Uniwersalne i niezmienne (Anikó Polgár, Archeolożka w czółenkach)

„Europejski Poeta Wolności” to ważna literacka nagroda, która przyznawana jest w Gdańsku co dwa lata (od 2010 roku). W czwartej edycji wśród siedmiu nominowanych do niej poetów znalazła się m.in. Anikó Polgár z Węgier. Dzięki temu ukazał się na naszym rynku tomik jej wierszy pt. „Archeolożka w czółenkach” w przekładzie Anny Góreckiej. Przy okazji w Internecie zamieszczone zostały dwa intrygujące utwory – „W poczekalni u Parysa” i „Delos” – i to właśnie one skłoniły mnie do przeczytania całego zbioru.

Anikó Polgár, Archeolożka w czółenkach

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor tłumaczenia: Anna Górecka

Anikó Polgár to nie tylko poetka, ale również tłumaczka i historyczka literatury, absolwentka filologii klasycznej. Jej fascynacja mitologią grecką widoczna jest prawie w każdym wierszu. Można je oczywiście czytać, nie sprawdzając, kim była Niobe, Leto, Hermiona, Klitajmestra, Kasandra i inne wymienione w tytułach panie… Ale dużo większą frajdę daje odkrywanie, co autorka wzięła z tradycji starożytnych Greków, a co dorzuciła od siebie. „Pożyczone” są na pewno imiona i biografie bogiń/bogów i bohaterek/bohaterów. „Własne” – kobiece doświadczenia i uczucia: poród, macierzyństwo, cierpienie, zazdrość. Szczególnie często pojawia się motyw ciąży, narodzin i karmienia dziecka przedstawiony w sposób naturalistyczny, cielesny i bardzo sugestywny.

Mity to niewyczerpane źródło inspiracji dla artystów od wieków, ale nie jest tak prosto nadać im aktualną wymowę, po raz kolejny odczytać na nowo, sprawić, by silnie poruszały odbiorców żyjących w zupełnie innych czasach i kulturach. Węgierka miała świetny, choć prosty koncept, jak to zrobić. Współczesna „scenografia”, „rekwizyty” i problemy dnia codziennego w jej twórczości zestawione zostały z antycznymi postaciami i tematami. Bogowie i bohaterowie (herosi, księżniczki, królowe) pozbawieni są boskich atrybutów, mocy i władzy, „strąceni z Olimpu” i z piedestału – doświadczają wszystkiego jak zwykli ludzie, przede wszystkim fizycznego bólu, ograniczeń ciała, wstydu, strachu, zmęczenia. Biologia wysunięta jest na plan pierwszy.

W „Archeolożce w czółenkach” starożytność ożywa na różne sposoby. W pierwszej części pod piórem poetki antyczne postaci wkraczają w czasy esemesów, sztućców z plastiku, bilbordów i faktur VAT. To zestawienie przeszłości z teraźniejszością wprowadza do utworów humor i ironię. W części drugiej podmiot liryczny odwiedza starożytne miasta i wyspy: Rzym, Ateny, Delos, Kretę, Neapol, Delfy, Itakę i inne. Z każdym z nich związana jest jakaś opowieść. Klamrę kompozycyjną zbioru tworzą, co zaskakujące, dwa utwory ze świętą Hildegardą w tytule. W obu pojawiają się wątki autotematyczne, radość i trud pisania, problem właściwego doboru słów:

„[…] kropki zaczynają się wiercić
zdania są niezamykalne, jak zamki błyskawiczne podróżnych toreb [...]
Słowa pocą się pod brzemieniem znaczeń.”

„Święta Hildegarda w hotelu Wergina”, s. 133

Tomik ten ma bardzo przemyślaną strukturę, poszczególne utwory są ze sobą powiązane, ich kolejność nie jest przypadkowa. Warto spojrzeć na opisany przez Polgár ludzki los i chwilę zastanowić się nad tym, co jest w nim uniwersalne i niezmienne.

Ogłoszenie laureata Nagrody „Europejski Poeta Wolności” nastąpi podczas Międzynarodowego Festiwalu Literatury w marcu 2016 roku w Gdańsku.

