Oswajanie chaosu (Ismet Prcić, Odłamki)

Patrzę na dwie książki, które ostatnio przeczytałam: „Kolor magii” Terry’ego Pratchetta i „Odłamki” Ismeta Prcicia. Ich okładki różnią się na pierwszy rzut oka. Pierwsza jest wielobarwna, baśniowa, wesoła – tak jak jej treść. Druga natomiast to poważne kolory, smutna twarz dziecka, kawałki popękanego szkła. Ten kontrast burzą tylko moje małe kolorowe zakładki (żółte, czerwone i niebieskie) wystające z boku „Odłamków”. Kartki powieści Prcića pełne są słów, które zrobiły na mnie duże wrażenie i dlatego chciałabym Wam dzisiaj trochę więcej o niej opowiedzieć. A o Pratchetcie planuję napisać, jak już poznam cały „Świat dysku”.

Ismet, Prcić, Odłamki

Wydawnictwo SQN, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Jarosław Rybski

Ismet Prcić pochodzi z Bośni, ale obecnie mieszka w USA. Wyjechał z ojczyzny jako młody chłopak. Chciał uciec od wojny. Okazało się to nie tak łatwe, bo pamięć tego, co przeżył nie dawała mu spokoju. Pisanie stało się dla niego terapią:

„Mówi, że mam zespół stresu pourazowego. Że pigułki to tylko tymczasowe rozwiązanie i żeby naprawdę wyzdrowieć, muszę ujrzeć swoje doświadczenie w szerszym kontekście, żeby ogarnąć, co i jak.

To on podsunął mi pomysł z pisaniem tego pamiętnika. […]

Najpierw skutkowało: pisałem o ucieczce, o moim dzieciństwie i starałem się trzymać faktów. Ale w miarę pisania pewne rzeczy – drobne wytwory fantazji – zaczynają się wkradać do tekstu. Zmagałem się z nimi z całych sił, starałem się je usuwać z rękopisu, ale przez to narracja w przedziwny sposób odchodziła od prawdy. Kiedy znów je włączyłem do tekstu, opowieść stała się prawdziwsza, choć nie pasowała do tego, co zapamiętałem, nie w każdym drobnym szczególe.” (s. 35-36)

Tak w uproszczeniu można by przedstawić genezę „Odłamków”. Sprawa jest oczywiście bardziej skomplikowana.

Kwestia tożsamości (narodowej i „osobistej”, poszukiwanie siebie), autotematyczność (pamiętnik czy fikcja literacka?), zmaganie się z traumą i strachem – to główne wątki, które wydały mi się najbardziej w tej prozie interesujące. Choć pomysł napisania książki zrodził się niewątpliwie z życia, z realnych faktów, to efekt końcowy jest dziełem „niezależnym” i wieloznacznym, bogatym w różne warstwy znaczeń. Doceniam formę – „odłamki” kilku tekstów połączone w jedną całość. Chaos narracji jest nieprzypadkowy:

„Nie, nigdy wcześniej nie widziałem pokazu ogni sztucznych. Nie wiedzieli ich też Ramona, Omar ani Boro. Asmir i muzycy byli od nas starsi. Ich w pełni ukształtowane umysły pamiętały życie sprzed wojny, sprzed chaosu, sprzed bezsensu. Poznali, co to porządek, co to sens. Naprawdę wyjechali z Bośni, bo pozostawienie za sobą chaosu było powrotem do normalności. Ale, jeśli się wzrastało z chaosie, wtedy nie było od niego odwrotu. Nie było ucieczki. Dla mnie chaos był właśnie ową normalnością. A prawdziwa normalność okazała się nienaturalnym, kruchym stanem ducha.” (s. 269)

Pisarz konstruuje świat przedstawiony w sposób, który ma odzwierciedlić rozpad osobowości, jaki dokonał się w ludziach pod wpływem wojny.

Bohaterem i narratorem większości rozdziałów jest alter ego autora – Ismet Prcić opowiadający o swojej przeszłości (w sposób niechronologiczny) i teraźniejszości (wyjątki z dziennika, których adresatem jest jego matka). Drugą ważną postacią jest żołnierz Mustafa Nalić, który wydaje się być wymyślony po to, by pokazać grozę i bezsens działań wojennych. Dotyczące go fragmenty charakteryzują się pewną sztucznością (zamierzoną). O ile Ismet jest momentami „do bólu szczery”, o tyle Mustafa jest kreacją mało wiarygodną (co ma swoje uzasadnienie). Ich losy przeplatają się, a nawet przenikają, przeczą sobie. Dzięki temu czytelnik daje się wciągnąć w grę – próbuje odgadnąć „jak było naprawdę”.

