Humor z nutą fantastyki na tle Wrocławia (Marta Kisiel, Nomen omen)

Kupiłam książkę. Odkąd pracuję, mam nadzieję, że będzie mi się to częściej zdarzało. Mój wybór padł nieprzypadkowo na powieść Marty Kisiel. Czytałam wcześniej jej debiutanckie „Dożywocie”, które na długo zapadło mi w pamięć. A przez ostatnie miesiące na bieżąco śledziłam doniesienia o powstawaniu „Nomen omen” na facebookowym profilu autorki „Kisiel z Kłulika” i nie mogłam się wprost doczekać lektury, szczególnie że „wszyscy” tak ją zachwalali. A do tego bardzo przyciągała mnie okładka stworzona przez Piotra Cieślińskiego.

Wydawnictwo: Uroboros, 2014, egzemplarz własny

I jak to z wielkimi oczekiwaniami bywa – przerosły one trochę rzeczywistość. Książka jest dobra, ale nie rewelacyjna. Zabawna, ale nie porywająca. Bardzo lubię styl pisania Marty Kisiel, urzeka mnie język, jakim się posługuje. Podobają mi się odwołania literackie, np. do epoki romantyzmu. Pisarka ma dar do wymyślania cudownie dziwacznych postaci podbijających serca czytelników. Jest tylko jeden drobny problem moim zdaniem. Fabuła. Zbyt prosta, skoncentrowana na jednym wątku. Może w sam raz jak na literaturę młodzieżową czy rozrywkową, ale…

Pech chciał, że „Nomen omen” czytałam po „Wichrowych Wzgórzach” i cały czas czułam kontrast między obiema powieściami. Nie chcę porównywać tych książek, po prostu próbuję napisać o moich wrażeniach i odczuciach. To nie jest łatwe. Czegoś mi podczas lektury brakowało, ale nie umiem tego nazwać. Przygody Salki Przygody (nazwisko bohaterki) i jej rodziny wciągnęły mnie tylko troszkę. A przecież…

Pisarka świetnie wykorzystała Wrocław jako tło swojej opowieści, wspaniale przypomniała o jego niełatwej historii. Do tego połączyła humor z grozą, wydarzenia fantastyczne splotła z obyczajowymi i wyszła z tego bardzo atrakcyjna mieszanka. Więc całość oceniam pozytywnie i nazwisko autorki radzę zapamiętać, bo wydaje mi się, że ma wielki potencjał, jeszcze nie do końca ujawniony.

PS Brawa za prolog, a zwłaszcza pierwsze zdanie:

„Salka Przygoda lat dwadzieścia pięć, metr osiemdziesiąt trzy wzrostu, siedemdziesiąt sześć kilo wagi, niczym gołębica przeleciała nad barierką i runęła prosto w ciemny, lodowaty nurt Odry, o włos mijając betonowe nabrzeże i krasnoludka z brązu, który przycupnął tam, by wyprać sobie portki.” s. 5

Widziałam kiedyś tego krasnoludka, nie tak łatwo go wypatrzyć. I nie tak łatwo przykuć uwagę czytelnika od razu, za pomocą kilku słów.

Ocena: 4+/6

6 Komentarze

  1. Właśnie miałam w ręce tę książkę i zastanawiałam czy kupić…teraz chyba już wiem :)

  2. Jak wiele zależy od pierwszego zdania… Po takim prologu nie musiałabym się długo zastanawiać, czy czytać dalej. :)