Melancholijny kryminał (Kjell Eriksson, Kamienna cisza)

Kjell Eriksson napisał serię książek z policjantką Ann Lindell w roli głównej, która została przetłumaczona na kilkanaście języków oraz zdobyła liczne wyróżnienia. To zachęciło mnie do zapoznania się z jego twórczością. Wybrałam tom trzeci pt. „Kamienna cisza”, ponieważ pierwszy i drugi nie zostały dotąd u nas wydane.

Kjell Eriksson, Kamienna cisza

Wydawnictwo: Amber, wyd. II, 2016, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Ewa Chmielewska-Tomczak

Wrażenia po lekturze mam pozytywne. Trzysta trzydzieści pięć stron przeczytałam bardzo szybko. Nawet pomyślałam (żartem), że Szwedzi muszą uczyć dzieci pisania powieści kryminalnych w szkołach, bo ich autorzy są w tym niesamowicie dobrzy. Jakby znali przepis na kryminał idealny. W skrócie: wziąć bohatera (najlepiej policjanta) wzbudzającego sympatię, opisać, jak prowadzi śledztwo razem z kolegami z pracy, przeplatając sceny kryminalne wątkami z życia prywatnego, wszystko to ukazując na tle jakiegoś szwedzkiego miasta/wsi, by na koniec rozwiązanie zagadki połączyć z ważnymi kwestiami społecznymi lub politycznymi.

Eriksson nie odbiega za bardzo od gatunkowego schematu. A jednak dwie rzeczy go wyróżniają. Pierwsza: główną bohaterką jest policjantka, której problemy osobiste i rozmyślania o życiu zdają się być dla autora równie ważne jak śledztwo. I druga rzecz, dużo trudniejsza do uchwycenia, to klimat tej opowieści. Z braku innych słów nazwałabym go melancholijnym. Smutek, samotność, tęsknota są gdzieś rozsiane „między stronami”.

Nastrojowe opisy miejsc i emocji wewnętrznych w „Kamiennej ciszy” przeplatają się nieustannie z fragmentami opowiadającymi o poszukiwaniu przez policję człowieka, który śmiertelnie potrącił młodą kobietę – Josefin Cederén i jej sześcioletnią córeczkę Emily:

„Środa czternastego czerwca zapowiadała piękne lato. Dolina prowadząca do jeziora Mälaren kipiała bujną zielenią. Pastwiska porastała wysoka trawa. W niektórych miejscach zaczynały się już pierwsze zbiory. Tuż przed Högby jakiś mężczyzna zostawił na poboczu traktor i wszedł ciężkim krokiem w koniczynę i tymotkę sięgające mu do pasa. Ann przez chwilę miała niemal fizyczne odczucie obecności Edvarda. To on mógł iść tym polem, obejmując dłońmi ramiona. Wrażenie minęło po sekundzie, ale jednak nie. On tam był. W tym krajobrazie. Jeszcze pół roku po rozstaniu Edvard Risberg towarzyszył jej jak cień. Słyszała jego słowa i czuła jego dłonie. Nikt dotąd nie wniknął w jej życie jak on.

Kozioł sarny pojawił się na skraju lasu, spoglądając czujnie w stronę Lunsen. Słońce świeciło Ann prosto w oczy, ale nie opuściła osłony w samochodzie, tylko pozwoliła, by promienie grzały ją w twarz. Edvardzie, jesteś teraz nad morzem?

Kilometr dalej na skraju rowu leżała kobieta z córeczką.” (s.12)

Czy mordercą mógł być mąż i ojciec ofiar, pracujący w medycznej firmie MedForsk, Sven-Erik? I co było motywem zbrodni?

W Internecie można znaleźć sporo negatywnych opinii o tej książce zarzucających jej nudę, przeciętność, rozwlekłość. Moim zdaniem nie jest to najlepszy kryminał na świecie, ale na pewno solidna proza, z wiarygodnymi portretami psychologicznymi postaci i ciekawymi scenami obyczajowymi. Warto również pamiętać, że to jeden z początkowych tomów serii. Podejrzewam, że kolejne są lepsze i chętnie się kiedyś o tym przekonam osobiście.