Zaznaczyłam w tekście dużo zdań dotyczących teatru, wszystkich tu nie przytoczę, ale krótko o kilku z nich wspomnę. W przedmowie do wydania polskiego Prcić opisuje, jak w wieku osiemnastu lat wyjechał do Edynburga na festiwal teatralny (jako aktor) i zetknął się tam ze sztuką poznańskiego teatru Biura Podróży, która zmieniła jego życie. W rozdziale „Kult Asmira” Ismet opowiada o próbach teatralnych i artyście-nauczycielu, dzięki któremu teatr stał się dla niego wszystkim. Ta miłość do sztuki jest czymś niesamowitym! Szczególnie poruszyła mnie scena, w której młodzi aktorzy siedząc na ławce w parku, wpadają na pomysł małego performansu:

„Zachowywaliśmy się, jakby ciągnęło nas, by ustawić przed ławką ramę. No wiecie, żeby tym ludziom coś to dało. Cokolwiek. Oparliśmy ją sobie na kolanach, trzymaliśmy prosto i zamarliśmy w bezruchu. Staliśmy się obrazem, postaciami gapiącymi się przez ramę na świat rzeczywisty.

I wkrótce prawdziwi ludzie zaczęli się gapić na nas, na obraz, zapominając na chwilę o wojnie, o jej niedającej wytchnienia psychozie sterującej wszystkimi zachowaniami. Ludzie bez względu na wszystko musieli spojrzeć na sztukę.” (s. 131)

A potem zaczyna się bombardowanie. Czy w takich czasach tworzenie sztuki jest możliwe?

„Odłamki” skojarzyły mi się z „Ru” Kim Thuy ze względu na fragmentaryczność i wątek emigracyjny oraz z „Miłością z kamienia” Grażyny Jagielskiej (zespół stresu pourazowego jako powód pisania, mieszanie autobiografii z powieścią). Różne kultury, różni ludzie – podobne doświadczenia. Te trzy książki łączy jeszcze jedna cecha – ich lektura wielu osobom może pomóc.

PS Następne notki na blogu będą dotyczyły prozy egipskiej i rumuńskiej.

Laurie Anderson, Język przyszłości

Przypadkiem wygrałam tomik „Język przyszłości” w konkursie księgarni Poezjem.pl i tym sposobem poznałam niezwykłą artystkę. Choć nie było łatwo. Do tej książki robiłam dwa podejścia. Pierwsze zupełnie nieudane. Całe szczęście zajrzałam do niej drugi raz, zaczęłam czytać od środka i trafiłam na wyjątkowe teksty.

Wydawnictwo: Biuro Literackie, 2012
Autor przekładu: Julia Fiedorczuk

Początek jest bardzo trudny w odbiorze. Wiersze Laurie Anderson do mnie nie przemawiają (może dlatego że nie wierzę, że można przetłumaczyć poezję). Natomiast jej krótkie autobiograficzne opowiadania są moim zdaniem niesamowite! Każde z nich opisuje dość niezwykłą sytuację (wyprawę na biegun północny, pobyt na farmie Amiszów, w rezerwacie Indian Kri, w wiosce Tsotsilów w Meksyku) i prezentuje oryginalny punkt widzenia. Najbardziej urzekła mnie historyjka o pracy w McDonald’s. Który jeszcze artysta zatrudniłby się w tej restauracji, by później to opisać w swojej książce? Do tego trzeba mieć dużo fantazji i wyobraźni. Świetna jest też historia o leczeniu, które autorka przeszła w szpitalu w dzieciństwie („Opowieść o opowiadaniu”) – jej pointa jest nie tylko przejmująca, ale także można ją potraktować jako cenną wskazówkę na temat tego, jak należy pisać:

„Ale opowiadaniu za każdym razem towarzyszyło dziwne uczucie. Czułam, że czegoś w tej historii brakuje.