Luźny zapis myśli (Julia Hartwig, Zapisane)

Luźny zapis myśli o wierszach Julii Hartwig z tomiku „Zapisane”:

Poezja, którą trzeba czytać powoli. Pojedyncze wersy pełne są znaczeń. Zachwyca głębią, spokojem, mądrością. Doświadczenie życia przelane na papier. Dużo czasowników w trybie rozkazującym (skojarzenia – Pan Cogito Herberta). Rady – dla siebie czy dla innych? (A może jedno i drugie?)

Wydawnictwo a5, 2013, egzemplarz z biblioteki

Czcionka ważna – tytuł częścią tekstu – bardzo silnie z nim związany. Wyjątkowo poetyckie fragmenty – kursywą – cytaty i autocytaty. Biblijne nawiązania. Pochwała istnienia.

O pisaniu – o samym procesie tworzenia, o starości, o sobie, ale bardzo dyskretnie, między słowami. Nie wprost – ale jednak – w kilku wierszach żegnanie się z życiem. Tak mi się wydaje. Powolne przechodzenie na drugą stronę.

Najlepsze wiersze na początku tomiku. Genialne! („To co przeżyliśmy razem”, „Jest w tobie wszystko”, „Z obcości nie z bliskości”, „Jest chwila kiedy widzimy”) Potem następne bardzo dobre i dobre. („Nie wahać się”, „Radości”, „Siła i słodycz”) Ale kolejne stopniowo coraz mniej na mnie oddziałują. Nierówny poziom.

Julia Hartwig pięknie mówi/pisze. Już nikt dzisiaj tak nie pisze. Szlachetny język. Piękna polszczyzna. „Zapisane” znaczy ocalone od zapomnienia. Ale już w pierwszym tekście jest mowa o zupełnym przeciwieństwie – o tym, co niezapisane:

To co przeżyliśmy

niezapisane
wspomnienia więdną
jak nieuprawiany ogród
wszystkie te pytania
zostały bez odpowiedzi
i te ciemne dni
i wszystkie te błyszczące jeszcze w słońcu
szczątki niezapisanej mowy

odpływa strumień nikogo nie zasmucając
samotność uczuć zachwytu i żalu [...]

Wszystkiego nie da się ocalić/zapisać. Wszystkiego nie da się nawet wypowiedzieć. Część zostaje w nas, ciemna i niezrozumiała, ale ważna:

Z obcości nie z bliskości

[...] Nie ma takiego który by nie przeczuwał
że we wnętrzu jego ciemności
dokonuje się to co najważniejsze
a niewypowiedzialne
choć oddalone tylko słabym konturem
od jasności”

Cudownie czytać wiersze, w których można odnaleźć część siebie.

Piętno śmierci (Edgar Allan Poe, Poezje)

Opowiadania Edgara Allana Poe pewnie znacie. A jego wiersze? Ja dostałam tomik w prezencie od osoby, która bardzo chciała, żebym je poznała. Przeczytałam i jestem pod wrażeniem. Mimo że to tłumaczenia (zazwyczaj unikam tłumaczeń poezji).

Tłumacze to: Władysław Nawrocki, Barbara Beaupre, Antoni Lange, Zenon Przesmycki, Józef Czechowicz, Jerzy Żuławski. Wszystkich przekładów jest trzydzieści, niektóre nigdy wcześniej niepublikowane w wersji książkowej. Pochodzą głównie z lat 1886-1910 (tylko jeden z 1938 roku) i mają w sobie urok „dawności” i epoki, w której były pisane. Sześć utworów jest w przekładzie dwóch autorów, co pozwala dokonać porównania ich translatorskiego kunsztu. Najbardziej podobały mi się tłumaczenia Antoniego Langego (może dlatego, że doceniam również jego wiersze).

Wydawnictwo: C&T, 1996
Autorzy przekładów: Władysław Nawrocki, Barbara Beaupre, Antoni Lange, Zenon Przesmycki, Józef Czechowicz, Jerzy Żuławski

A jaka jest poezja Edgara Allana Poe? Naznaczona piętnem śmierci. Śmierć jest w niej wszechobecna. Króluje. Wyobraźnia artysty obraca się wokół tematu utraty ukochanej (bardzo częsty motyw, tylko imiona wybranek się zmieniają), żałoby, cmentarza, grobów, trupów, szkieletów, duchów. Mroczne wizje są bardzo sugestywne. Łatwo wyobrazić sobie bal umarłych w „Opętanym zamku” czy czarny tron śmierci w „Mieście na morzu”. Albo „Robaka zdobywcę”. Jednak najbardziej przejmujący jest według mnie „Kruk”.