Brutalny i oryginalny (Pierre Lemaitre, Koronkowa robota)

Kryminał, który trzeba przeczytać do końca. Dopiero wtedy można go w pełni docenić. Pierre Lemaitre bawi się formą, zwodzi czytelnika, cytuje wielkich pisarzy, a jednocześnie epatuje brutalnymi scenami. Jego „Koronkowa robota” pełna jest wymyślnych morderstw popełnianych przez psychopatę, ale są w niej także odniesienia literackie i autotematyczne refleksje. Szokująca mieszanka!

Pierre Lemaitre, Koronkowa robota

Wydawnictwo: Muza, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Joanna Polachowska

A to nie wszystko. Są dwie części. Pierwsza, pozornie zwyczajna, w której poznajemy głównego bohatera – inspektora Camille’a Verhoevena (czterdzieści lat, wzrost: metr czterdzieści pięć), jego żonę (Irene, w zaawansowanej ciąży) i kilku policyjnych współpracowników. Towarzyszymy mu w prowadzeniu śledztwa i poszukiwaniu seryjnego mordercy (wielbiciela kryminałów) oraz poznajemy życie prywatne, przeszłość i teraźniejszość. Kiedy wszystko wydaje się jasne, oczywiste i przewidywalne (udało mi się nawet odgadnąć, kto zabił), rozpoczyna się część druga. O niej nie mogę niestety nic napisać. Poza tym, że jest oryginalna, wywraca fabułę do góry nogami.

Styl całej tej dwuczęściowej opowieści bardzo mnie zaskoczył. Szczególnie język (chociaż trudno go ocenić, czytając przekład) zwraca na siebie uwagę. Sposób narracji zmienia się zależnie od sytuacji. Dużo miejsca zajmują psychologiczne portrety bohaterów (prawie jak w dziewiętnastym wieku). Autor świadomie używa różnych technik, środków, które sprawiają, że jego powieść jest wciągająca, atrakcyjna, wielowarstwowa. Zakończenie jest wręcz filmowe – widzi się je oczyma wyobraźni (przerażający widok).

Wydawać by się mogło, że w kryminałach już nic nowego wymyślić nie można. A jednak – pozostaje mieszanie gatunków, gry z kliszami, intertekstualność. Lemaitre stawia w swojej powieści pytanie o wartość literatury detektywistycznej oraz pokazuje jak się zmieniała:

„Pierwsze książki wydały mu się raczej klasykami. Prywatni detektywi, popijając kawę i jedząc pączki, gnuśnieli w nędznych biurach nad stertami niezapłaconych rachunków. Sfiksowani zabójcy raptem folgowali swoim psychopatycznym impulsom. A potem styl się zmieniał, stawał się coraz bardziej odjechany, coraz bardziej dosadny. James Ellroy zaczynał ukazywać okrucieństwo w stanie czystym. Miejskie szumowiny jawiły się jako metafora zdemoralizowanej i odartej ze złudzeń ludzkości. Miłość nabierała cierpkiego posmaku ulicznych dramatów. Do głosu dochodziły sadyzm, przemoc, okrucieństwo, nasze najniższe fantazmaty z całym korowodem krzywd i odwetów, maltretowanych kobiet i krwawych zbrodni.” (s. 136-137)

Pisarz porusza interesujące zagadnienie, o którym sama mimowolnie wielokrotnie myślałam podczas lektury. A mianowicie: dlaczego ludzie chcą czytać o zbrodniach? W tekście pojawia się m.in. taka odpowiedź:

„Niewiarygodny sukces literatury kryminalistycznej wyraźnie dowodzi, jak bardzo świat spragniony jest śmierci. I tajemnicy. Goni za tymi obrazami nie dlatego, że ich potrzebuje. Ale dlatego, że ma tylko to. Abstrahując od wojen i wielkich bezinteresownych rzezi, jakie polityka ofiarowuje ludziom, by zaspokoić ich nieopanowaną żądzę śmierci, cóż innego mają? […] Pisarze piszą o śmierci dla ludzi, którzy łakną tej śmierci, tworzą dramaty, by zaspokoić ich tęsknotę za dramatem.” (s. 311)

Jest to fragment listu jednej z ważnych postaci.