I wreszcie pewnego dnia, kiedy akurat opisywałam małe rożny, na których wisiały dzieciaki, poczułam, jakbym z powrotem znalazła się w szpitalu. Przypomniałam sobie brakującą część. Chodziło o to, jakie odgłosy rozbrzmiewały nocą na oddziale. Były to odgłosy dzieciaków, płacz i krzyki. Odgłosy, jakie wydają dzieci, kiedy umierają.

A potem przypomniała mi się cała reszta – zapach leków, spalonej skóry, strach. I jak niektóre łóżka rano okazywały się puste i jak pielęgniarki nigdy nie mówiły o tym, co się stało z dziećmi, po prostu ścieliły te łóżka i sprzątały oddział.

Więc problem z tą historia był taki, że opowiadałam tylko swoją część. Resztę zapomniałam. Posprzątałam, dokładnie tak jak pielęgniarki.”

Minimalizm, niewiele słów, uchwycenie sedna rzeczy, coś ważnego do przekazania innym – te cechy mają teksty Anderson. Wiele czytelnik dopowiada sobie sam.

„Język przyszłości” to cienka książka (około siedemdziesięciu stron), ale bardzo zaskakująca. Tomik wierszy i luźne kartki z autobiografii w jednym (zatarte momentami granice między poezją i prozą). A na końcu interesująca notka biograficzna autorstwa tłumaczki – Julii Fiedorczuk, która pomaga lepiej zrozumieć fenomen twórczości Laurie Anderson.

Kevin M. Connolly, Drugi rzut oka. Jak świat się na mnie gapił

Twarda oprawa, dobry papier, mnóstwo kolorowych zdjęć. Ta książka robi dobre wrażenie, od razu jak się ją weźmie do rąk. Po otwarciu widzimy mapkę świata z dokładnie zaznaczonymi licznymi miejscami, które odwiedził autor. Jeszcze wcześniej z okładki dowiadujemy się, że Kevin M. Connolly to młody człowiek, fotograf, narciarz i podróżnik, który urodził się bez nóg. To wszystko zaciekawia jeszcze przed przeczytaniem pierwszych słów.

Wydawnictwo: Bernardinum, 2013, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Edyta Urbanowicz

„Drugi rzut oka” nie jest książką podróżniczą, choć opowiada o podróżach, nie jest też poradnikiem, jak radzić sobie w życiu z ograniczeniami, chociaż wiele w niej o spełnianiu marzeń. To pamiętnik. Rozpoczyna się od opowieści o narodzinach. Jak zareagowali rodzice, gdy dowiedzieli się, że mają niepełnosprawne dziecko? Jaka była ich sytuacja? Kevin dużo opowiada o swojej rodzinie, znajomych, dziewczynie, nie ukrywając ich wad i zalet. Prostymi słowami przedstawia chronologiczne migawki z życia. Najważniejsze wydarzenia, które spowodowały, że jest tym, kim jest i że jeździ po świecie, robiąc ludziom zdjęcia z ukrycia:

„Nigdy nie patrzyłem w stronę, w którą był skierowany obiektyw. Czekałem, aż poczuję na karku to coś, dzięki czemu będę wiedział, że ktoś się we mnie wpatruje, a wtedy, niepostrzeżenie, „strzelałem z biodra”.
Pstryk!
Pstryk!
Pstryk!
Każde zdjęcie było takim moim malutkim oczyszczeniem. Tylko ułamek sekundy, tylko tyle, ile trwało wyzwolenie migawki aparatu. Robiłem zdjęcia przez cały dzień. Każde kolejne coś oznaczało, ułamki sekund zmieniały się w sekundy, potem w minuty, a mój dzień stopniowo wypełniał się poczuciem zwycięstwa, a może też i zemsty.”

Za co mścił się chłopak bez nóg jeżdżący na deskorolce? Nie mógł znieść, że ludzie się na niego „gapią”, że wzbudza litość, że biorą go za żebraka, inwalidę wojennego, że próbują się dowiedzieć, co mu się stało. Robienie zdjęć (i podróżowanie po świecie) stało się autoterapią:

„Było w robieniu tych zdjęć coś bardzo budującego, mianowicie świadomość, że wywołuję taką uniwersalną reakcję. Czułem jakąś siłę wynikającą z przekonania, że gdziekolwiek na świecie bym się nie pojawił, ludzie zareagują na mnie może dość nieprzyjemnie, ale zawsze przewidywalnie. Dotychczas to ich gapienie się było frustrującym – ale nieuniknionym – ciężarem, który musiałem znosić z uśmiechem. Ale wreszcie znalazłem swój własny sposób na to, żeby też się gapić. I to było bardzo, bardzo miłe.”

