści, gdyby Charlotte Brontë je ukończyła. Dlaczego porzuciła pracę nad nimi? Czy któraś z nich dorównałaby „Jane Eyre”? Czy zostałby ocenzurowane przez nią przed drukiem? Jak różni są bohaterowie, których stworzyła od tych, których w swoich książkach opisywała np. Jane Austen! W świecie przedstawionym „Ashworth”, „Państwa Moore”, „Emmy” i w „Historii Williego Ellina” zło i złe charaktery są bardzo wiarygodne, zostały realistycznie (a może nawet naturalistycznie) sportretowane. Dlatego tak wysoko cenię twórczość tej autorki – bo próbowała ukazywać życie takim, jakie je widziała.

Ocena: 5/6

Szaleństwo, marzenia i codzienność (Miguel de Cervantes, Don Kichot z La Manczy)

Ile trzeba słów, żeby napisać o „Don Kichocie z La Manczy” – książce, która ma 1000 stron? Bardzo niewiele. Uważam, że sam tytuł jest wystarczającą zachętą do lektury. Pomyślcie, czy nie chcielibyście poznać „prawdziwych” przygód najsłynniejszego błędnego rycerza, postaci, która od ponad 400 lat jest obecna w kulturze europejskiej? Zapewniam, że Don Kichot wciąż inspiruje, pobudza wyobraźnię, bawi i zmusza do zastanowienia.

Miguel de Cervantes, Don Kichot z La Manczy

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Edward Boye

W XXVIII rozdziale pierwszej części Miguel de Cervantes z właściwym sobie poczuciem humoru wychwala swojego bohatera i swoje dzieło:

„Szczęśliwe, po trzykroć szczęśliwe te czasy, gdy najdzielniejszy rycerz, Don Kichot, na świecie się pojawił! Dzięki temu, że powziął chwalebny zamysł odrodzenia i ustanowienia z powrotem zanikłego już i martwego prawie zakonu rycerstwa błędnego – możemy teraz, w tym wieku ubogim w radość i rozrywkę godziwą, cieszyć się nie tylko rozkoszą tej prawdziwej historii, ale również zamykającymi się w niej opowieściami i epizodami, które samej historii na włos nie ustępują, będąc równie przyjemne, kunsztu osobnego pełne i nie mniej prawdziwe jak ona.” (s. 243)

I choć to fragment żartobliwy, jest w nim zarazem dużo prawdy. Hiszpański autor stworzył arcydzieło i dał nam nie jedną, a aż dwie wyjątkowe postaci. Szalony marzyciel Don Kichot oraz jego poczciwy i zabawny giermek Sanczo Pansa to na pierwszy rzut oka para „cudaków”, ale mają w sobie też „coś” więcej. Dla mnie ważna w tej historii była ich potrzeba/chęć, żeby wyruszyć w świat i odmienić swoje życie. Sługa chciał się wzbogacić, a jego pan naczytał się za dużo eposów rycerskich, ale wyróżnia ich to, że obaj byli gotowi na niebezpieczeństwa i niewygody, porzucenie bezpiecznego domu i spotkanie z nieznanym.

Wędrówka Don Kichota i Sanczo Pansy to pasmo zwyczajnych zdarzeń, które za sprawą obłędu (a może wyobraźni?) pierwszego z nich stają się wielkimi przygodami. Kto nigdy nie marzył, by przydarzyła mu się historia przeczytana w książce, ten nigdy nie zrozumie sedna tej powieści. Bo choć autor chciał przestrzec czytelników przed głupimi lekturami, widać, że szanował te, które są mądre i pożyteczne i te, które sprawiają radość. „Don Kichot” pełen jest literackich odniesień, intertekstualnych gier i żartów świadczących nie tylko o inteligencji Cervantesa, ale także o jego oczytaniu i miłości do literatury. Sposób, w jaki zestawił ze sobą szaleństwo, marzenia i codzienność, dodając do nich humor, zapewnił mu zasłużoną, nieśmiertelną sławę.

Ocena: 6/6