„Koronkowa robota” to pierwsza część cyklu o komisarzu Verhoevenie. Jeszcze nie wiem, czy sięgnę po kolejne tomy. Czy będę chciała wrócić do okrutnego świata wykreowanego przez Lemaitre’a?

Kryminał idealny (Jørn Lier Horst, Psy gończe)

Klasyczny kryminał. Świetnie napisany, niesamowicie wciągający. Nie ma w nim wciśniętych na siłę wątków politycznych, społecznych czy historycznych. Jest za to dwójka głównych bohaterów – sympatyczny policjant i jego dociekliwa córka dziennikarka oraz dwa śledztwa dotyczące morderstw – jedno z teraźniejszości, drugie z przeszłości. Akcja świetnie poprowadzona, niezbyt zawiła, z niedużą liczbą postaci. Krótkie rozdziały i akapity, naturalne dialogi. Wszystko to sprawia, że czyta się szybko i przyjemnie, a czas płynie, nie wiadomo jak i kiedy. Fabuła nie zostaje w pamięci na długo, ale to nie ma dla mnie znaczenia.

Jørn Lier Horst, Psy gończe

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Milena Skoczko

„Psy gończe” to druga wydana w Polsce książka autorstwa Jørna Liera Horsta. W 2014 roku pojawił się na naszym rynku godny polecenia „Jaskinowiec”. Obie powieści należą do cyklu o Williamie Wistingu. Tym razem trochę przeszkadzało mi, że czytam niechronologicznie (część ósmą, po części dziewiątej). Niby nie jest to ważne, nie utrudnia zrozumienia głównego wątku, ale jednak pewien dyskomfort czułam. Jeżeli macie wybór, lepiej przeczytać najpierw „Psy gończe”. Szczególnie że są lepsze!

W „Jaskiniowcu” podobały mi się towarzyszące rozwiązywaniu zagadki kryminalnej rozważania natury psychologicznej i społecznej. Skłaniały one do refleksji, sprawiały, że czytanie nie było tylko rozrywką. W „Psach gończych” tego jest mniej, ale za to tempo jest szybsze, więcej się dzieje. I nie jest nudno – całe szczęście pisarz nie powtarza tego samego schematu fabularnego. Tym razem Wisting zostaje zawieszony w pełnieniu obowiązków, bo toczy się przeciwko niemu postępowanie w sprawie sfabrykowania dowodów w dochodzeniu sprzed lat. W znalezieniu prawdziwego winnego i oczyszczeniu się z zarzutów pomaga mu oczywiście odważna Line.

Horst czerpie ze swoich doświadczeń z pracy w policji, to widać. Pozwala czytelnikowi przyjrzeć się, jak szukanie mordercy wygląda współcześnie, bez upiększeń. Za każdym razem jest to ciężka, żmudna praca całego zespołu śledczych, która nie byłaby możliwa bez współpracy ze specjalistami z różnych dziedzin. Z jego książek wiele możemy się dowiedzieć również na temat pracy dziennikarzy śledczych, etyki w mediach, mechanizmów rządzących publikacjami itp.

„– Cześć, tato. Dzwonił do ciebie ktoś z gazety?
– Nie – odparł Wisting i skinął na pożegnanie trzem studentom, którzy ruszyli do wyjścia. – Dlaczego pytasz? Stało się coś?
Line nie odpowiedziała.
– Jestem teraz w redakcji – wyjaśniła.
– Nie miałaś mieć wolnego?
– Tak, ale trenowałam na siłowni i postanowiłam zajrzeć na górę.
Wisting dokończył picie kawy. Line była do niego bardzo podobna. Zawsze musiała wszystko wiedzieć i być tam, gdzie coś się działo.
– Jutro będą pisać o tobie w gazecie – powiedziała i dodała po krótkiej przerwie: – Ale tym razem chodzi im o ciebie. Chcą cię dopaść.” (s. 10)

Dla niektórych dziennikarzy ważne są tylko rankingi poczytności. Dla niektórych policjantów liczy się tylko skazanie sprawcy morderstwa. W obu zawodach dochodzi do patologii. W „Psach gończych” zostało to bardzo wnikliwie opisane.