O „Kruku” wiele można by napisać (i wiele napisano). Świetna kompozycja i niesamowita atmosfera. Prosty pomysł, ale genialnie wykonany:

„Myśląc, czego to oznaka, nie mówiłem nic do ptaka,
Który swe płonące oczy w serce wbijał mi jak nóż.
Tak siedziałem, wsparłszy głowę o poduszki fioletowe,
A blask lampy światło płowe lał na ich matowy plusz.
Ach, niestety Ona o ten fioletowy, miękki plusz
Skroni swej nie oprze już!

Wtem powietrze się zamgliło, jakby wkoło się dymiło
Sto anielskich trybularzy, tchnących słodką wonią róż.
„Bóg nad bóle, co trapiły serce, lek ci zsyła miły –
Zawołałem – zbierz swe siły i wspomnienia ciężkie zgłusz,
Wdychaj lek ten i wspomnienia o Leonory stracie zgłusz!”
Kruk zakrakał: „Nigdy już!”
(przeł. Zenon Przesmycki)

Wagę słów „Nevermore” zna ten, kto kiedyś coś lub kogoś stracił. Wtedy brzmią nie tylko złowieszczo, ale i wyciskają z oczu łzy.

Po lekturze „Poezji” warto obejrzeć thriller – „Kruk. Zagadka zbrodni” z 2012 roku z Johnem Cusackiem w roli Edgara Allana Poego. Jest w nim wciągająca zagadka kryminalna i dużo krwi. Oraz sporo cytatów z tekstów pisarza. Ciekawa jestem, czy jemu samemu film by się spodobał.

Laurie Anderson, Język przyszłości

Przypadkiem wygrałam tomik „Język przyszłości” w konkursie księgarni Poezjem.pl i tym sposobem poznałam niezwykłą artystkę. Choć nie było łatwo. Do tej książki robiłam dwa podejścia. Pierwsze zupełnie nieudane. Całe szczęście zajrzałam do niej drugi raz, zaczęłam czytać od środka i trafiłam na wyjątkowe teksty.

Wydawnictwo: Biuro Literackie, 2012
Autor przekładu: Julia Fiedorczuk

Początek jest bardzo trudny w odbiorze. Wiersze Laurie Anderson do mnie nie przemawiają (może dlatego że nie wierzę, że można przetłumaczyć poezję). Natomiast jej krótkie autobiograficzne opowiadania są moim zdaniem niesamowite! Każde z nich opisuje dość niezwykłą sytuację (wyprawę na biegun północny, pobyt na farmie Amiszów, w rezerwacie Indian Kri, w wiosce Tsotsilów w Meksyku) i prezentuje oryginalny punkt widzenia. Najbardziej urzekła mnie historyjka o pracy w McDonald’s. Który jeszcze artysta zatrudniłby się w tej restauracji, by później to opisać w swojej książce? Do tego trzeba mieć dużo fantazji i wyobraźni. Świetna jest też historia o leczeniu, które autorka przeszła w szpitalu w dzieciństwie („Opowieść o opowiadaniu”) – jej pointa jest nie tylko przejmująca, ale także można ją potraktować jako cenną wskazówkę na temat tego, jak należy pisać:

„Ale opowiadaniu za każdym razem towarzyszyło dziwne uczucie. Czułam, że czegoś w tej historii brakuje.

I wreszcie pewnego dnia, kiedy akurat opisywałam małe rożny, na których wisiały dzieciaki, poczułam, jakbym z powrotem znalazła się w szpitalu. Przypomniałam sobie brakującą część. Chodziło o to, jakie odgłosy rozbrzmiewały nocą na oddziale. Były to odgłosy dzieciaków, płacz i krzyki. Odgłosy, jakie wydają dzieci, kiedy umierają.

A potem przypomniała mi się cała reszta – zapach leków, spalonej skóry, strach. I jak niektóre łóżka rano okazywały się puste i jak pielęgniarki nigdy nie mówiły o tym, co się stało z dziećmi, po prostu ścieliły te łóżka i sprzątały oddział.

Więc problem z tą historia był taki, że opowiadałam tylko swoją część. Resztę zapomniałam. Posprzątałam, dokładnie tak jak pielęgniarki.”

