Nieprzewidywalna i kunsztowna (Mirosław Tomaszewski „UGI”)

Nie spodziewałam się, że to właśnie „UGI” Mirosława Tomaszewskiego będzie tą wyjątkową książką – jedną na sto – która mnie zaskoczy, zachwyci i pozostawi z uczuciem niedowierzania. Jak to się stało, że ta niezwykła powieść wydana przez wydawnictwo Czarne w 2006 roku nie odniosła wielkiego, międzynarodowego sukcesu? Chciałabym Was przekonać, że pod tą biało-czarną okładką skrywa się dzieło, z którym warto się zapoznać i które mimo upływającego czasu nie traci (i nie straci) swojej wartości.

Mirosław Tomaszewski, Ugi

Wydawnictwo: Czarne, 2006, egzemplarz własny

Siła „UGI” polega nie tylko na podejmowaniu ważnych, wciąż aktualnych tematów (np. świetnie odmalowane w niej zostały zagrożenia płynące z rozwoju marketingu i związanej z nim manipulacji konsumentami). Intryguje przede wszystkim sposób, w jaki autor połączył różne intertekstualne tropy (moje skojarzenia podczas lektury biegły na początku głównie w kierunku fantastyki – Lema, np. „Kongresu futurologicznego”, Dicka i jego „Ubika”, później zahaczyły też o „Cosmopolis” Dona DeLillo, a na końcu zatrzymały się na dłużej przy „Fauście” Goethego), Wszystkich (bezpośrednich i pośrednich) odwołań literackich, filmowych i ogólnie kulturowych zawartych na tych ponad trzystu stronach nie sposób wyliczyć (nie miałoby to zresztą sensu, taki zestaw tytułów wyglądałby inaczej dla każdego z czytelników, zależnie od tego, jakie utwory ma już za sobą). Ważne, że poza nimi znajdują się w tekście rzeczy nowe i oryginalne – przebieg fabuły i zakończenie nie są typowe dla literatury sensacyjnej przedstawiającej międzynarodowe spiski i walkę samotnego bohatera próbującego je odkryć (podobnie jak przesłanie książki).

Oskar Knop jest co prawda nowojorskim dziennikarzem, natrafia na trop wielkiej afery związanej z tajemniczą organizacją Universal Global Investments, rozpoczyna śledztwo na własną rękę, ale… Ale jego losy toczą się wbrew schematom. Najlepszym, najciekawszym fragmentem jego historii jest pobyt w Polsce, w rodzinnej Gdyni, a później w oddalonym od niej o niecałe sto kilometrów szpitalu psychiatrycznym. Szczególnie podobał mi się jeden z wątków rozważań Kropa nawiązujący do romantycznego mitu narodowego i przedstawiający Polskę jako ojczyznę buntowników:

„Patrząc na sopockiego pucybuta, znalazłem wreszcie uzasadnienie tego, że prowadzę niebezpieczne śledztwo, wydaję pieniądze i narażam się bez racjonalnego powodu. Byłem Polakiem, a więc również contras. To banalne odkrycie tak mnie zaskoczyło, że kiedy wysiadłem na trzecim peronie dworca Gdynia Główna Osobowa, nie rozpoznałem rodziców w dwójce starszych ludzi, którzy z daleka do kogoś machali.” (s. 156)

Contras to opisany w powieści ruch kontestatorski skierowany przeciwko konsumpcjonizmowi i markowym produktom (w uproszczeniu). Według recenzentów zacytowanych na tylnej stronie okładki „UGI” jest thrillerem, a nawet „thrillerem kapitalistycznym”. Radziłabym jednak nie nastawiać się na powieść z dreszczykiem, mimo że wydano ją w serii „Ze strachem”. Jeżeli chodzi o przynależność gatunkową, sprawa jest bardziej skomplikowana.

Książka Mirosława Tomaszewskiego jest nieprzewidywalna. Smutna, bo płyną z niej smutne wnioski – o świecie, o człowieku. Literacko – kunsztowna! Prawdziwa perełka w polskiej literaturze współczesnej (choć to wyświechtane określenie). Dla mnie osobiście – wspaniałe odkrycie.