A tak na marginesie: ciekawa jestem, który tom serii o Wistingu wydawnictwo Smak Słowa planuje zaprezentować polskim czytelnikom jako następny. Na pewno chętnie go przeczytam.

Klasyczny kryminał, bez udziwnień i brutalnych scen (Jørn Lier Horst, Jaskiniowiec)

Gdy dowiedziałam się, że Jørn Lier Horst studiował kryminologię, filozofię i psychologię oraz był szefem wydziału śledczego, to od razu chciałam poznać jego książkę i przekonać się, czy bogata wiedza i doświadczenie idą u niego w parze z talentem literackim. Autor, który w Norwegii wydał kilkanaście powieści kryminalnych, chętnie kupowanych przez czytelników i docenianych przez krytyków w Polsce był dotąd zupełnie nieznany. Czy „Jaskiniowiec” to początek jego sukcesów u nas?

Jørn Lier Horst, Jaskiniowiec

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Milena Skoczko

Sopockie wydawnictwo Smak Słowa, które wydało wcześniej m.in. świetnego „Lekarza, który wiedział za dużo” Christera Mjåseta zdecydowało się na publikację nie pierwszej, lecz najnowszej części z cyklu z policjantem Williamem Wistingiem w roli głównej. Ta dość kontrowersyjna decyzja w tym przypadku zupełnie nie przeszkadzała mi w lekturze (mimo że cykle literackie lubię czytać chronologicznie – tak jak zostały napisane). „Jaskiniowiec” okazał się kryminałem jak najbardziej w moim guście. Klasyczny, bez udziwnień i mrocznych, brutalnych scen.

Mroźna, zaśnieżona Norwegia jest interesującym tłem śledztwa. Trudna pogoda stwarza dodatkowe niebezpieczeństwa utraty zdrowia lub życia. Podział akcji między dwie postaci – Wistinga i jego córkę, dziennikarkę Line to dobry, choć nieoryginalny pomysł. Wydarzenia rozgrywają się w spokojnym tempie. Najważniejsze wydaje mi się to, że powieść ma swój motyw przewodni towarzyszący wątkowi kryminalnemu. Są to rozważania natury społecznej i psychologicznej.

Line chce napisać reportaż pokazujący, kim był Viggo Hansen, który został znaleziony po czterech miesiącach od śmierci w swoim mieszkaniu, w fotelu przed telewizorem:

„Nagle dotarło do niej, że nie może napisać artykułu, który dotyczyłby zewnętrznych okoliczności jego śmierci, samotności i życia w całkowitym odosobnieniu. Czuła, że musi napisać reportaż o prawdziwym Viggo Hansenie. Dzięki temu ludzie mogliby dowiedzieć się, kim był, skoro nie mieli okazji poznać go za życia.

Zaczynanie takiego projektu przypomina zaglądanie przez dziurkę od klucza, pomyślała. Na początku widać tylko tę część pokoju, która znajduje się w zasięgu wzroku, chociaż wiadomo, że pomieszczenie zawiera nieskończenie więcej elementów. […]

Przedstawiła ideę artykułu argumentując, że reportaż ma uwidocznić zanikanie poczucia wspólnoty w społeczeństwie i narastanie znieczulicy.” s.21-22

Czy Viggo naprawdę był samotnym człowiekiem przez nikogo niezauważanym i niekochanym? Czy we współczesnym świecie więzi międzyludzkie zanikają tak bardzo, że nie znamy nawet najbliższych sąsiadów?

