Czytanie jak sen (Andrzej Ziemiański „Pułapka Tesli”)

Andrzeja Ziemiańskiego podziwiam przede wszystkim za „Achaję”. W oczekiwaniu na kolejny (czwarty) tom „Pomnika cesarzowej Achai” sięgnęłam po zbiór opowiadań wydanych nie tak dawno, w 2013 roku.

Pułapka Tesli, Andrzej Ziemiański

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2013, egzemplarz z biblioteki

Nie miałam wielkich oczekiwań wobec „Pułapki Tesli”. Czytałam wcześniej recenzje, słuchałam wywiadów z autorem, wiedziałam, czego mogę się spodziewać. A mimo to jedno z opowiadań bardzo mnie zaskoczyło. To był ostatni, mocny akcent tomu, podkreślający jego zalety.

Zacznę więc od końca. „A jeśli to ja jestem Bogiem?” to historia architekta, który w prywatnej klinice leczy pacjentów w snach. Wiele więcej nie mogę zdradzić. Jest wątek autobiograficzny (główny bohater tak jak autor posiada doktorat z architektury), jest humor, są marzenia senne i koszmary, jest też drugie dno, tematyka dużo poważniejsza podana tak lekko jak to tylko możliwe. Jak żyć? Jak poradzić sobie, gdy brakuje nadziei? Jak oswoić lęk? Genialne jest zakończenie i postać silnej dziewczynki – Oli.

Pozostałe historie z tego tomu (cztery) mają kilka cech wspólnych, więc omówię je najpierw razem. Wszystkie świetnie się czyta! Andrzej Ziemiański potrafi wzbudzić zainteresowanie czytelnika. Co będzie dalej? Jak zakończy się ta nieprawdopodobna akcja? Takie pytania najczęściej towarzyszyły mi w trakcie lektury. Za każdym razem jednak finał trochę mnie rozczarował, był zbyt przewidywalny. Każde z opowiadań jest zabawne, inteligentnie napisane, wciągające, z mnóstwem intertekstualnych odniesień, ale… Ale brakuje im tego czegoś, by zostać w pamięci, by wzbudzić głębszą refleksję.

Plusy jednak przeważają. Chciałabym wyróżnić tytułowy tekst. „Pułapka Tesli” to zabawna gra z historią (w takich grach Ziemiański jest prawdziwym wirtuozem), z której dowiedziałam się wiele na temat wielkiego wynalazcy i problemów, z którymi musiał walczyć (nieuczciwa konkurencja, kradzież patentów). Z kolei w „Wypasaczu” podobała mi się postać policjantki Anity, kolejnej w dorobku tego autora „kobiety z charakterem”. I nie mogę nie wspomnieć o Wrocławiu, który w prawie wszystkich opowiadaniach pojawia się w tle, ale za to w jaki sposób! Fragment z opowiadania „Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła”:

„Walicki siedział w ogródku kawiarni Jaś i Małgosia, dwóch malutkich, prześlicznych budyneczków tuż przy placu przed kościołem garnizonowym. Plac był zresztą szczególny. Kiedyś znajdował się tu cmentarz, a cukierkowe budynki jak z bajki należały do tych, którzy obsługiwali pochówki, o czym nie wiedział nikt z ludzi pijących przy stolikach. Co gorsza, kiedy już zlikwidowano cmentarz, w centrum miasta, pod granitową powierzchnią placu zamurowano zwłoki kilkudziesięciu ściętych buntowników przeciwko radzie miasta. Obywatele mieli deptać ich groby po wieki wieków. To było późne średniowiecze. Współczesna rada podczas renowacji kazała wyróżnić drogę z kawiarni do kościoła czerwonym granitem. Akurat nad grobami buntowników. Ciekawe, czy tylko z niewiedzy, czy też raczej z powodu solidarności ze średniowiecznymi kolegami ówczesnego „urzędu miasta”. W każdym razie buntowników deptano dalej.” s. 171-172.

Kto by pomyślał, że to urocze miejsce ma taką mroczną historię?

