Radość czytania (Jørn Lier Horst, Poza sezonem)

Najpierw zaczęłam czytać zbiór rozmów pod przewrotnie prawdziwym tytułem „Obecność” Remigusza Grzeli (egzemplarz zdobyty na lipcowym spotkaniu w Sopocie podczas wymiany), ale po jednym wywiadzie przerwałam lekturę na rzecz słynnego „Wstępu do psychoanalizy” (pożyczonego od koleżanki). Niedługo potem (po dwóch wykładach) książka Sigmunda Freuda przegrała rywalizację z „Poza sezonem” Jørna Liera Horsta, który zaczęłam wczoraj, a skończyłam dzisiaj. Zastanawiam się teraz, co takiego wyjątkowego ma w sobie ten norweski pisarz, że jego kryminały tak mi się podobają.

Jørn Lier Horst, Poza sezonem

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2015, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Milena Skoczko

Horst napisał do tej pory dziesięć części cyklu, którego bohaterem jest William Wisting. W Polsce „mamy przyjemność” poznawać je w odwróconej kolejności:

„Jaskiniowiec” (2014) – część dziewiąta
„Psy gończe” (2015) – część ósma
„Poza sezonem” (2015) – część siódma

Przy „Jaskiniowcu” mi to nie przeszkadzało, chciałam poznać styl i umiejętności autora – byłego policjanta. Przy „Psach gończych” czułam pewien dyskomfort, cofając się w powieściowym czasie, ale książka była tak dobra, że nie narzekałam. Przy „Poza sezonem” zaczynam się trochę buntować. Czy pierwsza część jest tak zła, że nie można jej u nas wydać?

Komisarz Wisting to postać, którą bardzo polubiłam. Jest uczciwy, rzetelny w wykonywaniu obowiązków, oddany swojej pracy. Chciałabym poznawać jego losy chronologicznie, chociaż śledztwa nad którymi pracuje on w poszczególnych tomach (jak dotąd) się nie łączą. Jednak w tle pojawiają się bohaterowie trzecioplanowi (jak np. Suzanne, Tommy Kvanter) i drobne wątki prywatne, które choć nie mają bezpośredniego wpływu na fabułę, to mimo wszystko się je zapamiętuje i czeka na ich rozwinięcie. Np. w „Poza sezonem” Wisting namawia Suzanne do otwarcia kawiarni. Kto wcześniej poznał „Psy gończe”, od razu będzie wiedział, jak to się skończyło. Dodaje to dodatkowego „smaczku” lekturze, ale i odbiera część przyjemności z pierwszego czytania.

A kryminały pióra Horsta naprawdę sprawiają czytelnikowi dużo radości! Jego doświadczenie zawodowe i wiedza, talent pisarski, umiejętność stawiania intrygujących pytań – to wszystko godne jest uznania. Norweg pisze o swoim kraju i jego mieszkańcach, ale dotyka przy tym problemów uniwersalnych. Jak dotąd każda z jego wydanych w Polsce powieści jest inna, inaczej skonstruowana, na co innego położone są akcenty.

W „Poza sezonem” tematem jest przestępczość zorganizowana i nawet z tym „nudnym” zagadnieniem norweski pisarz radzi sobie świetnie. Sposób realizacji tematu trochę przypomina mi „Psy z Rygi” Henninga Mankella. W obu powieściach mamy pokazane zderzenie dwóch światów, bogatego kraju z biednym. U Mankella Kurt Wallander odwiedza Łotwę, natomiast u Horsta Wisting wyjeżdża na Litwę. Refleksje, które pojawiają się przy tej okazji są bardzo interesujące. Tak na przykład zostało opisane Wilno:

„Miał przed sobą nowy europejski plac dla bogatych. Ale wzrost ekonomiczny nie dotyczył wszystkich. Rozwarstwienie społeczne łatwiej było zauważyć po zapadnięciu zmroku. Jawna prostytucja i bieda, a tuż obok zamożni mężczyźni wysiadający z drogich samochodów w towarzystwie długonogich blondynek.