Wielu recenzentów pisze, że „Jaskiniowiec” jest przede wszystkim opowieścią o samotności. Mam wątpliwości. Biorąc pod uwagę zakończenie, skłaniałabym się bardziej ku teorii, że w głębszym ujęciu jest to raczej obraz przedstawiający norweskie społeczeństwo i pewien niepokojący strach (może nawet po części podświadomy) przed obcymi, obcokrajowcami, nieznajomymi. Tytułowy „jaskiniowiec”, to nie osoba żyjąca samotnie w swojej „jaskini”, a… Może tego nie powinnam ujawniać?

Debiut Horsta na naszym rynku uważam za bardzo udany. Dawkowałam sobie lekturę po kilkadziesiąt stron dziennie, ale w pewnym momencie nie mogłam się oderwać i przeczytałam ją jednym tchem do samego końca. Mordercy nie odgadłam, ale jestem zadowolona z poziomu rozrywki, jaki prezentuje „Jaskiniowiec”. Ciekawa jestem, czy pierwsze części serii o Wistingu są równie dobre.

Ocena: 5/6

Trupy, robaki i porywacz-morderca (Simon Beckett, Chemia śmierci)

Rozpoczyna się tak:

„Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś, co było kiedyś siedliskiem życia, przechodzi teraz ostatnią metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka. Tkanki zmieniają się w ciecz, potem w gaz. Już martwe, ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much. Muchy składają jaja, z jaj wylęgają się larwy. Larwy zjadają bogatą w składniki pokarmowe pożywkę, następnie migrują. Opuszczają ciało w składnym szyku, w zwartym pochodzie, który podąża zawsze na południe. Czasem na południowy wschód lub południowy zachód, ale nigdy na północ. Nikt nie wie dlaczego. […]

Jest to widok ciekawy, a dla człowieka z natury ciekawskiego cóż może być bardziej naturalne niż chęć zbadania tego zjawiska? Właśnie tak dzieci Yatesów znalazły to, co pozostało po Sally Palmer” (s. 5)

Śmierć jest w centrum tej opowieści. Jej dzieło przeraża, budzi obrzydzenie i lęk, ale i… Może nie fascynuje (złe słowo), ale „przyciąga”, intryguje, interesuje. Tajemnica końca życia i odchodzenia dotyczy wszystkich śmiertelnych (banał), choć zdaje się, że myślą o niej bardziej Ci, którzy w jakiś sposób się z nią zetknęli. I może właśnie tacy czytelnicy zobaczą w „Chemii śmierci” drugie dno, uniwersalne „memento mori” lub sposób na oswojenie nieoswajalnego.

Chemia śmierci, Simon Beckett

Wydawnictwo: Amber, 2005, egzemplarz pożyczony
Autor przekładu: Jan Kraśko

Simon Beckett zaczął podobno pisać swoje książki zainspirowany wizytą na słynnej już „trupiej farmie” (informacja z okładki). Głównym ich bohaterem uczynił antropologa sądowego, który w wypadku samochodowym stracił żonę i córkę. David Hunter pomagał policji w wielu śledztwach, jednak po tragedii, która go dotknęła, postanowił zaszyć się na prowincji jako zwykły domowy lekarz. Jego „ucieczka przed śmiercią” skończyła się tym, że trafił do miasteczka, w którym popełniane są kolejne zbrodnie, a jego umiejętności okazują się niezbędne w poszukiwaniach porywacza i seryjnego mordercy.

Nie jest to dobra lektura na słoneczne popołudnia spędzane np. nad brzegiem jeziora (sprawdzałam), bo wywołuje poczucie zagrożenia, nieufność do ludzi i w ogóle strach. Spodoba się natomiast fanom thrillerów, bo ma wszystko, co w tym gatunku ważne, trzyma w napięciu do samego końca. Przypomina mi trochę „Lekarza, który wiedział za dużo”, nie tylko ze względu na wątek „lekarski”, ale również z powodu formy – bardzo sprawnej konstrukcji zdarzeń i lekkości pióra obu autorów. I Christer Mjåset i Beckett mają coś, co bym nazwała „naturalnym talentem” do pisania kryminałów.