Ocena: 6/6

PS Przy okazji serdecznie zapraszam na stronę internetową Mirosława Tomaszewskiego:

http://tomaszewski.edumuz.pl/wordpress/

Szaleństwo, marzenia i codzienność (Miguel de Cervantes, Don Kichot z La Manczy)

Ile trzeba słów, żeby napisać o „Don Kichocie z La Manczy” – książce, która ma 1000 stron? Bardzo niewiele. Uważam, że sam tytuł jest wystarczającą zachętą do lektury. Pomyślcie, czy nie chcielibyście poznać „prawdziwych” przygód najsłynniejszego błędnego rycerza, postaci, która od ponad 400 lat jest obecna w kulturze europejskiej? Zapewniam, że Don Kichot wciąż inspiruje, pobudza wyobraźnię, bawi i zmusza do zastanowienia.

Miguel de Cervantes, Don Kichot z La Manczy

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Edward Boye

W XXVIII rozdziale pierwszej części Miguel de Cervantes z właściwym sobie poczuciem humoru wychwala swojego bohatera i swoje dzieło:

„Szczęśliwe, po trzykroć szczęśliwe te czasy, gdy najdzielniejszy rycerz, Don Kichot, na świecie się pojawił! Dzięki temu, że powziął chwalebny zamysł odrodzenia i ustanowienia z powrotem zanikłego już i martwego prawie zakonu rycerstwa błędnego – możemy teraz, w tym wieku ubogim w radość i rozrywkę godziwą, cieszyć się nie tylko rozkoszą tej prawdziwej historii, ale również zamykającymi się w niej opowieściami i epizodami, które samej historii na włos nie ustępują, będąc równie przyjemne, kunsztu osobnego pełne i nie mniej prawdziwe jak ona.” (s. 243)

I choć to fragment żartobliwy, jest w nim zarazem dużo prawdy. Hiszpański autor stworzył arcydzieło i dał nam nie jedną, a aż dwie wyjątkowe postaci. Szalony marzyciel Don Kichot oraz jego poczciwy i zabawny giermek Sanczo Pansa to na pierwszy rzut oka para „cudaków”, ale mają w sobie też „coś” więcej. Dla mnie ważna w tej historii była ich potrzeba/chęć, żeby wyruszyć w świat i odmienić swoje życie. Sługa chciał się wzbogacić, a jego pan naczytał się za dużo eposów rycerskich, ale wyróżnia ich to, że obaj byli gotowi na niebezpieczeństwa i niewygody, porzucenie bezpiecznego domu i spotkanie z nieznanym.

Wędrówka Don Kichota i Sanczo Pansy to pasmo zwyczajnych zdarzeń, które za sprawą obłędu (a może wyobraźni?) pierwszego z nich stają się wielkimi przygodami. Kto nigdy nie marzył, by przydarzyła mu się historia przeczytana w książce, ten nigdy nie zrozumie sedna tej powieści. Bo choć autor chciał przestrzec czytelników przed głupimi lekturami, widać, że szanował te, które są mądre i pożyteczne i te, które sprawiają radość. „Don Kichot” pełen jest literackich odniesień, intertekstualnych gier i żartów świadczących nie tylko o inteligencji Cervantesa, ale także o jego oczytaniu i miłości do literatury. Sposób, w jaki zestawił ze sobą szaleństwo, marzenia i codzienność, dodając do nich humor, zapewnił mu zasłużoną, nieśmiertelną sławę.

Ocena: 6/6

Nowe tłumaczenie jednej z najsłynniejszych dziewiętnastowiecznych powieści (Emily Brontë „Wichrowe Wzgórza”)

Chciałabym napisać coś oryginalnego i odkrywczego o tej książce, ale nie umiem. (To chyba zresztą niemożliwe.)

Bardziej niż romans jest to dla mnie powieść o ludzkich charakterach, o ciemnej stronie natury człowieka. Opisane w niej uczucia są… I tu brak słów – długo można by się nad tym rozwodzić, a i tak nie sposób oddać treści „Wichrowych Wzgórz”. Dlatego nie będę Wam opowiadała historii Catherine i Heathcliffa (i ich rodzin). Niech ci, którzy potrafią tworzą piękne frazy o wielkiej i szalonej miłości. Ja zaznaczyłam sobie dwa ważne fragmenty dotykające tego tematu, które tu przytoczę zamiast własnych refleksji. Pierwszy:

„[...] a zatem nigdy nie będzie wiedział, jak go kocham, i to nie dlatego, że jest przystojny, Nelly, tylko dlatego, że bardziej jest mną niż ja sama.” (s. 100)

Drugi:

„Nie umiem tego wyrazić, ale z pewnością i ty, i każdy ma przeświadczenie, że jest albo powinna być jakaś egzystencja, która jest nasza, ale jest poza nami. […] największą ideą w moim życiu jest on. Jeśliby wszystko inne zginęło, a on by pozostał, mogłabym istnieć dalej, a jeśli wszystko inne przetrwałoby, a on zostałby unicestwiony, wszechświat stałby mi się wielkim nieznajomym, nie czułabym się już jego częścią. […] Nelly, ja jestem Heathcliffem! On jest zawsze w moich myślach, i nie jako przyjemność, nie bardziej niż ja sama jestem zawsze dla siebie przyjemna, ale jako moja własna istota.” (s. 101–102)

Ogromnie jestem ciekawa, kto napisał te zdania i co w swoim życiu wcześniej przeżył. Czy była to Emily Brontë? Jeżeli tak, to kim była? Tak mało o niej wiemy, a ostatnio jeszcze Eryk Ostrowski w swojej biografii („Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”) zasugerował, że „Wichrowe Wzgórza” są dziełem wspólnym jej rodzeństwa – Patricka Branwella Brontë i Charlotte. Jak więc było naprawdę? Kto w tak unikatowy i genialny sposób potrafił przelać swoje myśli na papier, że zachwycają miliony czytelników od kilku pokoleń? (I będą nadal zachwycać, czego jestem pewna).

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki

Dla mnie to było drugie spotkanie z tym utworem i na pewno nie ostatnie. Nie mogłam się doczekać nowego wydania – a raczej nowego tłumaczenia autorstwa Piotra Grzesika. Zarówno za pierwszym razem (kilka lat temu w wersji Janiny Sujkowskiej), jaki i za drugim (teraz) czytało mi się wspaniale, więc wnioskuję, że oba przekłady spełniły swoją rolę. (Niestety nie umiem ich fachowo porównać.)

Świetnym dodatkiem do publikacji Wydawnictwa MG jest umieszczona na końcu „mistyczna” interpretacja powieści pióra Piotra Grzesika (Posłowie). Trzydzieści stron luźnych uwag (uporządkowanych w dwadzieścia osiem punktów) zestawiających angielskie arcydzieło np. z „Pierścieniem Nibelunga” Ryszarda Wagnera czy teoriami Fryderyka Nietzschego. Choć nie przemawiają do mnie wszystkie argumenty tłumacza, to jednak pomógł mi on dostrzec „drugie dno” „Wichrowych Wzgórz” – ich wymiar mityczny i symboliczny.

Podczas lektury zastanawiałam się, na ile jest ona realistyczna. W jakim stopniu przedstawia „prawdziwe” postaci? Wyjaśnienie tej kwestii znalazłam w Apendyksie zamieszczonym przed spisem treści (za który również jestem wdzięczna wydawcy). Virgina Woolf napisała:

„A nawet jeśli o to pytamy, widzimy w Heathcliffie brata, którego widzieć mogła genialna siostra; mówimy sobie: on jest niemożliwy, a przecież mimo to żaden chłopak w literaturze nie istnieje bardziej prawdziwie niż on. Podobnie jest z pierwszą i drugą Catherine – mówimy sobie, że nigdy żadna kobieta nie mogłaby czuć tak, jak czują one, ani też podobnie do nich postępować. I jakby na przekór temu są one najbardziej ujmującymi kobietami w literaturze angielskiej. To jest tak, jakby autorka umiała zedrzeć ze swych postaci wszystko, co wiemy o istotach ludzkich, aby później wypełnić te trudne do rozpoznania prześwity strumieniem życia o takiej sile, że przewyższają one rzeczywistość”. (s. 447)

„Wichrowe Wzgórza” zachwycają formą i treścią. (Jak wspaniałe muszą być w oryginale! I dla kogoś, kto zna odpowiednie konteksty kulturowe, obyczajowe oraz niuanse lingwistyczne.) Jest w nich i „poezja wrzosowisk” i ludyczny humor (postać dewota Josepha), i groza (rozkopywanie grobów, strach przed duchami), i miłość, jaka się nie zdarza.