Wydawało mu się, że już rozumie, dlaczego ci, którzy nie widzieli dla siebie przyszłości w tym mieście, decydowali się szukać szczęścia w innych krajach, nawet jeśli to oznaczało wejście na drogę przestępstwa.” (s.215)

Byłam w litewskiej stolicy parę lat temu i zupełnie tego nie zauważyłam. Sposób patrzenia norweskiego komisarza na Litwinów (widział w nich głównie przestępców) trochę mnie początkowo dziwił. Nie chcę zdradzać za dużo z fabuły, więc napiszę tylko, że mądrze wątek ten (jak i cały kryminał) został przez autora zakończony.

Została pamięć (Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop ’44)

Drugą i niestety ostatnią przeczytaną przeze mnie podczas urlopu książką jest „Galop ’44” Moniki Kowaleczo-Szumowskiej. Cieszę się, że starczyło mi czasu akurat na tę młodzieżową powieść z elementami fantastycznymi dotyczącą powstania warszawskiego. Byłam nią zainteresowana odkąd tylko ukazała się na rynku prawie dokładnie rok temu. Jest wyjątkowa pod wieloma względami.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop '44

Wydawnictwo: Literacki Egmont, 2014, egzemplarz ze spotkania w Sopocie

Podoba mi się okładka – połączenie archiwalnego czarno-białego zdjęcia ulicy z postacią w pomarańczowej bluzie „wyciętą” z innego świata. I podoba mi się treść – mająca silne oparcie w faktach (bogata bibliografia, autorka pracowała dla Muzeum Powstania Warszawskiego), a jednocześnie pokazująca wydarzenia historyczne oczami dwóch współczesnych nastolatków. Wojtek i Mikołaj są braćmi, którzy się nie lubią. Różnica wieku, różnica charakterów.

„Wojtek był małomówny i zamknięty w sobie, a swojego brata traktował jak kosmitę i zazwyczaj nie miał czasu, ani ochoty, ani cierpliwości z nim przebywać. Trochę usprawiedliwiało go to, że był od Mikołaja kilka lat starszy. Rodzice gotowi byli finansować ich wspólne wyjścia, i może by się nawet czasem skusił, gdyby nie to, że przebywanie z Mikołajem kończyło się zawsze wielkim wstydem.[...] Mikołaja, choć nikomu o tym nie mówił, bolał brak prawdziwego zainteresowania ze strony Wojtka, co objawiało się głównie szarpaniną, kłótniami i wzajemną złośliwością” s. 8

Kiedy przez przypadek chłopcy przeniosą się w czasie do 1944 roku, wszystko w ich relacjach się zmieni. I słowo „patriotyzm” też nabierze dla nich nowego znaczenia.

Pomysł na fabułę autorka miała prosty. Podróż w czasie, młodzi bohaterowie, plus najważniejsze powstańcze epizody i postaci. Historia w trzystu stronicowej pigułce. Ale wykonanie jest najważniejsze. Narracja, dialogi, opisy miejsc – to wszystko jest w „Galopie ’44” po prostu świetne! Spodoba się i młodzieży, i dorosłym. I nie obejdzie się bez chusteczek, całej paczki. Szczególnie pięknie została odmalowana wojenna Warszawa i heroiczne czyny powstańców. Żal serce ściska za tym, co było i tak bezpowrotnie minęło. Została pamięć.

Książka Moniki Kowaleczo-Szumowskiej idealnie nadaje się na szkolną lekturę. Przekazuje wiedzę o powstaniu warszawskim w sposób prosty i zrozumiały. Czyta się ją jednym tchem. Wzbudza silne emocje. Zachęca do wizyty w Muzeum Powstania Warszawskiego i do szukania kolejnych informacji na temat ’44 roku.

Wybitna powieść (Herbjørg Wassmo, Stulecie)

Jest urlop, jest czas na czytanie. Z wielkiego stosu, który przydźwigałam do domu ze spotkania blogerów i pisarzy w Sopocie wybrałam książkę grubą i jak mi się wydawało trudną i wymagającą. Dużo wcześniej miałam chęć zmierzyć się z pisarstwem Herbjørg Wassmo, ale bałam się, że nie będzie to literatura dla mnie. Liczne recenzje zachęcały, a jednocześnie nie oddawały w pełni piękna prozy Wassmo. Jej styl trudny jest do opisania.