Jaś i Małgosia

fot. Beata Kobierowska

Po przeczytaniu ostatniej strony „A jeśli to ja jestem Bogiem?” zamknęłam „Pułapkę Tesli” i poczułam się jakbym obudziła się ze snu, bardzo przyjemnego i prawdziwego snu. Dawno nie miałam takiego uczucia. Zerknęłam na zegarek i nie mogłam uwierzyć, że tyle czasu mnie nie było.

Powieść o lekarzach, w której nie brakuje emocji i napięcia (Christer Mjåset „Białe kruki”)

Widząc nazwisko Christera Mjåseta na okładce, spodziewałam się kolejnego kryminału, a tymczasem „Białe kruki” okazały się powieścią o lekarzach, w której choć nie ma trupa, śledztwa i mordercy, to emocji i napięcia nie brakuje. Autor „Lekarza, który wiedział za dużo” nie poszedł po linii najmniejszego oporu i nie stworzył (póki co) nowej serii detektywistycznej z Madsem Helmerem w roli głównej. A przecież mógł, bo bohater jego pierwszej powieści kryminalnej był na tyle udaną kreacją (zyskał sympatię czytelników), że nic prostszego (wydawałoby się) niż dopisać jego dalsze losy. Zamiast tego Mjåset stworzył szereg nowych, interesujących postaci (głównie lekarzy) i fabułę rozgrywającą się w szpitalu w Bergen, która wciąga od pierwszej do ostatniej strony.

Christer Mjaset , Białe kruki

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2014, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Dorota Polska

Mathias, Thea i Werner są młodymi lekarzami-asystentami na Oddziale Neurochirurgii w Szpitalu Uniwersyteckim Haukeland. Gdy dowiadują się, że dla jednego z nich zabranie etatu, rozpoczyna się rywalizacja, w której muszą się zmierzyć nie tylko ze sobą nawzajem, ale również stanąć wobec pytania – ile są w stanie poświęcić dla ukochanej pracy. Czy można być wziętym neurochirurgiem i uczciwym człowiekiem? Czy w środowisku, w którym każdy nagina zasady, stosuje „białe kłamstwa”, usprawiedliwia się zdaniem „Kłam, jeśli musisz”, znajdzie się biały kruk?

Mjåset wykorzystał swoje własne doświadczenia z pracy w służbie zdrowia, to one sprawiają, że powieść jest tak wiarygodna i przejmująca. Jednocześnie w nocie na końcu książki autor wyraźnie zaznacza, że nie opisał jednego konkretnego szpitala, ale na równi z życiem zainspirowały go filmy i literatura. To sprawia, że jego proza jest uniwersalna. Problemy i trudne wybory lekarzy w „Białych krukach” są równocześnie problemami i wyborami, przed którymi stają przedstawiciele innych zawodów, zarówno w pracy jak i poza nią. Np. zdrada w związku, fałszowanie wyników badań, choroba nowotworowa matki, nieuczciwość kolegów, molestowanie seksualne, depresja. Ważne moralne dylematy podane zostały w zaskakująco lekkiej formie. (Dowód na to, że literatura rozrywkowa nie musi być piękną i pustą wydmuszką.)

To, co bardzo podoba mi się w twórczości Christera Mjåseta, to jego styl. Kursy kreatywnego pisania można by prowadzić w oparciu o obie jego powieści. Jest tam wszystko tak, jak powinno być: wyraziści bohaterowie, porywająca fabuła, obrazowa narracja, emocjonalnie nacechowany opis miejsca:

„W Bergen nastała wiosna.

