Radość czytania (Jørn Lier Horst, Poza sezonem)

Najpierw zaczęłam czytać zbiór rozmów pod przewrotnie prawdziwym tytułem „Obecność” Remigusza Grzeli (egzemplarz zdobyty na lipcowym spotkaniu w Sopocie podczas wymiany), ale po jednym wywiadzie przerwałam lekturę na rzecz słynnego „Wstępu do psychoanalizy” (pożyczonego od koleżanki). Niedługo potem (po dwóch wykładach) książka Sigmunda Freuda przegrała rywalizację z „Poza sezonem” Jørna Liera Horsta, który zaczęłam wczoraj, a skończyłam dzisiaj. Zastanawiam się teraz, co takiego wyjątkowego ma w sobie ten norweski pisarz, że jego kryminały tak mi się podobają.

Jørn Lier Horst, Poza sezonem

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2015, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Milena Skoczko

Horst napisał do tej pory dziesięć części cyklu, którego bohaterem jest William Wisting. W Polsce „mamy przyjemność” poznawać je w odwróconej kolejności:

„Jaskiniowiec” (2014) – część dziewiąta
„Psy gończe” (2015) – część ósma
„Poza sezonem” (2015) – część siódma

Przy „Jaskiniowcu” mi to nie przeszkadzało, chciałam poznać styl i umiejętności autora – byłego policjanta. Przy „Psach gończych” czułam pewien dyskomfort, cofając się w powieściowym czasie, ale książka była tak dobra, że nie narzekałam. Przy „Poza sezonem” zaczynam się trochę buntować. Czy pierwsza część jest tak zła, że nie można jej u nas wydać?

Komisarz Wisting to postać, którą bardzo polubiłam. Jest uczciwy, rzetelny w wykonywaniu obowiązków, oddany swojej pracy. Chciałabym poznawać jego losy chronologicznie, chociaż śledztwa nad którymi pracuje on w poszczególnych tomach (jak dotąd) się nie łączą. Jednak w tle pojawiają się bohaterowie trzecioplanowi (jak np. Suzanne, Tommy Kvanter) i drobne wątki prywatne, które choć nie mają bezpośredniego wpływu na fabułę, to mimo wszystko się je zapamiętuje i czeka na ich rozwinięcie. Np. w „Poza sezonem” Wisting namawia Suzanne do otwarcia kawiarni. Kto wcześniej poznał „Psy gończe”, od razu będzie wiedział, jak to się skończyło. Dodaje to dodatkowego „smaczku” lekturze, ale i odbiera część przyjemności z pierwszego czytania.

A kryminały pióra Horsta naprawdę sprawiają czytelnikowi dużo radości! Jego doświadczenie zawodowe i wiedza, talent pisarski, umiejętność stawiania intrygujących pytań – to wszystko godne jest uznania. Norweg pisze o swoim kraju i jego mieszkańcach, ale dotyka przy tym problemów uniwersalnych. Jak dotąd każda z jego wydanych w Polsce powieści jest inna, inaczej skonstruowana, na co innego położone są akcenty.

W „Poza sezonem” tematem jest przestępczość zorganizowana i nawet z tym „nudnym” zagadnieniem norweski pisarz radzi sobie świetnie. Sposób realizacji tematu trochę przypomina mi „Psy z Rygi” Henninga Mankella. W obu powieściach mamy pokazane zderzenie dwóch światów, bogatego kraju z biednym. U Mankella Kurt Wallander odwiedza Łotwę, natomiast u Horsta Wisting wyjeżdża na Litwę. Refleksje, które pojawiają się przy tej okazji są bardzo interesujące. Tak na przykład zostało opisane Wilno:

„Miał przed sobą nowy europejski plac dla bogatych. Ale wzrost ekonomiczny nie dotyczył wszystkich. Rozwarstwienie społeczne łatwiej było zauważyć po zapadnięciu zmroku. Jawna prostytucja i bieda, a tuż obok zamożni mężczyźni wysiadający z drogich samochodów w towarzystwie długonogich blondynek.