„Słabość” zamieniła się w „siłę”.

Podobał mi się ton tej autobiografii – bez wymądrzania się, bez dawania innym rad, jak żyć, autor opowiedział swoją osobistą historię. I zrobił to w sposób niepozbawiony walorów literackich. Rozdziały są krótkie, ze starannie obmyślonym (zazwyczaj zaskakującym) początkiem lub zakończeniem, jest wątek romantyczny, są krótkie scenki z ulic rozmaitych miast, naturalne dialogi. Za kilkanaście lat chętnie przeczytałabym kontynuację.

Piotr Ibrahim Kalwas, Dom

Aleksandria, dom nad Morzem Śródziemnym. Czy można będąc człowiekiem w średnim wieku rzucić wszystko i przeprowadzić się do Egiptu? Piotr Ibrahim Kalwas to zrobił i napisał o tym książkę.

Wydawnictwo: JanKa, 2010, egzemplarz recenzencki

„Dom” wydaje się być w dużej mierze autobiografią, zawiera poglądy i przemyślenia autora, jego wspomnienia. Szybko dowiemy się, dlaczego podjął decyzję o przeprowadzce, co myśli o swojej ojczyźnie, o Polakach. W Egipcie akceptuje (idealizuje) wszystko, śmieci na ulicy, żebraków, brud, a zapach kociego moczu kojarzy mu się z bezpieczeństwem. O Polsce nie ma dobrego zdania (ostro ją krytykuje), nie podobają mu się pijacy, „kult piwa”, wszechobecne chamstwo i wulgaryzmy. Ciekawe zestawienie dwóch krajów, choć bardzo subiektywne.

Mogłoby się wydawać, że wyjazd z nielubianego kraju do innego miejsca to nic trudnego, trzeba tylko oswoić nowe miasto. Bohater książki (albo alter ego pisarza) chodzi i oswaja Aleksandrię, dzień po dniu, traktując to jak pracę (podobnie jak swoje pisanie i gromadzenie rozmaitych materiałów audio i foto). Właśnie te spacery podobały mi się najbardziej – migawki z życia, zatrzymane jak w kadrze, utrwalone. Bogactwo smaków, zapachów, postaci. Wspaniała obserwacja otoczenia, skupienie się na szczególe, ostrość widzenia i wyciąganie wniosków z tego, co się widzi. Ale także pewna magiczność miejsca i wydarzeń, które powoli wymykają się realistycznemu opisowi (podobnie jak w „Miedzyrzeczy”, ale dużo wolniej i w mniejszym zakresie). Niepostrzeżenie sama Aleksandria schodzi na dalszy plan, a zastępuje ją… Warszawa. Stolica ze wspomnień, z przeszłości, z kronik filmowych i starych filmów. Ona właściwie od początku nakładała się na egipskie ulice i zaułki:

„Zanurzam się w siatkę ulic, które momentami do złudzenia przypominają mi stary warszawski Mokotów. Słońce jest ostre jak buchający piec, ale jego żar chłodzony jest morskim wiatrem. Znakomite warunki do pływania w przestrzeni. Czarne okulary swędzą mnie lekko za uszami. Dokładnie tak. I lekko, leciutko, tuż nad chodnikiem płynę przed siebie w chińskim garniturze, z peerelowską aktówką pod pachą. Czuję się swoim własnym obrazem, czuję się nieostrym lustrem, czuję się prawdziwy. Sharia al-Chadeed Mowafah Abbas Hatatah przez chwilę zdaje mi się Willową albo Słoneczną, ale tylko przez chwilę, przez krótką chwilę; między domy ze starymi, zaśniedziałymi tabliczkami z greckimi i francuskimi napisami wcisnął się mały meczet. Masgid al-warda, meczet-kwiat, odczytuję jego nazwę, wymalowaną pod dużą, kiczowatą lampą o kształcie przejmująco pięknej róży. Z meczetu wychodzi starszy mężczyzna w białym zawoju na głowie, z którego wystają dwa papierosy, i bez słowa wręcza mi kawałek chleba. Chleb po arabsku to aijsz, ale to słowo oznacza również życie. Tu się wręcza aijsz nieznajomym, to nic dziwnego tutaj, to bardzo stary zwyczaj.