Marianne przechyliła się przez balustradę na tarasie swojego domu rodzinnego, spoglądając w kierunku centrum. O tej porze roku nietrudno było się rozkoszować rozciągającym się stąd widokiem. Japońskie drzewka wiśni wypuściły kwiaty, kreśląc niemal nierzeczywisty różowy okrąg wokół stawu Lille Lungegårdsvann. Rododendrony także zakwitły i ich słodką woń, za którą zawsze tęskniła zimą, wyczuwało się w całym centrum. W mieście było dużo ludzi. Tłum zaczął gromadzić się wokół sceny, ustawionej na Festplassen w związku z festiwalem muzyczno-teatralnym Festspillene. Na brzegach Vågen i na Bryggen roiło się od ludzi. W okamgnieniu miasto zmieniło charakter, jak zwykle w maju, z szarego i przesiąkniętego wodą stało się tętniące życiem i barwne. Mieszkanie tutaj, bycie częścią tego miejsca, budziło w niej zawsze silne poczucie szczęścia.” s. 367

(Aż chciałoby się odwiedzić Bergen z książką w rękach!) Poza tym „Białe kruki” są dowodem na to, że autor się rozwija, wychodzi poza schemat kryminału, podejmuje trudniejsze problemy, jego portrety postaci są bardziej dwuznaczne, zaskakujące, zmuszają do zastanowienia się nad sobą. Czy możemy potępiać czyjeś postępowanie nie mając pewności, że w jego sytuacji nie postąpilibyśmy tak samo?

Ocena: 5/6

Prozy Charlotte Brontë nigdy dość! (Charlotte Brontë, „Niedokończone opowieści”)

Wydawnictwo MG zaskarbiło sobie wdzięczność fanów sióstr Brontë (w tym moją) pierwszymi polskimi wydaniami takich książek jak: „Shirley”, „Lokatorka Wildfell Hall”, „Agnes Grey”, „Profesor”, a także biografiami: Eryka Ostrowskiego „Charlottë Bronte i jej siostry śpiące” oraz Elizabeth Gaskell „Życie Charlotte Brontë”. A to jeszcze nie wszystko! Pojawiło się przecież nowe tłumaczenie „Wichrowych Wzgórz” i piękne edycje „Jane Eyre. Autobiografia” i „Villette” w twardej oprawie. Teraz do rąk czytelników trafiają „Niedokończone opowieści”. I mam nadzieję, że to nie koniec… Twórczości Charlotte Brontë i jej rodzeństwa nigdy dość!

Charlotte Bronte, Niedokończone opowieści

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Maja Lavergne

Cztery fragmenty powieści: „Ashworth”, „Emma”, „Państwo Moore” i „Historia Williego Ellina” reprezentują to, co w prozie autorki z Haworth najlepsze. Świetne portrety psychologiczne postaci, intrygujący obraz ich życia wewnętrznego plus to nieuchwytne „coś” sprawiające, że czytelnik ma wrażenie jakby czytał o prawdziwych uczuciach i myślach drugiego człowieka. „Niedokończone opowieści” wyróżnia jednak jeszcze jedna cecha. Jak na XIX wiek i w porównaniu do innych utworów Charlotte Brontë, ten tom nieopublikowanych za życia pisarki tekstów bardzo odważnie podejmuje tematy obyczajowe i społeczne.

„Ashworth” rozpoczyna się opisem niemoralnego życia kilku niesympatycznych mężczyzn. A cała historia nosi znamiona prawdziwej:

„Jest również pewna historia, której szczegóły często słyszałam od różnych osób i którą pragnę streścić w coś podobnego w formie do opowiadania, tak żeby nazwiska i zdarzenia w niej wyszczególnione nie wymknęły się całkowicie z mojej pamięci. Nie usłyszałam o tych zdarzeniach ostatnio; nie doszły również moich uszu wszystkie naraz. Każda scena i postać, o których napomknę, była tematem wielu anegdot przekazywanych w wieczornej rozmowie przy różnych domowych kominkach.” s. 9

Tekst „Państwo Moore” pokazuje „bez upiększeń” małżeństwo Sarah i Johna. Ich rozmowy to walka o dominację, zahaczająca o psychiczne znęcanie się. „Historia Williego Ellina” porusza obrazami przemocy wobec dziecka. „Emma” jest najbardziej tajemniczym fragmentem. O tytułowej bohaterce nie wiadomo prawie nic. Najbardziej podobał mi się początek:

„Wszyscy szukamy w życiu ideału. Któregoś roku zaczęła mnie nawiedzać przyjemna fantazja, że być może niewielka jest liczba istot ludzkich, które w pewnym okresie życia nie odnajdują na jakiś dłuższy lub krótszy czas tego, czego szukają. Na pewno nie odnalazłam go w młodości, chociaż silna wiara, jaką czułam w istnienie owego ideału, wystarczała przez cały mój najbardziej promienny i najświeższy okres życia, żeby podtrzymać we mnie nadzieję. Nie odnalazłam go w wieku dojrzałym, Pogodziłam się, że nie odnajdę go nigdy. Przeżyłam szereg ponurych lat całkowicie spokojna i bez oczekiwań. A teraz nie byłam pewna, ale coś unosiło się wokół mojego serca, co mnie cudownie cieszyło.” s. 103

Akapit ten skojarzył mi się z życiem Charlotte, jej późnym małżeństwem i tym, co musiała czuć, gdy po wszystkich tragediach rodzinnych, śmierci najbliższych, znalazła w końcu szczęście.

Ciekawa jestem, jakie byłyby te cztery powieści, gdyby Charlotte Brontë je ukończyła. Dlaczego porzuciła pracę nad nimi? Czy któraś z nich dorównałaby „Jane Eyre”? Czy zostałby ocenzurowane przez nią przed drukiem? Jak różni są bohaterowie, których stworzyła od tych, których w swoich książkach opisywała np. Jane Austen! W świecie przedstawionym „Ashworth”, „Państwa Moore”, „Emmy” i w „Historii Williego Ellina” zło i złe charaktery są bardzo wiarygodne, zostały realistycznie (a może nawet naturalistycznie) sportretowane. Dlatego tak wysoko cenię twórczość tej autorki – bo próbowała ukazywać życie takim, jakie je widziała.

Ocena: 5/6

Genialna biografia genialnej pisarki (Elizabeth Gaskell, Życie Charlotte Brontë)

Kto by pomyślał, że biografia może być tak zajmująca jak powieść? Jeżeli jest to biografia genialnej pisarki napisana przez inną wielką pisarkę, jeżeli dodatkowo obie autorki znały się osobiście i przyjaźniły, to nie mogło być inaczej. „Życie Charlotte Brontë” to cudowna opowieść, której lektura poza tym, że sprawia przyjemność jest również niezwykłym przeżyciem dla wielbicieli talentu panny Brontë, bo pozwala poznać ją z bliska, wręcz poczuć jej obecność.

Życie Charlotte Bronte, Elizabeth Gaskell

Wydawnictwo MG, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Katarzyna Malecha

Na stronach tej książki Charlotte jest jak żywa. Jej postać, dom, rodzina, parafia w Haworth, wrzosowiska – to wszystko zostało świetnie opisane. Barwnie, przejmująco, z sympatią, współczuciem, delikatnością. Widać, że Elizabeth Gaskell dołożyła wszelkich starań, żeby zachować dla przyszłych pokoleń jak najpełniejszy obraz autorki „Jane Eyre”, choć nie było to łatwe:

„Kiedy miałam zaszczyt przyjąć propozycję napisania niniejszej biografii, pomyślałam, że szczególnie dużą trudność sprawi mi ukazanie tego, jak prawdziwie szlachetną, rzetelną i czułą kobietą była Charlotte Brontë, bez wplatania w jej życiorys zbyt dużej ilości faktów z życia jej najbliższych i najdroższych przyjaciół. Po długich rozmyślaniach na ten temat postanowiłam, iż jeżeli w ogóle mam pisać, to będę pisać rzetelnie; że nie będę niczego zatajać, jakkolwiek o niektórych rzeczach, ze względu na ich naturę, nie można mówić równie otwarcie jak o innych.” s. 568

Postawiła jednak przed sobą pewne ograniczenia. Ponieważ kiedy pisała biografię, nadal żyła część z jej bohaterów, postanowiła niektóre materiały pominąć i ostatnie lata życia pisarki potraktować bardziej ogólnikowo:

„Naturalnie, im bliżej jestem dopiero co minionych lat, tym bardziej niepodobna, bym pisała równie szczegółowo, jak dotychczas, kiedy to nie uważałam przytaczania tak drobiazgowych opisów za rzecz niesłuszną.” s. 594

Z jednej strony wielka szkoda, że nie przekazała nam wszystkiego, czego się dowiedziała. Z drugiej, moim zdaniem, miała rację – nie wszystkie tajemnice powinny ujrzeć światło dzienne. Autor powinien mieć prawo do prywatności, także po śmierci.