Minimalizm, niewiele słów, uchwycenie sedna rzeczy, coś ważnego do przekazania innym – te cechy mają teksty Anderson. Wiele czytelnik dopowiada sobie sam.

„Język przyszłości” to cienka książka (około siedemdziesięciu stron), ale bardzo zaskakująca. Tomik wierszy i luźne kartki z autobiografii w jednym (zatarte momentami granice między poezją i prozą). A na końcu interesująca notka biograficzna autorstwa tłumaczki – Julii Fiedorczuk, która pomaga lepiej zrozumieć fenomen twórczości Laurie Anderson.

Renata Blicharz, Kołderka z białego marmuru

Domyślacie się, czym jest „kołderka z białego marmuru”? Tytuł tomiku wprowadza nas w tematykę śmierci, ale robi to delikatnie. Pieszczotliwe słowo „kołderka” użyte zostało nieprzypadkowo. Renata Blicharz pisze o odejściu dziecka i o rozpaczy matki, ale robi to w taki sposób, którego się nie spodziewałam.

Wydawnictwo RB, 2011, egzemplarz recenzencki

Wiersze z „Kołderki z białego marmuru” wzruszają i poruszają, ale jednocześnie pełne są miłości i wiary. Dużo w nich pulchnych aniołków i nieba, modlitw do Boga – prób pogodzenia się ze stratą. Podmiot liryczny próbuje zrozumieć sens tego, co się wydarzyło. Próbuje też żyć dalej, ale najzwyklejsze przedmioty (takie, jak: kubek z Haną Montaną, „talerzyk/ z pokrojonym w plasterki owocem/ który podsuwałam ci/ gdy godzinami siedzisz przy komputerze”) sprawiają, że ból wraca. Rozpacz się nie kończy, to ona jest ostatnim słowem w ostatnim wierszu. Jednocześnie (nie wiem, w jaki sposób) całość nie jest pesymistyczna. Jest cierpienie, ale fakt mówienia o nim (do zmarłej, do Boga, do Anioła Stróża) wprowadza nutę spokoju, nadziei.

Poszczególne utwory opowiadają razem pewną historię, każdy z nich jest jednym z obrazów tej historii. Pierwszy („Zamiast”) – to moment śmierci i tego, co ją poprzedzało („Więc ją śledziła, podpatrywała/ sączyła jad o niemożności/ szeptała że zamiast życia bez nadziei/ lepszy jest sen bez wątpliwości// I omamiła – / i dała jej fałszywe skrzydła/ na desperacki skok/ w swoje chłodne objęcia”). Drugi („Pożegnanie”) to „zejście” zmarłej do nieba, między anioły („Bo też już ci szykują złocistą sukienkę/ i na wymiar szczupłych ramion/ dwa lśniące skrzydełka/ już powitalne nuty układają specjalnie dla ciebie// już przyjmują cię córeczko/ do swojego grona”). Trzeci („Wszystkie grzechy świata”) – obwinianie się matki o błędy, które popełniła w wychowaniu dziecka („Ja tylko chciałam twojego szczęścia/ dla twego dobra zamykałam/ bramy w zamkach/ przekręcałam klucze/ i zabraniam nie pozwalam/ jesteś za młoda/ jeszcze nie teraz jeszcze poczekaj wolno nie wolno/ i te kolory – znowu na czarno i ta muzyka/ – znowu za głośno”). Następny („Prośba”) ma niezwykłą, nowoczesną formę – to e-mail do Boga, do wiadomości Maryi, ukryte do wiadomości wszystkich aniołków, w którym m.in. autorka radzi Panu Bogu zajrzeć na blog i gadu-gadu jej córki („Witaj!/ Mam do Ciebie wielką prośbę Panie Boże/ żebyś się nią zaopiekował/ podał rękę prowadząc/ przez niebieskie łąki”). Nie będę streszczała każdego tekstu, wszystkie mają przemyślaną konstrukcję, a ich siłą jest plastyczność, prostota i spójność przekazu.

Ten cienki tomik, dziewiętnaście wierszy (a raczej trenów) dostałam od autorki. I bardzo chciałabym jej podziękować, bo inaczej mogłabym się o nim nie dowiedzieć. A takie utwory też są potrzebne, oswajają nas z tematem, od którego chcielibyśmy uciec jak najdalej (choć dobrze wiemy, że się nie da).