Wydawało mu się, że już rozumie, dlaczego ci, którzy nie widzieli dla siebie przyszłości w tym mieście, decydowali się szukać szczęścia w innych krajach, nawet jeśli to oznaczało wejście na drogę przestępstwa.” (s.215)

Byłam w litewskiej stolicy parę lat temu i zupełnie tego nie zauważyłam. Sposób patrzenia norweskiego komisarza na Litwinów (widział w nich głównie przestępców) trochę mnie początkowo dziwił. Nie chcę zdradzać za dużo z fabuły, więc napiszę tylko, że mądrze wątek ten (jak i cały kryminał) został przez autora zakończony.

Opuszczamy Zielone Wzgórze (Lucy Maud Montgomery, Pożegnanie z Avonlea)

To już ostatnia (jedenasta) książka, którą przeczytałam w ramach wyzwania „Czytamy Anię!” rozpoczętego razem z Agnieszką 19 października 2012 roku. Mam wrażenie, że o prozie Lucy Maud Montgomery napisałam przez te prawie dwa lata wszystko, co mogłam i nie wiem, co jeszcze dodać.

Lucy Maud Montgomery, Pożegnanie z Avonlea

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, 1997
Autor przekładu: Ewa Fiszer

Tom opowiadań „Pożegnanie z Avonlea” podobny jest do „Opowieści z Avonlea” – również znajdziemy w nim teksty niezwiązane bezpośrednio z Anią Shirley (poza jednym, „Brunatny albumik panny Emilii”, w którym rudowłosa bohatera pojawia się jako narratorka). Tematy poruszone przez autorkę dotyczą zwyczajnych ludzi i spraw, np.: nielubianej kotki, pokłóconych rodziców, adoptowanych sierot, depresji po śmierci synka, uczuć między rodzeństwem, bezgranicznej miłości do dzieci i oczywiście miłości między kobietą i mężczyzną (nieodwzajemnionej, odrzuconej, zabronionej, wymyślonej, spełnionej po latach), Wszystkie bez wyjątku historie czyta się z zainteresowaniem i… szybko zapomina. Szczegóły i wątki wylatują z pamięci, ale coś dostajemy w zamian. Spokój, ukojenie, chwile wytchnienia. Choć niepozbawione refleksji o tym, co w życiu trudne. Smutku, chorób, śmierci jest w tych fabułach jakby więcej w porównaniu z wcześniejszym zbiorem. Równoważą to szczęśliwe zakończenia, ale nie do końca.

Jestem pod wrażeniem techniki pisarskiej Lucy Maud Montgomery. Krótka forma prozatorska to wbrew pozorom wielkie wyzwanie dla pisarza. A ona umiała za pomocą kilku słów oddać główne rysy charakteru swoich postaci, wiele ważnych informacji umieszczała już w pierwszym akapicie, dzięki temu czytelnik od razu znajduje się w centrum akcji:

„Kiedy pan Natan Patterson wjechał na podwórze, panna Rosetta Ellis z głową owiniętą kraciastym fartuchem, spod którego wyzierały papiloty, trzepała właśnie dywany. Panna Rosetta widziała, jak pan Patterson wjeżdża na wzgórze, ale nie przypuszczała, że o tak wczesnej porze zechce złożyć jej wizytę. Zatem nie chowała się w domu. Panna Rosetta nie dopuszczała nigdy, by ktoś zobaczył ją w papilotach na głowie; nawet jeśli chodziło o sprawę życia i śmierci, gość musiał czekać, aż panna Rosetta się uczesze. Wiedzieli o tym wszyscy w Avonlea, zresztą w Avonlea wszyscy o wszystkich wiedzieli absolutnie wszystko” s. 42

Na niewielu stronach dzieje się bardzo wiele. I nie tempo następujących po sobie zdarzeń mam na myśli, a raczej głębię przedstawienia relacji między ludźmi. Jej styl może się niektórym wydawać zbyt „kwiecisty”, ale moim zdaniem poetyckie porównania dodają tekstom swoistego uroku, podobnie jak charakterystyczne poczucie humoru autorki.

Z Avonlea żegnam się na jakiś czas, ale jeszcze kiedyś do niego wrócę. Na pewno do „Ani z Zielonego Wzgórza”. Cudownie byłoby zobaczyć kiedyś Wyspę Księcia Edwarda na własne oczy. Na razie przenoszę się tam wirtualnie dzięki relacjom z podróży Bernadety z bloga „Kierunek Avonlea”.