Dużą część „Życia Charlotte Brontë” stanowią listy. Ciekawa jestem, czy Charlotte chciałaby, żeby ktoś czytał jej prywatną korespondencję. Wydaj mi się, że nie. Choć pani Gaskell nie opublikowała żadnego kompromitującego listu, to jednak zbudowała swoje dzieło w dużej mierze na tekstach, które nigdy nie miały dotrzeć do więcej niż jednego zaufanego adresata. Na tym polega siła tej biografii – biografka oddała głos pisarce. Sam zbiór listów bez komentarzy, wyjaśnień, selekcji nie byłby być może już tak interesujący? Kto wie? Czy zrobiła dobrze?

Jeżeli porównamy intrygującą pracę biograficzną Eryka Ostrowskiego pt. „Chalotte Brontë i jej siostry śpiące” z utworem Gaskell, bez trudu dostrzeżemy wiele różnic. Pierwsza z tych książek jest dobrym dopełnieniem drugiej. Ponadto to nie kto inny, jak właśnie jej autor napisał długie wprowadzenie do „Życia Charlotte Brontë”, w którym pokazuje jego wady i zalety, uzupełnia białe plamy pozostawione przez przyjaciółkę Charlotte, snuje domysły, prostuje nieprawdziwe fakty i osądy. Muszę przyznać, że ten wstęp przeczytałam dopiero na końcu i na chwilę ostudził on mój zachwyt dla książki pani Gaskell. W jego świetle może lepiej byłoby potraktować ją jako powieść, nie biografię w pełnym tego słowa znaczeniu? Ale wtedy pojawiłoby się pytanie: Czy istnieje biografia, która w 100% oddałaby życie człowieka?

Ocena: 6/6

PS Niedługo postaram się napisać o „Niedokończonych opowieściach” Charlotte Brontë, kolejnej niezwykłej i niespodziewanej książce wydanej przez Wydawnictwo MG.

Klasyczny kryminał, bez udziwnień i brutalnych scen (Jørn Lier Horst, Jaskiniowiec)

Gdy dowiedziałam się, że Jørn Lier Horst studiował kryminologię, filozofię i psychologię oraz był szefem wydziału śledczego, to od razu chciałam poznać jego książkę i przekonać się, czy bogata wiedza i doświadczenie idą u niego w parze z talentem literackim. Autor, który w Norwegii wydał kilkanaście powieści kryminalnych, chętnie kupowanych przez czytelników i docenianych przez krytyków w Polsce był dotąd zupełnie nieznany. Czy „Jaskiniowiec” to początek jego sukcesów u nas?

Jørn Lier Horst, Jaskiniowiec

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka przekładu: Milena Skoczko

Sopockie wydawnictwo Smak Słowa, które wydało wcześniej m.in. świetnego „Lekarza, który wiedział za dużo” Christera Mjåseta zdecydowało się na publikację nie pierwszej, lecz najnowszej części z cyklu z policjantem Williamem Wistingiem w roli głównej. Ta dość kontrowersyjna decyzja w tym przypadku zupełnie nie przeszkadzała mi w lekturze (mimo że cykle literackie lubię czytać chronologicznie – tak jak zostały napisane). „Jaskiniowiec” okazał się kryminałem jak najbardziej w moim guście. Klasyczny, bez udziwnień i mrocznych, brutalnych scen.