Anna Kamieńska, Jasność w środku nocy

O Annie Kamieńskiej od dawna chciałam napisać na moim blogu. Ale pisanie o poezji, a w szczególności o ulubionych poetach, nie jest łatwe. Jednak chcę, żebyście się dowiedzieli o wspaniałych wierszach, które zapadły mi w pamięć i w duszę odkąd tylko je przeczytałam po raz pierwszy, więc postaram się o nich opowiedzieć najlepiej, jak umiem.

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2001

To było na studiach. Poznałam dwa tomiki wierszy Anny Kamieńskiej, które znalazły się na liście lektur uzupełniających do egzaminu z literatury polskiej XX wieku – „Biały rękopis” (1970) i „Rękopis znaleziony we śnie” (1978). Oba mi się bardzo spodobały, ale to ten drugi uważam za genialny. „Rękopis znaleziony we śnie” zawiera tyle doskonałych utworów, że nawet trudno je tutaj wszystkie wymienić („Prorocy”, „Rozterka Kasandry”, „Granica”, „Zdziwienie”, „Kłamstwo doktora Korczaka”, „Imiona”, „Bezprawie”, „Psalm”, „Matka”, „Sen”, „Ślub”, „Wolność”, „Po co”, „Niewiara”, „Poezja nie ocala”, „Dom rodzinny”, „Emaus”, „Jest dobroć”, „Uwaga”, „Sumienie”). Są wśród nich takie, które są dla mnie bardzo ważne. Np. „Poezja nie ocala”:

Poezja nie ocala
Poezja nie ocala
nie pociesza
nie jest kraciastą chustką na otarcie łez
nie jest chlebem ani wodą
nie jest domem
na rozprostowanie kości
ani snem w którym odbywa się zjazd rodzinny
żywych i umarłych […]

Szkoda że nie jest tym wszystkim
że nie można jej pić z bliskiej dłoni jak ze studni
że nie jest nawet spojrzeniem
listem zaglądającym w oczy [...]”

Dlatego teraz, kiedy sięgnęłam po zbiór „Jasność w środku dnia”, kilku z nich bardzo mi brakowało.

„Jasność w środku dnia” to chronologiczny wybór wierszy, którego dokonał ksiądz Jan Twardowski (z pomocą Katarzyny Gorzałówny). On też napisał bardzo ciekawe posłowie. Z jednej strony takie zbiory to dobry pomysł – czytelnik dostaje przegląd twórczości danego twórcy w jednym tomie. Z drugiej – zawsze jest ryzyko, że osoba, która dokonywała wyboru pominęła utwory, która nam by się spodobały. Dlatego ja zdecydowanie najbardziej lubię pełne wersje tomików. Nie znaczy to, że nie cieszę się, że sięgnęłam po „Jasność…”. Cieszę się bardzo, bo odkryłam nowe, przejmujące teksty. Z tomu „Poezje wybrane” (1959) poświęconemu pożegnaniu z matką: „*** Całą noc siedziałam przy niej”, „*** Wracam ze szpitala od niej, od chorej”, „Litania”, „*** Wstaje, odrywa się od ust zamkniętych”, „*** Kiedy umiera matka”. Trzeba mieć wiele odwagi, żeby w tak otwarty sposób pisać o śmierci. Trzeba też wiele talentu.

Talent Anny Kamieńskiej rozwijał się, zmieniały się środki wyrazu. W „Białym rękopisie” (1970) poświęconym opłakiwaniu męża znajdziemy utwory bardziej uniwersalne, technicznie dojrzalsze niż te we wcześniejszych tomach. Przykładem niech będzie ten tekst:

***
Nie bój się dotknięcia słowa
tylko palce słów parzą rzeczywiste
nie umykaj warg od pocałunku słowa
tylko one mroźne prawdziwe
nie wątp w słowo nie mów że kłamie
tylko ono trwa nie mija
kłamstwem jest tylko życie
tylko czas [...]”

Każde słowo w poezji tej poetki staje się na wagę złota, jest tak wyważone, że nie da się go zastąpić żadnym innym. Prezentuję Wam tylko fragmenty, więc może nie być tego widać.