Nie, to nie Mokotów, nie ma tu mojej babci i jej sióstr.”

Piotr jest daleko od Warszawy, ale jego serce, dusza, cały czas tam wraca. Czy można żyć daleko od swoich korzeni?

Osobnego omówienia wymaga forma książki. Styl Kalwasa jest świetny, po prostu świetny. Zwroty do czytelnika, swoboda narracji, oryginalność. „Dom” nie jest długi, niewiele się w nim dzieje (to raczej zapis codzienności), ale będę do niego wracać. Autor odkrywa w nim siebie (albo kreuje siebie) tak, jakby rozmawiał z przyjacielem. To jedna z nielicznych lektur, której nie chcę nikomu polecać, wystarcza mi, że odkryłam ją dla siebie.

Jeżeli miałabym porównać „Dom” i „Międzyrzecz”, to wydaje mi się, że „Międzyrzecz” była trudniejsza w odbiorze, ale ambitniejsza w zamiarze, napisana z większym rozmachem. „Dom” jest spokojniejszy, bardziej nastrojowy, „prostszy”, ale i głęboki, bo dotyka tematu bardzo ważnego dla każdego z nas (czym jest dom?). Oczywiście przeczytam kolejne utwory tego pisarza!

Ocena: 5+/6

Janina Bauman, Nigdzie na ziemi. Powroty. Opowiadania

Niepozorna książka. Nie myślałam, że tyle mi da. Zawiera autobiografię, minipowieść i kilka opowiadań. Wszystkie teksty tematycznie do siebie pasują i uzupełniają się nawzajem. Jest historia Janiny Bauman i tego, jak pochodzenie miało wpływ na jej los. Są opowieści o Żydach, o tym, co to znaczyło być Żydem w Polsce powojennej, w Anglii, w Niemczech, w Izraelu. Autorka porusza problem tożsamości i poczucia obcości na emigracji.

Janina Bauman, Nigdzie na ziemi. Powroty. OpowiadaniaWydawnictwo: Officyna, 2011, egzemplarz recenzencki

W „Nigdzie na ziemi” czytelnik poznaje życie autorki, przeszłość i „teraźniejszość”. Janina Bauman zestawia to, co było z tym, co jest w momencie, kiedy pisze. To dwa fragmenty o jej domu w Leeds, pierwszy:

„Krążyłam po moich włościach zauroczona. Na chwilę ucichła rozpacz, zakiełkowała nadzieja, że może jednak potrafię tu żyć. An Englishman’s house is his castle, powiadają Anglicy. Nigdy nie będę Angielką. Nigdy nie będę udawała, że nią jestem. „Bądź zawsze sobą”, pouczał mnie Ojciec, gdy byłam dzieckiem, „Nie staraj się udawać, że jesteś kimś innym”. Obca w obcym świecie, zamknę się w czterech ścianach, by żyć wyłącznie dla rodziny. Niech ten angielski dom będzie mi zamkiem warownym.”

A na następnej stronie:

„Blisko trzydzieści lat minęło od tamtych dni do chwili, gdy piszę te słowa. Pokochałam nasz angielski dom i pragnę w nim żyć do końca. Czasem krążę bez celu po tym moim przybranym miejscu na ziemi i czuję się szczęśliwa.”

Nie o suche fakty jej chodzi, a o przeżycia, refleksje i podsumowanie dokonań i decyzji.

Od pierwszych zdań Janina Bauman potrafi zainteresować odbiorcę. Pisze szczerze, otwarcie, jak do bliskich przyjaciół. Nie pomija trudnych kwestii, swojej partyjnej przeszłości, „komunistycznych grzechów”:

„Skoro o Wajdzie mowa, chcę wyspowiadać się z grzechu, który popełniłam jako redaktor w biurze scenariuszowym. Nie jestem wcale pewna, czy Wajda był już wtedy związany z tą sprawą, ale po latach, siedząc w moim angielskim domu na fotelu w stylu królowej Anny i oglądając w angielskiej telewizji Człowieka z marmuru, czułam się winna.”

Jej wspomnienia to lekcja historii współczesnej, historii filmu polskiego. Wiele można się z nich dowiedzieć.

„Powroty” i „Opowiadania” oddziałują głównie na emocje. W niesamowity sposób udało się pisarce sprawić, że jej postaci są prawdziwe, wiarygodne, a przeżywane przez z nich problemy przejmujące. Subtelna proza o tolerancji i antysemityzmie, o szukaniu swojego miejsca na świecie.