Mroźna, zaśnieżona Norwegia jest interesującym tłem śledztwa. Trudna pogoda stwarza dodatkowe niebezpieczeństwa utraty zdrowia lub życia. Podział akcji między dwie postaci – Wistinga i jego córkę, dziennikarkę Line to dobry, choć nieoryginalny pomysł. Wydarzenia rozgrywają się w spokojnym tempie. Najważniejsze wydaje mi się to, że powieść ma swój motyw przewodni towarzyszący wątkowi kryminalnemu. Są to rozważania natury społecznej i psychologicznej.

Line chce napisać reportaż pokazujący, kim był Viggo Hansen, który został znaleziony po czterech miesiącach od śmierci w swoim mieszkaniu, w fotelu przed telewizorem:

„Nagle dotarło do niej, że nie może napisać artykułu, który dotyczyłby zewnętrznych okoliczności jego śmierci, samotności i życia w całkowitym odosobnieniu. Czuła, że musi napisać reportaż o prawdziwym Viggo Hansenie. Dzięki temu ludzie mogliby dowiedzieć się, kim był, skoro nie mieli okazji poznać go za życia.

Zaczynanie takiego projektu przypomina zaglądanie przez dziurkę od klucza, pomyślała. Na początku widać tylko tę część pokoju, która znajduje się w zasięgu wzroku, chociaż wiadomo, że pomieszczenie zawiera nieskończenie więcej elementów. […]

Przedstawiła ideę artykułu argumentując, że reportaż ma uwidocznić zanikanie poczucia wspólnoty w społeczeństwie i narastanie znieczulicy.” s.21-22

Czy Viggo naprawdę był samotnym człowiekiem przez nikogo niezauważanym i niekochanym? Czy we współczesnym świecie więzi międzyludzkie zanikają tak bardzo, że nie znamy nawet najbliższych sąsiadów?

Wielu recenzentów pisze, że „Jaskiniowiec” jest przede wszystkim opowieścią o samotności. Mam wątpliwości. Biorąc pod uwagę zakończenie, skłaniałabym się bardziej ku teorii, że w głębszym ujęciu jest to raczej obraz przedstawiający norweskie społeczeństwo i pewien niepokojący strach (może nawet po części podświadomy) przed obcymi, obcokrajowcami, nieznajomymi. Tytułowy „jaskiniowiec”, to nie osoba żyjąca samotnie w swojej „jaskini”, a… Może tego nie powinnam ujawniać?

Debiut Horsta na naszym rynku uważam za bardzo udany. Dawkowałam sobie lekturę po kilkadziesiąt stron dziennie, ale w pewnym momencie nie mogłam się oderwać i przeczytałam ją jednym tchem do samego końca. Mordercy nie odgadłam, ale jestem zadowolona z poziomu rozrywki, jaki prezentuje „Jaskiniowiec”. Ciekawa jestem, czy pierwsze części serii o Wistingu są równie dobre.

Ocena: 5/6

Nie spodziewałam się takich fajerwerków! (Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizjii. W domu, tom II)

Luźny zapis myśli, wrażeń, spostrzeżeń…

Pierwsze wrażenie – gdy dostałam książkę:

Radość.

W końcu jest! Gruba, grubsza od części pierwszej. Bardzo dobrze. To dlatego trzeba było tak długo na nią czekać! Piękna okładka.

Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizji. W domu

Wydawnictwo: Poligraf, 2014, egzemplarz recenzencki

Drugie wrażenie – gdy zaczęłam czytać początek:

Zaciekawienie.

Z niecierpliwością oczekiwałam na kontynuację losów sympatycznego rodzeństwa – księżniczki Nany i księcia Roana oraz ich przyjaciół, którzy schronili się przed wojną i niebezpieczeństwami „w naszym” świecie. W tomie pierwszym autorka pozostawiła wiele pytań, na które jak najszybciej chciałam poznać odpowiedź.

Zaskoczenie.

Bohaterem pierwszego rozdziału jest Dragober, Myszowaty, zaufany królowej Zary, postać poboczna tomu pierwszego „W Tamtym Świecie”. W tomie drugim odgrywa ważniejszą rolę – staje się przewodnikiem czytelnika po „baśniowej” Jangblizji. To za jego sprawą przypominamy sobie stopniowo szczegóły minionych wydarzeń i poznajemy interesujące postaci i tajemnice królestwa.