Właściwie o wielu wierszach z tego zbioru chciałabym wspomnieć, ale nie ma tu tyle miejsca. Na koniec na zachętę zacytuję Wam jeszcze jeden, który odkryłam dzięki temu wydaniu. Z tomu „Drugie szczęście Hioba” (1974):

Perswazja
Samotność nie jest taka zła jak się wydaje

Jest dobra po to aby ukryć szczęście i łzy
Samotność jest dobra żebyśmy mogli czasem
być sami tylko z radością
sami tylko z miłością
tylko z morzem
Samotność jest dobra żeby nikomu nie ciążyć w drodze
nie wieszać się na szyi jak order zloty z imienia
żeby widzieć człowieka [...]”

Myślę, że dużo w tym utworze (tak, jak i w pozostałych) mądrości, osobistych doświadczeń, przemyślanych i przekutych w lirykę. Jeżeli sięgniecie po twórczość tej poetki, na pewno nie pożałujecie.

Krystyna Gucewicz, Z miłości

Z miłości Krystyna Gucewicz napisała piękne wiersze. Szczere, ufne, zaskakujące. To, że podziwiam poezję tej poetki na pewno nie jest dla Was już zaskoczeniem. Z radością poznaję kolejne tomiki („Kocham cię”, „Przytul mnie”, „Tabletki na miłość”, „Serce na smyczy”, „Nagie wiersze”, „Łzy ptaka”) i mam wrażenie, że dzięki temu coraz lepiej rozumiem jej twórczość.

Wydawnictwo: Kowalska/Stiasny, 2003

„Z miłości” tematycznie poświęcony jest tytułowemu uczuciu, a właściwie całej skali uczuć: zakochaniu, tęsknocie, zazdrości, zdradzie. Raczej nie ma w nim utworów słabych, przeważają te bardzo dobre, ale wyjątkowy jest tylko jeden („Piekło”). Bardzo mnie dziwi, jak różnie oceniam „Łzy ptaka” i „Z miłości”. Ten pierwszy zbiór zawiera teksty, które nie przypały mi do gustu, ale również kilka, które uważam za genialne. Drugi natomiast ogólnie jest lepszy, ale zapamiętam z niego mniej poszczególnych liryków. I tak cieszę się, że na półce mam oba.

Ogromnie podoba mi się poruszające „Piekło”:

„I kto ci dał tę wściekłą władzę nade mną
klucz do klatki bez wyjścia
śmieszność wierności
dzbanek na łzy
klątwę łaknienia – cały ten banał
prawdziwej miłości…”

Krótki, prosty, ale kipi od emocji. Zdania zdają się krzyczeć, jakby podmiot liryczny chciał wyrzucić z siebie całą złość do osoby, którą kocha. Kilkuwyrazowe frazy pełne są przeciwstawień: klatka jest bez wyjścia, skąd więc do niej klucz? Wierność jest śmieszna, lecz zaraz za nią pojawiają się łzy i to cały ich dzbanek! „Klątwa łaknienia” może brzmi banalnie (i trochę paradoksalnie przy dzbanku na łzy), ale zaraz za nią pojawiają się słowa odważne o „prawdziwej miłości”. I ten tytuł – „Piekło”. Zestawienie „prawdziwej miłości” z piekłem, klątwą, wściekłością sprawia, że nie jest ona jednowymiarowa, prosta i szczęśliwa.

Warto zwrócić uwagę na „Niewybaczalne spóźnienie” („Nie było cię w porę/ o poranku cnoty, w/ południe naiwnej miłości/ przy stole, z którego jedli inni/ nie czując smaku./ Nie byłam ci wierna – nie wiedziałam że będziesz. [...]”). Metafory w nim zawarte proste są do odczytania. A sama historia przypomina tę opowiedzianą przez Krystynę Gucewicz w autobiograficznej książce „Zaczekaj na koniec deszczu”, liczne związki z mężczyznami i w końcu odnaleziona miłość. Wątek ten wraca zresztą np. w „Nic a nic” („Nic mnie nie obchodzą tamci mężczyźni/ chłopcy, starcy, kuglarze,/ co dotykali mego życia i piersi.”). Cały tomik napisany został tak, by można było z poszczególnych jego części zbudować jedną opowieść o obezwładniającym, jedynym w swoim rodzaju uczuciu.

Polecam fanom poetki!