Janina Bauman napisała jeszcze „Zimę o poranku. Opowieść dziewczynki z warszawskiego getta”, muszę ją przeczytać. A już niedługo opowiem Wam o wyjątkowej książce jej męża, Zygmunta Baumana.

Grażyna Jagielska, Miłość z kamienia

To książka autobiograficzna, a jednak ma wiele z powieści (zabiegi stylizacyjne, kompozycja zdarzeń, budowanie napięcia, punkt kulminacyjny). Zdziwiło mnie, jak dobrze jest napisana (choć nie powinno, nieuważnie przeczytałam notkę biograficzną na okładce). Autorka opowiada o swoim leczeniu w klinice psychiatrycznej i o tym, co spowodowało jej chorobę.

Grażyna Jagielska, Miłość z kamieniaWydawnictwo: Znak, 2013

Podtytuł: „Życie z korespondentem wojennym” jest wielce znaczący. Jednym z głównych bohaterów tej opowieści jest mąż Grażyny Jagielskiej – Wojciech i jego praca. Kiedy on wyjeżdżał na kolejne wojny, ona w domu „umierała ze strachu” i wyobrażała sobie ten moment, gdy zostanie poinformowana o jego śmierci. Powoli traciła kontakt z otoczeniem, czuła, że nikt nie potrafi jej zrozumieć. Znajomi żyli w świecie pokoju, a jej wyobraźnię (i dom) zapełniały postaci ludzi skrzywdzonych w konfliktach zbrojnych. Jednym z pomysłów na ratowanie małżeństwa był wspólny wyjazd, najpierw turystyczny do Indii, potem „zawodowy” do Afganistanu:

Jadąc dobrowolnie na wojnę do Afganistanu, traci się prawo potępiania takiego postępowania u innych. Sama wytrąciłam sobie broń z ręki i już nigdy nie mogłam twierdzić, że nie popełnia się takich szaleństw, tego nie wolno robić. […]

Afganistan rozdzielił nas bardziej nawet niż próba rozwodu.”

Poznając z bliska pasję męża, starała się ją zrozumieć. Jak widać, bez powodzenia.

Najciekawsze jest zakończenie, konkluzja tej opowieści:

Boję się, ale myślę, że Lucjan ma rację. Opowiadam mu to wszystko, ponieważ chcę zostać osądzona. Wiem to od jakiegoś czasu. Chcę, żeby ktoś osądził nas za to, co zrobiliśmy. Żyliśmy z wojny i strasznych opowieści, z tego, co się stało Tai, choć jej historia nigdy nie została opisana. I ryzykowaliśmy życiem, szczęściem bliskich dla zwykłej dziennikarskiej zdobyczy.

Tego chyba nie wolno robić.”

Lucjan jest pacjentem klinki (raczej fikcyjnym), który twierdzi, że zabił swojego zięcia. Do niego i do nas kieruje swoje słowa narratorka. „Miłość z kamienia” można uznać za formę publicznej spowiedzi. Trzeba mieć dużo odwagi, żeby napisać taką książkę.

W trakcie lektury i po niej przychodziły mi na myśl skojarzenia z tym, co opowiedziała o swoim życiu Danuta Wałęsa w „Marzeniach i tajemnicach”. Obie panie żyły w cieniu mężów, płacąc wysoką cenę za ich pracę, obie bardzo szczerze odsłoniły siebie i swoje związki. Mimo wszystkich różnic, myślę, że obu przyświecał podobny cel – odnalezienie siebie, własnej tożsamości. Niedługo napiszę o trzeciej podobnej książce, autobiografii Janiny Bauman pt. „Nigdzie na ziemi”.

W przyszłości zamierzam sięgnąć po wcześniejsze powieści Grażyny Jagielskiej. Czy jest jakaś, którą szczególnie polecacie? „Korespondent”, „Fastryga” czy „Płaskuda”? Od której najlepiej zacząć?

PS Ponieważ „Miłość z kamienia” to autobiografia, nie będę jej oceniać w skali punktowej.