Ocena: 6/6

PS Próbuję porównać „Jane Eyre” Charlotte Brontë i „Wichrowe Wzgórza”. Która powieść bardziej mi się podobała? Którą wyżej cenię? To trudne pytania, bo dotyczą dwóch tak zupełnie różnych utworów. Podczas czytania „WW” wydawało mi się, że są jednak „genialniejsze” – że poruszają ważniejsze kwestie i robią to w formie doskonalszej niż ma to miejsce w „JE”. Nie wiem, czy to tylko wrażenie. Jak przeczytam kiedyś obie książki po kilka razy – będę wiedziała. A Wy jak sądzicie?

Czy warto zaglądać do studni? (Recenzja książki: Grzegorz Filip, Studnia)

Nie jest to powieść spektakularna, oszałamiająca. Raczej skromna i pod względem rozmiarów, i pod względem zastosowanych środków. Ale może to tylko pozory? Może do „Studni” trzeba zajrzeć głębiej?

Wydawnictwo: JanKa, 2013, egzemplarz recenzencki

Grzegorz Filip opowiada o ojcu i córce, o ich pogubionym po śmierci żony/matki życiu. Akcja rozpoczyna się na lotnisku. Janusz czeka na przylot Grażyny, której nie widział dziesięć lat:

„Tyle się tu dzieje, zupełnie inaczej niż tamtego dnia, gdy żegnał Grażynę przed odlotem do Anglii.

Było to niedługo po śmierci Anny. Potrzebował córki jak nigdy przedtem, szukał jej towarzystwa, wieczornych powrotów oczekiwał z niecierpliwością, a ona wyjeżdżała! Z tego samego pewnie powodu, dla którego chciałby ją zatrzymać. Przywiązana była do matki, nie do niego, on w domu zadowalał się rolą z tła. Rządziły kobiety, to one codziennym dreptaniem nakręcały życie rodzinne. Został sam, obie opuściły go prawie równocześnie. Śmierć Anny i wyjazd córki zlewały się w pamięci w jedną dotkliwą ranę.” s.10

Dlaczego Grażyna wyjechała? Pyta ją oto w samolocie starszy syn, Julek.

„Dlaczego wyjechała? Jak ma to dzieciom wytłumaczyć? Trudno patrzeć na ojca nieudacznika. Powie im to? Dopóki żyła mama, dom tętnił życiem. Nie znał ciszy, tej nieznośnej martwoty, która ogarnęła mieszkanie po jej śmierci. Wtedy ojciec się pogubił. Odszedł z uniwersytetu, żeby zmienić środowisko. Tak twierdził. Codziennie wysiadywał na cmentarzu. W niej szukał oparcia, a ona nie widziała się w takiej roli. Miała dość.” s. 20

Trudny do czytania temat, przynajmniej dla mnie. Ale w sumie to nie on dominuje w książce. Ogólnie „Studnia” to powieść o sensie życia rozpisana na kilka głosów, co jest jej największą zaletą, bo w dynamiczny sposób pokazuje odmienne postawy i punkty widzenia, nie tylko ojca i córki, ale również otaczających ich ludzi w różnym wieku. Przyjazd Grażyny staje się pretekstem do podsumowań, patrzenia wstecz i prób zmiany czegoś na lepsze.

„Na poboczu” głównego wątku pojawia się wiele interesujących kwestii. Janusz rozmyśla np. o życiu na prowincji w rodzinnym mieście (jest to Lublin, choć ta nazwa nie pada), o polityce, która dzieli ludzi, o kulturze masowej i roli uniwersytetu we współczesnym świecie. Jest też mowa o pisaniu. Tajemnicza postać zwana Garbarkiem (bo z wyglądu przypomina Jana Garbarka, norweskiego saksofonistę) doradza nieszczęśliwemu bohaterowi pisanie pamiętnika (którego fragmenty może przeczytać czytelnik).

Tytułowa „studnia” jest bardzo ważnym i symbolicznym elementem książki, pojawiającym się wprost lub pośrednio dość często. Całe szczęście jej rola nie została przez autora określona dosłownie, sami możemy nadać jej znaczenie podczas lektury lub po niej. Czy warto zaglądać do studni? Czy warto przyglądać się przeszłości, temu, co było i sobie oraz temu, co jest? Moim zdaniem na pewno warto przeczytać „Studnię” Grzegorza Filipa i stanąć oko w oko z tymi pytaniami.