„Chemia śmierci” to pierwszy z czterech tomów z Davidem Hunterem w roli głównej. Słyszałam, że trzeci jest najlepszy. Trzeba to będzie kiedyś sprawdzić.

Ocena: 5/6

Mrok, samotność, wyobcowanie (Recenzja książki: Johan Theorin, Święty Psychol)

Chyba już wszyscy blogerzy książkowi napisali, że to świetna książka (oczywiście przesadzam, nie wszyscy, ale wielu). Niestety z tego, co zauważyłam nie przekłada się to wprost na popularność Johana Theorina w Polsce. Szkoda. Ja bardzo lubię czytać jego książki, natomiast kiepsko mi się o nich pisze, bo mam świadomość, że im czytelnik na początku mniej wie o fabule, bohaterach itd., tym bawi się lepiej. Mam więc problem. Najchętniej napisałabym, że nie ma co się zastanawiać, trzeba czytać i już. Jeżeli raz poznacie styl Theorina i Wam się spodoba, to będziecie chcieli więcej i się nie zawiedziecie – wszystkie jego książki są na podobnym, wysokim poziomie.

Wydawnictwo: Czarne, 2013, egzemplarz pożyczony
Autor przekładu: Barbara Matusiak

„Święty Psychol” się wyróżnia, bo nie należy do tzw. kwartetu olandzkiego (cztery powieści, których akcja toczy się na wyspie Olandii, mają wspólnego bohatera drugoplanowego detektywa-amatora mieszkającego w domu starców, Gerlofa). Byłam ciekawa, czy nowe miejsce wybrane przez autora też będzie miało „klimat”. Ma, jak najbardziej ma, bo jest to szpital psychiatryczny i znajdujące się obok niego przedszkole.

„Nie, to nie zwykły drut kolczasty wieńczy mur wokół Szpitala Świętej Patrycji. Jan zauważył to, gdy już zbliżył się do niego, by podać rękę doktorowi Högsmedowi. To przewody elektryczne. Tworzą ogrodzenie pod napięciem, wysokie niemal na metr, upstrzone diodami, które migają na czerwono przy każdym słupie. […]

Betonowy mur i przewody elektryczne przypominają Janowi palisadę – jak na wybiegu dla tygrysów – jednak na prawo od bramy zauważa mały ślad codzienności: stojak na rowery. […]

Wejście przez szpitalna bramę jest niczym stawianie pierwszych kroków w głąb czarnej jak węgiel jaskini. Obcy, nieznany świat.” s. 19

Jan skrywa mroczne tajemnice. Zresztą nie on jeden. Jak to u Theorina, wszystko rozgrywa się powoli, żebyśmy dokładnie mogli poznać głównych „aktorów”. Sceny opisujące teraźniejszość przeplatają się z tymi, które odkrywają przeszłość. Przeskakują w najbardziej interesujących momentach. Czy Jan jest złym człowiekiem? Tego dowiemy się dopiero na samym końcu.

Mrok, samotność, wyobcowanie to słowa najbardziej kojarzące mi się z prozą Theorina. Jego styl jest niezwykły. Mimo że czytałam „tylko” tłumaczenie, czułam, że autor świetnie panuje nad językiem, umie przekazać to, co siedzi mu w głowie. Przede wszystkim potrafi pokazywać skomplikowane ludzkie wnętrze, budować nastrój zagrożenia i zaskakiwać. Chociaż jeżeli chodzi o zakończenie to tym razem podobało mi się mniej. Ma jakby dwa warianty – pierwszy dużo oryginalniejszy, bardziej poruszający niż drugi (typowo sensacyjno-filmowy). Całość idealnie nadaje się do zekranizowania.

W porównaniu ze „Zmierzchem”, „Nocną zamiecią” i „Smugą krwi” brakowało mi tylko samej Olandii. Z niecierpliwością czekam na ostatnią rozgrywającą się tam część, która ukazała się już po szwedzku. Mam nadzieję, że talent autora będzie się rozwijał, a jego thrillery będą jeszcze bardziej niepowtarzalne.