Herbjørg Wassmo, Stulecie

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2014, egzemplarz ze spotkania w Sopocie
Autorka przekładu: Ewa M. Bilińska

„Stulecie” to książka o kobietach. Prababce, babce, matce i Herbjørg. To opowieść na miarę „Stu lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza. Pełna smutku, samotności, rozczarowania. I miłości, chwil nadziei, rozkoszy, szczęścia. Na ponad pięciuset stronach codzienna egzystencja Norweżek pokazana jest w najrozmaitszych odcieniach – małżeństwo, macierzyństwo, śmierć bliskich. Zmęczenie i heroizm podejmowania domowych obowiązków. I marzenia. O wyrwaniu się, innym życiu.

Łatwo się dać wciągnąć tej historii. Najpierw opowiada o swoim życiu Herbjørg. Potem poznajemy jej przodkinie: Sarę Susanne, Elidę i Hjørdis. Chronologia szybo zostaje zakłócona, ich życiorysy się przeplatają, czasy zmieniają. I nie jest to zabieg przypadkowy. Pozwala spojrzeć na cały ród z szerokiej perspektywy. Wassmo opisuje świat z dociekliwością Fiodora Dostojewskiego, nie cofając się przed ukazaniem brudu, nieszczęścia i grzechu. (Chociaż ta ostatnia kategoria nie bardzo tu pasuje. Bóg nie jest ważny dla bohaterek książki. Sumienie zostaje zastąpione przez pojęcie wstydu.) Wykreowana rzeczywistość sprawia wrażenie „prawdziwej”. Emocje i uczucia nie są wydumane, ale bardzo „ludzkie”. W warstwie fabularnej – nie ma łatwych odpowiedzi i rozwiązań na na trudne pytania i problemy. Kobiety budzą podziw swoją siłą, dzięki której znoszą kolejne ciosy w dzieciństwie i dorosłości. Popełniają błędy, ale trudne je oceniać.

Ile w tej powieści jest prawdy? Ile wątków autobiograficznych? Czy pisanie jest sposobem na oswojenie traumy, autoterapią?

„Wstyd. Dla mnie to istota życia. Zawsze próbuję ukryć, zbagatelizować albo uleczyć wstyd. Pisanie książek stanowi taką formę wstydu, którą trudno jest zataić, ponieważ zostaje on w nich dosłownie udokumentowany. Można powiedzieć, że wstyd nabiera formy.” (s. 9)

Według mnie najważniejsze jest pytanie, co dana lektura może dać czytelnikom. W tym przypadku otrzymujemy dzieło wielowątkowe. Panoramę społeczną na tle historycznym i obraz kobiecego losu w jednym.

Jestem przekonana, że Herbjørg Wassmo ma wielki talent. Niewielu mamy współcześnie ważnych powieściopisarzy, których utwory są ponadczasowe. Tym bardziej warto przeczytać „Stulecie”, aby zobaczyć, że możliwości powieści jako gatunku wcale nie zostały wyczerpane w XX wieku.

Podziękowania za trzecie spotkanie nad morzem z książką

Zorganizowanie tego spotkania po raz trzeci, to było nie lada wyzwanie. Długo mogłabym opowiadać o przygotowaniach, planowaniu, pisaniu e-maili. Miało być łatwiej, bo robiłyśmy to z Bookfą przecież już trzeci raz… ale impreza z roku na rok się rozrasta, potrzeba więcej osób do pomocy i więcej, dużo więcej pracy. Śmieję się na myśl, że niedługo połowa uczestników, to będą nasi pomocnicy. To oni – wspaniali ludzie, miłośnicy książek, którzy co roku spotykają się z nami nad morzem w Sopocie – sprawiają, że na końcu mimo zmęczenia pojawia się w sercu wielka radość.