Ocena: 5/6

Arcydzieło? (Recenzja książki: Charlotte Brontë, Villette)

Arcydzieło? Mam wątpliwości. Na pewno nie czyta się tej książki szybko, lekko i przyjemnie. Na pewno bardziej podobała mi się „Jane Eyre”. A jednak „Villette” ma w sobie coś szczególnego i wyjątkowego. Coś, co trudno dostrzec od razu i bez pomocy (do wypełnienia „białych plam” przydaje się znajomość biografii pisarki).

Wydawnictwo MG, 2013, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Róża Centnerszwerowa

Do tej prawie siedmiuset stronicowej powieści trzeba mieć cierpliwość i dużo czasu. Ja czytałam bardzo powoli (ze względu na pracę), pięćdziesiąt stron dziennie, wieczorami przed snem (zasypiałam potem prawie od razu). Było to moje drugie podejście do tej lektury. Za pierwszy razem (mimo mojego uwielbienia dla talentu pani Brontë) poddałam się po stu stronach.

W „Villette” nic się nie dzieje. Albo prawie nic. Wydarzenia nie porywają, bohaterowie nie zachwycają. Pewne wątki były mi już znane z wcześniejszej twórczości Charlotte (pobyt w Brukseli, praca nauczycielki, niechęć do katolicyzmu). Wplatała ona swoją autobiografię w różne dzieła („Villette” ma dużo wspólnego z „Profesorem”, na którego swego czasu bardzo narzekałam na blogu).

Narratorką jest Lucy Snow – postać, która powinna być w centrum, ale wyraźnie od pierwszych stron usuwa się w cień (z którego bacznie obserwuje innych). Przeżyła ona w swoim życiu wielką tragedię (nie wiadomo, jaką konkretnie). Możemy się domyślać, że była to utrata najbliższych, która sprawiła, że coś w niej umarło i tę „śmierć” nosiła zawsze w sobie:

„Nie da się jedna zataić, że gdyby tak miało być, należałoby wyobrazić sobie, że uległam snadź w jakiś sposób katastrofie, zostałam wyrzucona za burtę albo też że moja łódź się rozbiła. I ja sama także pamiętam czas – długi okres – chłodu, niebezpieczeństw, zwad. Do dnia dzisiejszego, ilekroć dławi mnie nocna zmora, doznaję ponownie owego uczucia słoności napływającej mi do przełyku wody i jej mroźnego ucisku na płuca. Wiem nawet, że rozpętała się burza, i to burza, która trwała nie godzinę czy jeden dzień tylko. W ciągu wielu dni i nocy nie zajaśniało słońce ani też nie zabłysnęły na niebie gwiazdy; własnymi rękami wyrzucaliśmy takielunek z naszego statu; nad naszymi głowami srożył się sztorm, straciliśmy wszelką nadzieję, że uda nam się uratować. W końcu statek uległ rozbiciu, a cała załoga poszła na dno.” s. 49-50

Charlotte Brontë pisała „Villette” jakiś czas po śmierci swojego brata Branwella i dwóch sióstr, Emily i Anne. Może stąd trudności w czytaniu „Villette”? W uproszczeniu: załamana autorka pisała o załamanej bohaterce (chociaż słowo „załamana” nie jest tu trafne). Obie starały się nie poddać, ale miały tylko tyle sił, by przyjąć postawę rezygnacji, pogodzenia z losem, które było prawie biernością. Czytelnik wchodząc w ten świat, również musi zmierzyć się ze smutkiem, samotnością, nudą, brakiem nadziei, nieodwzajemnioną miłością lub jej brakiem. To ciężka próba, szczególnie gdy nasze życie przypomina losy Lucy/Charlotte. Czy po tragedii jest jeszcze miejsce na radość?