Ocena: 5/6

Christer Mjåset, Lekarz, który wiedział za dużo

Christer Mjåset przyjeżdża w sierpniu do Sopotu, dlatego cieszę się, że miałam okazję już teraz przeczytać jego książkę. Spotkania z nim na festiwalu Literacki Sopot na pewno nie opuszczę. Ciekawa jestem, jak to się stało, że ten norweski lekarz został pisarzem i gdzie nauczył się tak świetnie pisać.

Christer Mjåset, Lekarz, który wiedział za dużoWydawnictwo: Smak Słowa, 2012
Autor przekładu: Dorota Polska

„Lekarz, który wiedział za dużo” to nie tylko kryminał medyczny, jak informuje na okładce wydawca. Dla mnie to raczej realistyczna powieść obyczajowa (z wątkiem kryminalnym i sensacyjnym), historia mieszkańców niewielkiej wysepki:

„Hitra. Docenienie tej wyspy zajęło mu trochę czasu, ale teraz czuł, że wkradła się do jego serca. Było tu tak dziko. Niezliczoną ilość razy widział orła bielika. Jelenie najzwyczajniej w świecie skakały przez drogę. Było tu też mnóstwo saren, które uwielbiały włazić ludziom do ogrodów i zjadać pączki róż. Przeczytał gdzieś notatkę sporządzoną przez kobietę, która przybyła na wyspę w dziewiętnastym wieku. „Nic wierutnie osobliwego tu nie ma”, stwierdziła. I może miała rację. Hitra nie mogła się poszczycić tak dramatyczną przyrodą, jaka występowała nieco dalej na południe, na wybrzeżu Møre. Tutejszej natury nie dało się określić mianem wybitnej ani spektakularnej, ale idyllicznej bez wątpienia tak. Zawierała przy tym pierwiastek rdzennej norweskości.

No i ci ludzie… Mimo, że przyroda była rdzennie norweska, mieszkańcy Hitry mieli w sobie coś zgoła nienorweskiego.”

Wydarzenia i postaci przedstawione z punktu widzenia lokalnego medyka są niezwykle interesujące. Mads Helmer dokładnie przygląda się ludziom, na podstawie ich wyglądu potrafi postawić wstępne diagnozy. Sam choruje na padaczkę, która bardzo utrudnia mu pracę, dlatego trzyma ją w tajemnicy (tak jak swoją niechlubną przeszłość). Zresztą nie on jeden ma sekret. Mieszkańcy Hitry to zagadkowi ludzie i właściwi każdy z nich coś ukrywa.

Ciężko mi opisać, na czym polega fenomen tej książki. Pozornie wydaje się zwyczajna, opowiada o zwyczajnych ludziach (bez epatowania okrucieństwem). Jednocześnie ma to coś, co przykuwa uwagę czytelnika i sprawia, że czyta się ją niezwykle przyjemnie. Ponad czterysta stron inteligentnej, wciągającej rozrywki. Nie miałam wrażenia, że marnuję czas, czytając kolejny, taki sam jak inne, skandynawski kryminał. Wręcz przeciwnie – to była czysta radość z lektury. Idealna powieść na rozpoczynające się właśnie wakacje. W upalne dni przeniesie Was w środek śnieżnej norweskiej zimy.

Ach! Zapomniałabym napisać o zakończeniu. Nie, nie martwcie się, nie zdradzę go Wam. Chciałam tylko zaznaczyć, że Christer Mjåset to jeden z tych autorów, którzy wierzą w inteligencję swoich czytelników i nie wykładają wszystkiego wprost. Ostatnią zagadkę (w sumie drobnostkę, odpowiedź na jedno zaledwie pytanie) trzeba rozwiązać samemu:

„– Nie domyśliłeś się? Szkoda.”

Powie jedna z bohaterek do Madsa. Jaka to frajda domyślić się samemu!

Ocena: 5/6