A może nad morze? Z książką 3

I dlatego przede wszystkim chciałam podziękować tym, którzy w sobotę, 11 lipca 2015 roku, przyszli do Sali Morskiej w Zatoce Sztuki. Byli to blogerzy książkowi, pisarze, komentatorzy blogów, z różnych miast, a nawet z zagranicy. Przynieśli ze sobą książki na wymianę oraz upominki dla dziecięcego hospicjum Bursztynowa Przystań. I uśmiech, dużo uśmiechu. Było w nich tyle pozytywnej energii, że czuję się nią naładowana na cały przyszły rok. Cieszę się, bo niektórzy po dwóch latach stali się dla mnie bliskim znajomymi, na których wiem, że można polegać. Z innymi zamieniłam tylko kilka zdań, ale mam nadzieję, że i te dopiero co nawiązane znajomości da się w przyszłości rozwinąć, że zaowocują nowymi przyjaźniami. Czy będziemy się tak spotykać jeszcze wiele lat?

IFfot. Dukaga

„A może nad morze? Z książką” wymyśliła Bookfa. To jej jestem wdzięczna ze te niezapomniane chwile, za ludzi, których poznałam. Jej upór, genialne pomysły, zaangażowanie, sprawiły, że udała się pierwsza edycja i dwie następne. Nie znam lepszej organizatorki. Pomagając jej, można się wiele nauczyć! W tym roku ciężar organizowania zgodziły się wziąć na siebie również dwie wspaniałe blogerki – Aleksandra i Dominika. Ramię w ramię obie publikowały z nami wpisy informacyjne, pisały do wydawnictw, Aleksandra dodatkowo opiekowała się skrzynką pocztową i witała uczestników. Jednak co cztery głowy to nie jedna, chciałoby się powiedzieć. Ale tak naprawdę tych „głów” było dużo, dużo więcej. Janinka pomagała w wymianie książek na spotkaniu, pilnowała kolejności i spisała się w tym trudnym zadaniu świetnie. Ewa „zdobyła” wielu sponsorów wśród wydawnictw i zaprosiła znajomych pisarzy. Poza nią na koszulki liderów zdecydowanie zasłużyły też Dukaga i Audrey, które razem z Janinką już po godzinie dziewiątej w sobotę pomagały nam przydźwigać książki od sponsorów, przestawić stoły i ławki, posklejać i popakować kartony dla Bursztynowej Przystani. Jednym słowem – przygotować wszystko na przyjście około czterdziestu gości. One również zostały do samiutkiego końca, pomogły posprzątać. I jak my się im odwdzięczymy?

IF

fot. własna

fot. Bookfa

Impreza nie miałaby tego rozmachu, gdyby nie zaprzyjaźnione wydawnictwa, które w tym roku przysłały naprawdę mnóstwo książkowych prezentów nie tylko dla uczestników spotkania, ale również dla dzieci z hospicjum. Kochani wydawcy – jesteście wielcy, że chcecie wspierać takie blogerskie inicjatywy jak nasza! Patrzę na stos książek, który otrzymałam dzięki Wam i się uśmiecham – same wspaniałe tytuły, staranne wydania. Na niektóre czekałam od dawna. Spełnienie marzeń!

Wydawnictwa

IF

fot. własna

Osobne podziękowania należą się naszemu patronowi – Literackiemu Sopotowi. To dla nas zaszczyt, że jesteście z nami już trzeci rok. Dziękujemy za przypinki, zakładki do książek i pyszne, słynne już, słodkie babeczki, które w tym roku zniknęły ze stołu wyjątkowo szybko. Oraz za spacer po budowie mediateki w Sopocie. To była świetna niespodzianka. Dyrektor Biblioteki Sopockiej, Roman Wojciechowski tak pięknie opowiedział o Sopotece, że na pewno ją odwiedzimy, jak już będzie otwarta.

IF

IF

IF

fot. własna

Nie sposób nie napisać również o Zatoce Sztuki – miejscu dla nas szczęśliwym i wyjątkowym. Widok na morze z tarasu Sali Morskiej – przecudny. Współpraca z panią Kasią Franusiak – rewelacja. Dziękujemy za przygotowanie sali, rabat, kawę, herbatę, soki. Za to, że nasza obecność jest Wam miła i już nas zapraszacie za rok.

IF

IF

fot. własna

Mamy też jednego anonimowego darczyńcę, fana naszych spotkań. To od niego były cztery tace z owocami. I chociaż nie napiszę kto to jest, to niech ta osoba wie, że jej dar i wsparcie (też nie wymienię tych wszystkich rzeczy, które oprócz tego zrobiła) zostały docenione i zapamiętane.