Ocena: 5/6

Czytamy Anię!
http://czytamyanie.blox.pl

PS Bardzo dziękuję Agnieszce, że wymyśliła to oryginale wyzwanie czytelnicze oraz wszystkim blogerkom, które razem z nami poznawały losy Ani i mieszkańców Avonlea!

800 stron świetnej rozrywki! (Andrzej Ziemiański, Pomnik cesarzowej Achai, tom III)

O trzecim tomie „Pomnika cesarzowej Achai” najchętniej napisałabym jedno zdanie: „800 stron świetnej rozrywki!”. Po tygodniu od lektury nadal nie mogę zebrać myśli.

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2014, egzemplarz z biblioteki

Tomem pierwszym i drugim byłam zachwycona. Trzeci jest świetny, ale mam wątpliwość, czy genialny. Na pewno najobszerniejszy, napisany z wyraźną pasją, sprawia czytelnikowi wiele przyjemności. Ale… No właśnie jest jakieś „ale”, które ciężko mi sprecyzować. Może to tylko obawa o kolejne części i o zakończenie, o wymowę całości. Kiedy poznałam rozwiązanie niektórych zagadek, pojawiła się w mojej głowie myśl, że „Pomnik cesarzowej Achai” to rozpisana na kilka tysięcy stron legenda, mit o początkach cywilizacji stworzony przez autora już w „Achai”, a teraz uzupełniany o nowe wątki. I wydaje mi się, że jest jakaś dysproporcja między historią o Ziemcach i dwóch światach rozdzielonych Górami Pierścienia, a liczbą słów, których autor używa do jej opowiedzenia. Mam nadzieję, że się mylę. Mam nadzieję, że kolejne tomy pokażą głębię tej opowieści, odkryją dotąd ukryte drugie dno. Jest światełko w tunelu, bo wraca pewien znany czarodziej… I… A na ostatnich stronach…

Czemu na ciąg dalszy trzeba tak długo czekać? I czemu zaczęłam czytać serię, która dopiero powstaje i której ukończenie zajmie autorowi lata? Nie było to rozsądne, a jednak nie mogłam inaczej i nie żałuję. Andrzej Ziemiański dba o to, żeby jego czytelnicy nie pogubili się w wydarzeniach i postaciach, roczne przerwy nie wpływają, co ważne, na odbiór książki. Tylko ciężko ją ocenić, mając przed oczami zaledwie fragment. Na pewno pochwalić muszę technikę pisarską, panowanie nad treścią i wątkami, wspaniałe przenoszenie się od jednej do drugiej postaci, akcentowanie początków i zakończeń poszczególnych epizodów, odniesienia do historii i współczesności, fachową wiedzę na wiele tematów… Niewielu mamy pisarzy, którym można by przypisać te wszystkie cechy jednocześnie. Niewielu potrafi napisać coś więcej niż powieść – tak rozbudowany cykl (mam na myśli: „Achaję”, „Pomnik cesarzowej Achai” i powieść, która nie ma jeszcze nawet tytułu, ale jest w planach), trylogię na takim poziomie.

Trzymam kciuki, żeby Andrzejowi Ziemiańskiemu się udało!

Na koniec zagadka dla tych, którzy czytali i dla tych, którzy są jeszcze przed lekturą. Do jakiej powieści nawiązuje autor w pierwszym rozdziale, w poniższym fragmencie?

„Tomaszewski złapał małą, podłużną konserwę sardynek z cieniutkiej blachy. Ktoś najwyraźniej usiłował odgryźć kawałek. Były na niej doskonale widoczne ślady zębów. I to, o ile mógł rozpoznać, ludzkich. Przez chwilę jakby sparaliżowała go pewna myśl. Miał wrażenie, że kiedyś w jego życiu coś takiego miało już miejsce. Po chwili przypomniał sobie. Czytał o tym w książce. I to w powieści, a nie w pozycji naukowej. Tak. Na pewno czytał już o czymś takim. Za żadne skarby jednak nie mógł sobie przypomnieć, o co w tej książce chodziło.” s.21

Lubicie takie intertekstualne zabawy w literaturze? Ja bardzo.

Ocena: 5/6