Bardzo trudno mi ocenić „Villette”. Dopiero wczoraj skończyłam czytać i długo jeszcze będę o niej myślała (i o jej autorce). Bardzo chciałabym przeczytać biografię Charlotte pióra świetnej pisarki Elizabeth Gaskell (ukaże się niedługo po raz pierwszy w Polsce nakładem wydawnictwa MG). Mam wrażenie, że im więcej czytam tego, co napisała najstarsza z sióstr Brontë i tego, co napisano o niej (świetna książka Eryka Ostrowskiego „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”), tym lepiej rozumiem, co chciała przekazać. Nie pisała romansów dla rozrywki znudzonych kobiet. Miała ambicję pokazania życia, uczuć i psychiki kobiety takimi, jakie są. W swojej ostatniej powieści udało jej się to w prawie doskonały sposób.

Ocena: 5+/6

Słońce w pochmurny dzień (Recenzja książki: Monika Szwaja, Anioł w kapeluszu)

„Klub Mało Używanych Dziewic” i jego kontynuacja „Dziewice, do boju!” (które czytałam kilka lat temu) bardzo mi się podobały. „Anioł w kapeluszu” też, ale troszeczkę mniej. Zaraz opowiem Wam o nim więcej, najpierw chciałabym podkreślić, że ogólnie w powieściach Moniki Szwai cenię kilka rzeczy: jest w nich ciepło, niosą pocieszenie, są jak słońce w pochmurny dzień. Jednocześnie język jest zabawny, pełen „kalek” z języka potocznego, cytatów, nie nudzi. I ostatnia rzecz, równie ważna jak poprzednie: pisarka opowiada historie, w których panuje równowaga między smutkiem a uśmiechem. Np. jej bohaterowie płaczą w nocy w poduszkę z samotności, a w dzień urządzają przyjęcia w gronie przyjaciół. Jak w życiu. Tylko zakończenie musi być optymistyczne.

Wydawnictwo: SOL, 2013, egzemplarz recenzencki

Początek „Anioła…” czytałam w poczekalni u dentysty i może dlatego ciężko mi się było skupić. Trzy przeplatające się wątki, mnóstwo imion do zapamiętania, a tu ciągle ktoś gada nad uchem. Myślałam, że to będzie lekka książka, którą można czytać wszędzie (w miejscach typu tramwaj czy właśnie poczekalnia), ale się najwyraźniej pomyliłam. Pierwsze osiemdziesiąt stron przeczytanych w trudnych warunkach nie wpłynęło jednak negatywnie na dalszą lekturę. Już w domu, na spokojnie czytało się bardzo przyjemnie. Może też dlatego, że aż tyle trzeba było czasu, by poznać i polubić bohaterów oraz wciągnąć się w akcję.

Jaśmina – pani profesor, której umarł mąż, a trzej synowie postanowili się usamodzielnić i wyprowadzić z domu. Jonasz – dwunastolatek, którego rodzice wychowują w jeden z najgorszych możliwych sposobów. Miranda – studentka polonistyki po przejściach (opisanych w „Zupie z ryby fugu”). To główne postaci, drugoplanowych i trzecioplanowych jest bardzo dużo. Nie brakuje wśród nich barwnych i wyjątkowych osobowości oraz bohaterów znanych z poprzednich książek Moniki Szwai. Akcja dzieje się tradycyjnie głównie w Szczecinie i ciekawie to miasto zostało w nią wplecione (dla mieszkańców to musi być duży plus).

Długo trwało zanim zorientowałam się, co jest motywem przewodnim „Anioła…”. Wcześniej często zastanawiałam się, do czego to wszystko zmierza. Były sytuacje bardzo przewidywalne (przeprowadzka Jaśminy), były i zaskakujące (jakby autorka bawiła się z czytelnikami). Okazało się, że książka ma przesłanie/morał. To dobrze, chociaż nie wiem, czy nie jest ono zbyt proste. Czy autorka skłoni kogoś do przemyśleń/wprowadzenia zmian w życiu?

Z wszystkich wątków najbardziej od początku zainteresował mnie ten z Jonaszem (szczególnie jego wycieczka do Karpacza, który bardzo lubię), ponieważ wydał mi się najoryginalniejszy. Aby polubić Jaśminę, potrzebowałam więcej czasu. Blado wypadł za to wątek Mirandy. Obawiam się, że same postaci nie zostaną mi długo w pamięci, ale mam nadzieję, że zapamiętam klimat książki i że przez jakiś czas utrzyma się dobry nastój, w który mnie wprawiła.