IF IF IF

fot. własna

Wiele osób wymienię z imienia, bo muszę im podziękować. Boję się tylko, żebym o kimś nie zapomniała. Więc zrobię to może w miarę chronologicznie. Dziękuję wszystkim, którzy na początku udostępnili informację o naszym spotkaniu na swoich blogach i Facebookach. Szczególnie pani Agacie Olejniczak z Onetu, której życzliwość i wsparcie co roku bardzo pomagają w rozreklamowaniu wydarzenia. Dziękuję rodzinie Bookfy (robią niesamowicie wiele, uwierzcie mi), jej mężowi, córce, mamie (która raz w roku zamienia swoje mieszkanie w magazyn książek). Bookfo, wycałuj ich od nas wszystkich! Swojej rodzinie też dziękuję, że mają jeszcze do mnie cierpliwość, kiedy swój wolny czas poświęcam organizowaniu. Anie Matusewicz dziękuję za sesję zdjęciową, której efekty niedługo poznamy. Karolowi Kłosowi dziękuję za ogromną liczbę wspaniałych zdjęć, które już można oglądać na jego facebookowym profilu.

IFIF

fot. własna

Jeszcze podziękowania za „drobiazgi”, które wcale takimi drobiazgami nie są, jak doda się je do siebie i spojrzy się na całokształt. Zerr zajmował się filmowaniem (czekam na film) i pomagał mi w podliczeniu punktacji quizu. Zuzia uratowała pisanie spotkaniowej powieści i przypominała o niej uczestnikom. Aleksandra zrobiła zdjęcia moim aparatem, kiedy ja zupełnie o tym zapomniałam. Dominika zakleiła kartony dla Bursztynowej Przystani tak, że były gotowe na czas. Osiem osób zgodziło się być ekipą tragarzy i zanieść osiem kartonów i jedną reklamówkę do hospicyjnego samochodu na odległym parkingu. Kilka osób zostało prawie do końca spotkania i dzieliło się z nami swoimi refleksjami, i już podsuwało pomysły na przyszłość. Jak widać każdy na swój sposób dołożył swoją cegiełkę.

IF

IF

fot. własna

Na końcu wspomnę o gościach specjalnych. Nasi wspaniali pisarze – Anna Klejzerowicz, Małgorzata Warda, Barbara Piórkowska, Anna Sakowicz, Piotr Sender, Joanna Marat, Alek Rogoziński, Karol Kłos, Ewa Formella, Agnieszka Szczepańska, przynieśli książki swojego autorstwa dla uczestników spotkania, wpisali dedykacje i autografy. Jesteście przemiłymi ludźmi! Dziękuję serdecznie, że tak licznie w tym roku dołączyliście do blogerów i komentatorów blogów!

Mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam. Wszystkich uczestników spotkania ściskam mocno i całuję!

PS Linki do zdjęć, relacji i komentarzy ze spotkania będę zbierała i umieszczała pod tym postem na Facebooku:

https://www.facebook.com/CoWartoCzytac/posts/1145123235514920

PPS Zapomniałam dopisać, że dziękujemy Peterowi G. ze Szwecji za bombowe koszulki „Follow the leader” :-)

Do zobaczenia jutro nad morzem z książką!

A może nad morze? Z książką 3

Wszystkim uczestnikom jutrzejszego spotkania, którzy otrzymali potwierdzenie udziału w sobotniej imprezie przypominamy, że TA sobota jest już jutro. Czekamy na Was w Zatoce Sztuki przy alei Franciszka Mamuszki 14 o godzinie 14.00 na pierwszym piętrze w Sali Morskiej.

Zatoka Sztuki

Zatoka Sztuki od al. Mamuszki, fot. własna

Sala Morska

Sala Morska, fot. Zatoka Sztuki

Zatoka Sztuki od strony plaży, fot. własna

Będzie się działo… Ana szykuje aparat fotograficzny na sesje zdjęciowe dla chętnych sfotografowania się w towarzystwie książek. Zuz i Zerr będą okiem kamery filmowej obserwować „dynamiczny rozwój wydarzeń” sobotniego spotkania.