Waris Dirie, Czarna kobieta, biały kraj

 

Waris Dirie, Czarna kobieta, biały kraj

Wydawnictwo: Świat Książki, 2012

 

Była supermodelką, napisała książkę, która stała się bestsellerem i którą potem sfilmowano, była ambasadorem ONZ. Wydawać by się mogło, że jak na jedną kobietę i jedno życie osiągnęła bardzo wiele: sławę, pieniądze, szacunek innych. Czytając najnowszą książkę Waris Dirie, doszłam do wniosku, że dla niej to wciąż mało. Jej plany i marzenia sięgają o wiele dalej. I dotyczą nie tylko jej szczęścia, ale wszystkich kobiet i całej Afryki.

„Czarna kobieta, biały kraj” to jej kolejna autobiograficzna powieść. Nie czytałam pierwszej, najsłynniejszej – „Kwiatu pustyni”, ale wiele o niej słyszałam. Czemu zaczęłam czytanie historii Waris Dirie od końca? Zachęciła mnie informacja zawarta na okładce, że autorka zamieszkała w Polsce, w Gdańsku. Byłam ciekawa, jak potoczyło się jej życie po tych wszystkich sukcesach. Gdyby była nie prawdziwą osobą, a bohaterka książki, jakiś bajkopisarz napisałby pewnie zaledwie jedno zdanie: „I żyła długo i szczęśliwie”.

Waris Dirie prostym językiem, ale z dużym wyczuciem proporcji opowiada wydarzenia z ostatnich kilku lat swojego życia. Rozdziały poprzetykane są pięknymi afrykańskimi przysłowiami. Celem opowieści od początku nie jest wyłącznie pisanie o sobie, a pokazanie na własnym przykładzie niepokojących zjawisk: rasizmu, łamania praw człowieka. Pisarka w dzieciństwie przeżyła rytualne okaleczenie genitaliów (FGM) i dlatego jako dorosła osoba założyła fundację i stara się walczyć przeciwko temu rytuałowi stosowanemu nie tylko w Afryce. Ale mówi też głośno o innych sprawach, np. o losie imigrantów:

 

Byłam kompletnie wytrącona z równowagi. Oto stałam w środku tak zwanej stolicy Europy, zaproszona przez Unię Europejską, i byłam traktowana jak nielegalna imigrantka. Właśnie tak. Bez paszportu pomimo swego nazwiska i sukcesów byłam nikim innym jak czarną kobietą, która nocą na ulicy prosiła obcych ludzi o pomoc. Wszystkie pieniądze, które do tej pory w swoim życiu zarobiłam, nie zmieniały faktu, że tu i teraz miałam tyle samo, ile bezdomna, nielegalnie przebywająca Afrykanka na londyńskich ulicach przed dwudziestoma pięcioma laty, kiedy to przyjechałam do Europy.”

Aż trudno uwierzyć, że komuś takiemu jak Waris Dirie ciągle zdarzają się bardzo przykre sytuacje np. na lotniskach przy odprawie paszportowej czy opisana wyżej sytuacja w Brukseli, kiedy nie mogła znaleźć swojego hotelu. Wyczulona na nadużywanie władzy przez mundurowych czy polityków rządzących afrykańskimi państwami świetnie potrafi opisać zauważone przez siebie nieprawidłowości i cały czas poszukuje ich przyczyny i sposobu na „uratowanie Afryki”:

 

Czy jest nadzieja? Ona jest dla leniwych. Zamiast niej jest praca, którą należy wykonać. Po co mieć nadzieję, kiedy wiadomo, co trzeba zrobić? Afryka musi skończyć z czekaniem na ratunek. Musi zmienić swoje nastawienie. Najchętniej krzyczałabym do swoich rodaków: „Przestańcie zwalać na innych winę za waszą biedę. Zacznijcie walczyć o wasze prawa. Zacznijcie brać odpowiedzialność za przyszłość waszej ojczyzny”.

Mimo że jej rozważania tyczą innego kontynentu, mi cały czas kojarzyły się z sytuacją w Polsce. Na ile można pomóc komuś, kto sam nie robi nic? I czy jedna osoba może zmienić świat?

Poruszane przez Waris Dirie sprawy są bardzo interesujące, nie ze wszystkimi jej poglądami się zgadzam, ale na pewno lektura jej książki to nie był zmarnowany czas. Dodam jeszcze tylko, że przeczytałam ją jednym tchem. A potem obejrzałam „Kwiat pustyni”. Nie mogłam się powstrzymać, wiele rozdziałów było poświęconych powstawaniu filmu, towarzyszyły im zdjęcia z planu.

Ocena: 5-/6