Trzecie wrażenie – pierwsze rozdziały

Podziw

Autorce należą się brawa za udane połączenie tomu drugiego z pierwszym – nawet długa przerwa między ich publikacjami (od grudnia 2012 do sierpnia 2014) nie przeszkadzała mi w czytaniu. Poza tym pochwalić chciałabym „W domu” za nowych bohaterów, nowe wątki, nowe problemy do rozwiązania. Wyobraźnia i pomysły Agnieszki Steur przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałam się takich „fajerwerków”!

Czwarte wrażenie – ogólnie o „Wojnie w Jangblizji”

Szczęście

„Wojna w Jangblizji” przywołuje skojarzenia z „Opowieściami z Narni” C.S. Lewisa. Uwielbiam tego typu książki! Uważam, że można je czytać w każdym wieku.

„Gdy znów znaleźli się przy największym ognisku, Dawid i Ewa całą uwagę skupili na obserwacjach zebranych wokół strzelających w niebo płomieni. Dostrzegli postacie, które dla nich do tej pory istniały tylko w baśniach, legendach i mitach. Przypominali sobie greckie mity, egipskie hieroglify i największe hollywoodzkie produkcje. Były też takie, którym nie mogli przypisać żadnego literackiego bądź filmowego pochodzenia. W grupkach siedzieli, cicho dyskutując Myszowaci. Już wcześniej zwrócili uwagę na Krowich, teraz jednak uwagę przykuły ich wspaniałe napierśniki połyskujące w świetle płomieni. Większość z nich miała długie włosy, które powiewały potęgując jeszcze mocarny wygląd istot. Dawid i Ewa zachwycili się też różnorodnością Lotnych. Było ich bardzo wielu, wszyscy w podobny sposób wpatrzeni w płomienie, tak jakby tam próbowali dostrzec odpowiedzi na dręczące ich pytania.” s.81

Baśniowe postaci, walka dobra ze złem, a w tle rozważania na tematy dotyczące ważnych spraw, np. koncepcji idealnego państwa, w którym wszyscy obywatele czuliby się szczęśliwi.

Piąte wrażenie – zakończenie cyklu

Zaintrygowanie

Co Agnieszka Steur wymyśli w tomie trzecim? O czym jeszcze napisze? Jakie problemy poruszy? Wydawać by się mogło, że najważniejsze wątki zostały rozwiązane, a tu niespodzianka! Kim jest Piaskożer? Czy legenda o kulach jest prawdziwa? I czy uda się przywrócić światu równowagę?

Ocena: 5/6

Literacki Sopot po raz trzeci – „Odcienie Rosji” (relacja)

Trzecia edycja festiwalu Literacki Sopot (odbywająca się od 21 do 24 sierpnia 2014 roku) mogłaby się nazywać tak jak jeden z punktów jej programu – „Odcienie Rosji”. Spotkań z rosyjskimi twórcami i dyskusji o sytuacji na Ukrainie było w tym roku najwięcej i chyba najbardziej zapadną mi one w pamięć.

Literacki Sopot 2014

Organizatorzy – Miasto Sopot i Biblioteka Sopocka – umiejętnie starali się pokazać uczestnikom bogactwo współczesnej rosyjskiej kultury: rosyjską powieść (Jeleny Czyżowej „Czas kobiet”), reportaż (Walerija Paniuszkina „Rublowka”), kryminał (Aleksandry Marininy), dramat (Władimira Sorokina „Podróż poślubna”, utalentowanego i urzekającego Iwana Wyrypajewa „Pijani”, młodziutkiej Jarosławy Pulinowicz „Żanna” i Jeleny Greminy „Dwóch w twoim domu”), film, a nawet muzykę. Nie zapomnieli przy tym o cyklach rozpoczętych w poprzednich latach: spotkaniach z nominowanymi do Nike (Patrycją Pustkowiak, Łukaszem Orbitowskim, Małgorzatą Rejmer, Ignacym Karpowiczem) i książkach historycznych. Ponownie odbyły się warsztaty dla dzieci (doszły warsztaty dla seniorów), targi książki, gra miejska.