Pierwsze książki od zaprzyjaźnionych wydawnictw już są na miejscu i korzystając z pięknej pogody wylegują się na plaży, na leżakach, sofach, stolikach, pod parasolami i nad basenem.

Zatoka Sztuki Beach Club, fot. własna

P.S. Babeczki pojawią się punktualnie. Jak zwykle. Bo wspiera nas Literacki Sopot.

Literacki Sopot

Do zobaczenia w Sopocie!

Bookfa i Beata oraz Aleksandra i Dominika

—————

A może nad morze? Z książką 3. Podajemy nowe szczegóły spotkania

A może nad morze? Z książką 3

Już wkrótce po raz trzeci będzie miało miejsce spotkanie blogerów piszących o książkach i komentatorów tych blogów. W tym roku wyjątkowo licznie wezmą w nim udział również autorki i autorzy książek. Swoje przyjście zapowiedzieli między innymi: Piotr Sender, Joanna Marat, Magdalena Zimniak, Małgorzata Warda, Anna Klejzerowicz, Agnieszka Szczepańska, Emma Popik, Barbara Piórkowska, Anna Sakowicz i Ewa Formella w podwójnej roli, jako blogerki i autorki oraz Alek Rogoziński i Karol Kłos.

Tradycyjnie rozmowy o książkach i blogach odbędą się w Sopocie. Patronat nad wydarzeniem sprawuje, jak co roku, Literacki Sopot.

Literacki Sopot

Spotykamy się w sobotę 11 lipca 2015 roku o godzinie 14.00. W miejscu najpiękniejszym z możliwych, na sopockiej plaży w Zatoce Sztuki. Tym razem jednak usiądziemy w sali morskiej z tarasem, czyli będziemy spoglądać na Bałtyk lekko z góry. W związku z tym mamy w tym roku dużo więcej miejsc, ale niestety i tak byłyśmy zmuszone zamknąć tegoroczną listę zgłoszeń przed zaplanowanym wcześniej terminem.

Zatoka Sztuki

Zapewniamy jak zwykle piękny widok, piasek w butach, szum i zapach morza oraz dzięki znanym i lubianym wydawnictwom sporo książkowych niespodzianek. Tradycyjnie, od samego początku wspiera nas Literacki Egmont, ale dołączyło w tym roku wielu nowych sponsorów. Bardzo się cieszymy, że wiele wydawnictw przyłączyło się do naszej akcji „Zróbmy coś pożytecznego” i hojnie obdarują hospicjum książkami. Wszystkim serdecznie dziękujemy już teraz!

Do Sopotu zabieramy ze sobą dobry humor i dowolną liczbę książek na wymianę.

Powdychamy jod (bezpłatnie), skosztujemy pyszności z Zatokowej kuchni (na koszt własny, ale z rabatem), napiszemy trzecią część naszej spotkaniowej powieści i zintegrujemy się przy pomocy quizu o książkach. Będzie to wspaniała okazja, żeby poznać osobiście tych, którzy pojawią się po raz pierwszy oraz spotkać weteranów imprezy.

UWAGA! UWAGA! W tym roku dodatkowo przygotowujemy akcję „Zróbmy coś pożytecznego”. Prosimy każdego z uczestników o przyniesienie ze sobą oprócz książek na wymianę także jednej książki dla dzieci. Jeżeli nie macie jeszcze odpowiedniej książki dla małych czytelników, przeczytajcie tekst napisany przez pracującą w hospicjum psycholog Joannę Bożek. Dowiecie się z niego o biblioterapii, czyli że książki można nie tylko czytać, ale także czuć. Wszystkie zebrane w ten sposób upominki trafią do Bursztynowej Przystani, pierwszego na Pomorzu hospicjum dla dzieci znajdującego się w Gdyni. To będzie nasza mała cegiełka włożona w rozwój biblioterapii w tym miejscu.

Bursztynowa Przystań

Do zobaczenia!

Bookfa i Beata oraz Aleksandra i Dominika

—————

Brutalny i oryginalny (Pierre Lemaitre, Koronkowa robota)

Kryminał, który trzeba przeczytać do końca. Dopiero wtedy można go w pełni docenić. Pierre Lemaitre bawi się formą, zwodzi czytelnika, cytuje wielkich pisarzy, a jednocześnie epatuje brutalnymi scenami. Jego „Koronkowa robota” pełna jest wymyślnych morderstw popełnianych przez psychopatę, ale są w niej także odniesienia literackie i autotematyczne refleksje. Szokująca mieszanka!

