Arcydzieło? (Recenzja książki: Charlotte Brontë, Villette)

Arcydzieło? Mam wątpliwości. Na pewno nie czyta się tej książki szybko, lekko i przyjemnie. Na pewno bardziej podobała mi się „Jane Eyre”. A jednak „Villette” ma w sobie coś szczególnego i wyjątkowego. Coś, co trudno dostrzec od razu i bez pomocy (do wypełnienia „białych plam” przydaje się znajomość biografii pisarki).

Wydawnictwo MG, 2013, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Róża Centnerszwerowa

Do tej prawie siedmiuset stronicowej powieści trzeba mieć cierpliwość i dużo czasu. Ja czytałam bardzo powoli (ze względu na pracę), pięćdziesiąt stron dziennie, wieczorami przed snem (zasypiałam potem prawie od razu). Było to moje drugie podejście do tej lektury. Za pierwszy razem (mimo mojego uwielbienia dla talentu pani Brontë) poddałam się po stu stronach.

W „Villette” nic się nie dzieje. Albo prawie nic. Wydarzenia nie porywają, bohaterowie nie zachwycają. Pewne wątki były mi już znane z wcześniejszej twórczości Charlotte (pobyt w Brukseli, praca nauczycielki, niechęć do katolicyzmu). Wplatała ona swoją autobiografię w różne dzieła („Villette” ma dużo wspólnego z „Profesorem”, na którego swego czasu bardzo narzekałam na blogu).

Narratorką jest Lucy Snow – postać, która powinna być w centrum, ale wyraźnie od pierwszych stron usuwa się w cień (z którego bacznie obserwuje innych). Przeżyła ona w swoim życiu wielką tragedię (nie wiadomo, jaką konkretnie). Możemy się domyślać, że była to utrata najbliższych, która sprawiła, że coś w niej umarło i tę „śmierć” nosiła zawsze w sobie:

„Nie da się jedna zataić, że gdyby tak miało być, należałoby wyobrazić sobie, że uległam snadź w jakiś sposób katastrofie, zostałam wyrzucona za burtę albo też że moja łódź się rozbiła. I ja sama także pamiętam czas – długi okres – chłodu, niebezpieczeństw, zwad. Do dnia dzisiejszego, ilekroć dławi mnie nocna zmora, doznaję ponownie owego uczucia słoności napływającej mi do przełyku wody i jej mroźnego ucisku na płuca. Wiem nawet, że rozpętała się burza, i to burza, która trwała nie godzinę czy jeden dzień tylko. W ciągu wielu dni i nocy nie zajaśniało słońce ani też nie zabłysnęły na niebie gwiazdy; własnymi rękami wyrzucaliśmy takielunek z naszego statu; nad naszymi głowami srożył się sztorm, straciliśmy wszelką nadzieję, że uda nam się uratować. W końcu statek uległ rozbiciu, a cała załoga poszła na dno.” s. 49-50

Charlotte Brontë pisała „Villette” jakiś czas po śmierci swojego brata Branwella i dwóch sióstr, Emily i Anne. Może stąd trudności w czytaniu „Villette”? W uproszczeniu: załamana autorka pisała o załamanej bohaterce (chociaż słowo „załamana” nie jest tu trafne). Obie starały się nie poddać, ale miały tylko tyle sił, by przyjąć postawę rezygnacji, pogodzenia z losem, które było prawie biernością. Czytelnik wchodząc w ten świat, również musi zmierzyć się ze smutkiem, samotnością, nudą, brakiem nadziei, nieodwzajemnioną miłością lub jej brakiem. To ciężka próba, szczególnie gdy nasze życie przypomina losy Lucy/Charlotte. Czy po tragedii jest jeszcze miejsce na radość?

Bardzo trudno mi ocenić „Villette”. Dopiero wczoraj skończyłam czytać i długo jeszcze będę o niej myślała (i o jej autorce). Bardzo chciałabym przeczytać biografię Charlotte pióra świetnej pisarki Elizabeth Gaskell (ukaże się niedługo po raz pierwszy w Polsce nakładem wydawnictwa MG). Mam wrażenie, że im więcej czytam tego, co napisała najstarsza z sióstr Brontë i tego, co napisano o niej (świetna książka Eryka Ostrowskiego „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”), tym lepiej rozumiem, co chciała przekazać. Nie pisała romansów dla rozrywki znudzonych kobiet. Miała ambicję pokazania życia, uczuć i psychiki kobiety takimi, jakie są. W swojej ostatniej powieści udało jej się to w prawie doskonały sposób.

Ocena: 5+/6

18 Komentarze

  1. Nie aż tak wolno Ci szło :) Ja czytam dokładnie tydzień i mam za sobą 150 stron… Praca, dzieci i moja nowa pasja, czyli sport, pochłaniają resztę :(

    • 150 stron przeczytałam wczoraj :-). Chciałam zdążyć opublikować wpis o „Villette” w weekend, bo po pracy zupełnie nie mam sił na pisanie. Pogodzenie pasji i obowiązków nie jest łatwe.

      Jestem bardzo ciekawa, co napiszesz o „Villette”. Możesz zdradzić, jakie masz na razie wrażenia? :-)

      • Chyba nie umiem jeszcze ubrać swoich wrażeń w słowa :) Bardzo mi się kojarzy z „Profesorem”, książkę Ostrowskiego też znam, więc od razu patrzę na „Vilette” przez ten pryzmat. Nie nudzi mnie, ale to chyba dlatego, że ten spokój jest teraz dobrą przeciwwagą dla pędu na co dzień. Zachwycić też na razie nie zachwyciła :) Lucy wydaje mi się taka… surowa, sztywna, trochę zarozumiała, nie wiem, nie lubię jej.

  2. „Villette” ma w sobie coś szczególnego i wyjątkowego – okładkę xD

  3. Kiedyś przeczytam na pewno, ale kiedy dokładnie, to nie wiem.. Chyba nie mam na razie ochoty na tak długą książkę.

  4. Bardzo podobają mi się okładki z tej serii. Właśnie czytam „Jane Eyre.” i też chciałoby się mieć więcej czasu, żeby całkowicie się zapomnieć w świecie przedstawionym… Takie kilkuminutówki odbierają sporo przyjemności z czytania.

  5. Bronte, cóż nie każdemu się podoba. Ale czasami dobrze przeczytać coś innego niż kryminał, horror, fantastykę… Pozdrawiam :)

  6. A ja jestem w trakcie czytania II tomu, wieje wiatr, pada śnjeg, klimatycznie.

    Jednak właśnie odkryłam, że tłumaczka (Róża Centerszwerowa) pomija spore fragmenty tekstu orginalnego, przynajmniej jak porównać z audiobookiem dostępnym w internecie w orginale. Na przykład brakuje początku rozdziału XVII (la terrasse), gdzie Lucy snuje bardzo osobiste rozważania o płonnych nadziejach (taka kontynuacja jej myśli z poprzedniego rozdziału). W rozdziale XXI (reakcja) z kolei pominięte są nocne przemyślenia Lucy (prowadzi wewnętrzny dialog) zaraz po tym, jak wróciła do Rue Fossette. Nie wiem ile jeszcze tekstu orginalnego zaginęło w tłumaczeniu. Trochę szkoda…