Na koniec pochwalić chciałam odautorskie wstawki, np.:

„Jesień i zima są porami roku, które autorka tej książki najchętniej skreśliłaby na zawsze z kalendarza, zostawiając czas od marca do października. Ponieważ nie da się tego zrobić w rzeczywistości – niech ja mam przynajmniej w książce tę przyjemność…

Zwłaszcza że tej jesieni i zimy żadne dziejowe wydarzenia nie miały miejsca.”

Ujęły mnie też cytaty z wierszy, np. z „Ody do słowika” Johna Keatsa.

Ocena: 5/6

Zastrzyk pozytywnej energii (Krystyna Mirek, Droga do marzeń)

Potrzebuję od czasu do czasu lekkiej, relaksującej lektury, która podniesie mnie na duchu, rozbawi, w której bohaterowie będą sympatyczni i zwyczajni, a ich problemy uda się rozwiązać co do jednego w przewidywalny, lecz nie denerwujący sposób. I taką lekturą okazała się właśnie „Droga do marzeń” Krystyny Mirek.

Wydawnictwo: Feeria, 2013, egzemplarz recenzencki

Podobało mi się, jak autorka przeplotła ze sobą wątki kilku osób. Szybko odkryłam, co je łączy, lecz nie miało to znaczenia dla przyjemności czytania. Język był na tyle plastyczny, że wszystkie wydarzenia od razu sobie wyobrażałam (jakbym oglądała komedię romantyczną). Rozpuszczona jedynaczka opuszczona i przestraszona przebywa nocą na dworcu. Jej ojciec został aresztowany, a cały majątek zabezpieczył prokurator, matka uciekła z pieniędzmi z tajnych kont. Całe szczęście dziewczynie pomaga bezdomny, zaradny chłopak. Konstancja i Rafał to główni bohaterowie. Obok nich występują również dwa małżeństwa: Anna i Jerzy oraz Anna i Paweł i ich dzieci. Każda z postaci ma swoje marzenia, ale droga do nich wcale nie jest prosta:

„Konstancja zamyśliła się. Marzenia. Tak, to było jedyne, co jej pozostało w tym najtrudniejszym momencie życia. […] Nigdy nie drążyła własnych emocji, żeby przypadkiem nie dokopać się na dnie do smutku, samotności i poczucia niezrozumienia. Do tego, że w gruncie rzeczy czuje się w świecie pochłoniętych własnymi sprawami rodziców źle i obco. Że marzy o szczerej relacji z bliskim człowiekiem. Że nie wie, kim naprawdę jest i o co jej chodzi. To dlatego czytała tyle książek, z tego powodu lubiła uczestniczyć w szkoleniach najdroższych specjalistów od rozwoju osobistego. Szukała przewodnika, kogoś, kto wskaże jej drogę. Ale nigdy się do tego nie przyznawała nawet sama przed sobą. Teraz miała dużo czasu. Wszystko, co znała, rozsypało się w proch, a spod niego wyjrzały zakopane wcześniej głęboko uczucia.” s. 90-91

Polubiłam Konstancję, dziewczynę z charakterem, szczerą, pomysłową, mającą swoje zdanie, uparcie dążącą do celu, a jednocześnie nie panującą nad swoimi emocjami. Uśmiałam się, czytając jej rozmowy z Rafałem. Podobało mi się, że uczucie między nimi nie przebiegało według prostego schematu: poznali się i zakochali w sobie od pierwszego wejrzenia, było bardziej interesująco. W ogóle relacje międzyludzkie (w małżeństwie, w rodzinie) zostały przez Krystynę Mirek wiarygodnie odtworzone, nie cukierkowo, ale mądrze.

„Droga do marzeń” przypomniała mi czasy sprzed studiów polonistycznych, kiedy czytałam książki wyłącznie dla przyjemności, nie oceniając ich walorów literackich, nie porównując do arcydzieł literatury polskiej i światowej. To były piękne czasy! Książki dzieliłam wtedy na dobre (te, które mi się podobały) i niedobre (te, które mi się nie podobały). Proste. Teraz ciężko mi wyrzucić z głowy wiedzę zdobytą z trudem przez pięć lat wkuwania. Ale dobrze, że czasami się udaje. Jeżeli kiedyś będę potrzebowała zastrzyku pozytywnej energii, chętnie sięgnę po „Drogę do marzeń” po raz drugi.

Ocena: 5/6