Pierre Lemaitre, Koronkowa robota

Wydawnictwo: Muza, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Joanna Polachowska

A to nie wszystko. Są dwie części. Pierwsza, pozornie zwyczajna, w której poznajemy głównego bohatera – inspektora Camille’a Verhoevena (czterdzieści lat, wzrost: metr czterdzieści pięć), jego żonę (Irene, w zaawansowanej ciąży) i kilku policyjnych współpracowników. Towarzyszymy mu w prowadzeniu śledztwa i poszukiwaniu seryjnego mordercy (wielbiciela kryminałów) oraz poznajemy życie prywatne, przeszłość i teraźniejszość. Kiedy wszystko wydaje się jasne, oczywiste i przewidywalne (udało mi się nawet odgadnąć, kto zabił), rozpoczyna się część druga. O niej nie mogę niestety nic napisać. Poza tym, że jest oryginalna, wywraca fabułę do góry nogami.

Styl całej tej dwuczęściowej opowieści bardzo mnie zaskoczył. Szczególnie język (chociaż trudno go ocenić, czytając przekład) zwraca na siebie uwagę. Sposób narracji zmienia się zależnie od sytuacji. Dużo miejsca zajmują psychologiczne portrety bohaterów (prawie jak w dziewiętnastym wieku). Autor świadomie używa różnych technik, środków, które sprawiają, że jego powieść jest wciągająca, atrakcyjna, wielowarstwowa. Zakończenie jest wręcz filmowe – widzi się je oczyma wyobraźni (przerażający widok).

Wydawać by się mogło, że w kryminałach już nic nowego wymyślić nie można. A jednak – pozostaje mieszanie gatunków, gry z kliszami, intertekstualność. Lemaitre stawia w swojej powieści pytanie o wartość literatury detektywistycznej oraz pokazuje jak się zmieniała:

„Pierwsze książki wydały mu się raczej klasykami. Prywatni detektywi, popijając kawę i jedząc pączki, gnuśnieli w nędznych biurach nad stertami niezapłaconych rachunków. Sfiksowani zabójcy raptem folgowali swoim psychopatycznym impulsom. A potem styl się zmieniał, stawał się coraz bardziej odjechany, coraz bardziej dosadny. James Ellroy zaczynał ukazywać okrucieństwo w stanie czystym. Miejskie szumowiny jawiły się jako metafora zdemoralizowanej i odartej ze złudzeń ludzkości. Miłość nabierała cierpkiego posmaku ulicznych dramatów. Do głosu dochodziły sadyzm, przemoc, okrucieństwo, nasze najniższe fantazmaty z całym korowodem krzywd i odwetów, maltretowanych kobiet i krwawych zbrodni.” (s. 136-137)

Pisarz porusza interesujące zagadnienie, o którym sama mimowolnie wielokrotnie myślałam podczas lektury. A mianowicie: dlaczego ludzie chcą czytać o zbrodniach? W tekście pojawia się m.in. taka odpowiedź:

„Niewiarygodny sukces literatury kryminalistycznej wyraźnie dowodzi, jak bardzo świat spragniony jest śmierci. I tajemnicy. Goni za tymi obrazami nie dlatego, że ich potrzebuje. Ale dlatego, że ma tylko to. Abstrahując od wojen i wielkich bezinteresownych rzezi, jakie polityka ofiarowuje ludziom, by zaspokoić ich nieopanowaną żądzę śmierci, cóż innego mają? […] Pisarze piszą o śmierci dla ludzi, którzy łakną tej śmierci, tworzą dramaty, by zaspokoić ich tęsknotę za dramatem.” (s. 311)

Jest to fragment listu jednej z ważnych postaci.

„Koronkowa robota” to pierwsza część cyklu o komisarzu Verhoevenie. Jeszcze nie wiem, czy sięgnę po kolejne tomy. Czy będę chciała wrócić do okrutnego świata wykreowanego przez Lemaitre’a?