Nowością (przyciągającą tłumy) były spotkania z pisarzami na Kulturalnej Plaży Trójki prowadzone przez Michała Nogasia (z kontrowersyjnym Jackiem Hugo-Baderem, sympatyczną profesor od Muminków – Boel Westin, Sylwią Chutnik i zabawnym Mariuszem Szczygłem). W programie znalazły się również „Varia”, zaproszono: Jerzego Czecha, Agnieszkę Graff, Andę Rottenberg i Dorotę Jarecką. Było też jedno spotkanie poświęcone (nieprzypadkowo!) komiksowi „Zamek”, który jest adaptacją powieści Franza Kafki. Nie wymieniłam jeszcze wszystkiego… Swoją ofertę dla publiczności przygotowali również wydawcy obecni na festiwalu, był też osobny cykl poświęcony czterem wydawnictwom pt. „Małe jest piękne”.

Jak co roku nie dało się być na wszystkich wydarzeniach, musiałam wybierać. Dzień w Sopocie zaczynałam przeważnie (poza sobotą, ze względu na debatę o Rosji i dysydentach) o 14:30 na Kulturalnej Plaży Trójki (scena na plaży z morzem w tle to świetne miejsce do rozmów o literaturze), a kończyłam w Państwowej Galerii Sztuki ok. 21:30 (profesjonalne czytanie sztuk przez aktorów + kompetentna prowadząca Agnieszka Lubomira Piotrowska + wyjątkowi goście = sukces). Spotkałam m.in. Dominikę (prowadzącą blog „Czytam, bo chcę i już”, który znam od dawna i polecam) oraz koleżanki z polonistyki: Anię i Izę. Poznałam Bognę robiącą zdjęcia dla organizatorów. Nie było za wiele czasu na rozmowy ze względu na napięty grafik.

Biegałyśmy (głównie z Anią) od spotkania do spotkania, z plaży na Targi Książki (odkryłam wydawnictwo Kultura Gniewu i książkę Shauna Tana „Zapomniane, zgubione”) lub do Zatoki Sztuki, stamtąd do Państwowej Galerii Sztuki, z PGS do Klubokawiarni 3 Siostry, potem szybko znowu do PGS i tak w kółko przez cztery dni. Ukoronowaniem festiwalu był dla mnie ponad dwugodzinny literacki spacer po Sopocie Studia Teatralnego Koło, dzięki któremu odwiedziłam: Grand Hotel, kolejową dyspozytornię, ogrodową altanę, pensjonat „Eden”, latarnię morską i w każdej z tych nietypowych scenerii wysłuchałam opowiadań Antoniego Czechowa we wspaniałych aktorskich interpretacjach. I to wszystko za darmo!

Nie robiłam notatek, nie zanotowałam „skrzydlatych słów”. Raczej cieszyłam się ulotną chwilą, miejscem, ludźmi. Kolejne takie emocje dopiero za rok. W 2015 roku motywem przewodnim festiwalu będzie literatura i kultura czeska!

Linki:
Filmy z festiwalu można obejrzeć na kanale YouTube Biblioteki Sopockiej.
Zdjęcia są na stronie Serwisu Fotograficznego Miasta Sopotu.
Relacje z festiwalu na blogu Dominiki „Czytam, bo chcę i już.

PS Marzy mi się, żeby wśród sopockich gości znaleźli się również prawie nieobecnie w tej edycji poeci (np. Ryszard Krynicki, to jego zbiór wierszy jest jedyną książką którą kupiłam na targach) i twórcy literatury gatunkowej (np. Andrzej Sapkowski – autor tzw. trylogii husyckiej, niedawno wydał nową powieść, szykuje się film na podstawie jego Wiedźmina).

PPS Zauważyłam, że literaci zapraszani na spotkania są coraz młodsi (albo ja jestem coraz starsza). Nie uszło mojej uwadze również to, że festiwal w stosunku do poprzednich lat został skrócony o jeden dzień.