Letnie święto literatury – Literacki Sopot 2013 (relacja)

Cały rok czekałam na te kilka dni w Sopocie. Pierwsza edycja Literackiego Sopotu była wspaniała. Jaka była druga? Niestety mogłam być tylko na kilku spotkaniach. A wybór był duży:

  • Spotkania z książką skandynawską i islandzką.

  • Spotkania z kryminałem.

  • Spotkania z autorami literatury dziecięcej.

  • Spotkania z nominowanymi, laureatami i jurorami nagród literackich.
  • Panel historyczny.

Zainteresowały mnie spotkania z Christerem Mjåsetem, Markiem Krajewskim i Mariuszem Czubajem, Szczepanem Twardochem, Kazimierą Szczuką i Zbigniewem Majchrowskim, Tadeuszem Sobolewskim i Tadeuszem Lubelskim, Joanną Bator i Przemysławem Czaplińskim. O każdym z nich mogę napisać coś dobrego. Zrobiłam dla siebie i dla Was krótkie notatki.


http://www.literackisopot.pl/

1. Christer Mjåset mówił o tym, że medycyna stanowi wielką inspirację dla literatury. Przyznał, że książka „Lekarz, który wiedział za dużo” powstała częściowo na podstawie jego własnych doświadczeń. Pracował na Hitrze (wyspa) zaraz po studiach medycznych i tam od swoich pacjentów usłyszał o Starym Doktorze, który stosował niekonwencjonalne metody leczenia i którego potem uczynił jednym z bohaterów. Tam również miało miejsce zdarzenie, które mu uświadomiło, że musi napisać tę powieść. Podczas rzęsistego deszczu ratował na pomoście mężczyznę, który dostał ataku serca. Zaprzestał, bo wiedział, że to nie zadziała. Ktoś nakrył chorego kocem, jakby nie żył, żona to zrozumiała i zaczęła płakać. W tym momencie nadleciał helikopter medyczny. Była to scena jak z filmu lub książki, więc postanowił ją opisać. Jego zamiarem było wprowadzenie czytelnika w świat trudności wynikających z pracy lekarza.

Najważniejsza wiadomość jest taka, że będzie kontynuacja „Lekarza, który wiedział za dużo”! 

Autograf od Christera Mjåseta
fot. Smak Słowa 

2. Marek Krajewski i Mariusz Czubaj stworzyli wspólnie dwa kryminały. Podczas czytania „Alei samobójców” cały czas zastanawiałam się, jak to zrobili. Teraz już wiem! Najpierw spotkali się w weekend, by wymyślić fabułę i plan w punktach (to była dobra zabawa). Potem pisali na zmianę po około trzydzieści tysięcy znaków i wysyłali sobie do oceny i poprawy e-mailem. Dopracowywali razem sceny i zdania, żeby uniknąć „szwów Frankensteina”.

A jak zaczęła się ich współpraca? Mariusz Czubaj robił wywiad z Markiem Krajewskim po tym, jak otrzymał on Paszport Polityki. Odkryli, że mają wspólne pasje i zainteresowania. Zaproponowano im nawet pisanie bloga w duecie, wymyślili na niego jednak tylko trzy opowiadania.

Na spotkaniu padło wiele ciekawych stwierdzeń na temat pisania kryminałów. Krajewski powiedział: „Człowiek, jak pisze większą rzecz, to nie panuje nad tym, co przychodzi mu do głowy”. A Czubaj dopowiedział, że autor i świat przedstawiony mają ze sobą wiele wspólnego. Zdał sobie z tego sprawę, gdy zaczął pisać: „Nie da się wyrugować siebie z tworzonej postaci”. Jednocześnie zaznaczył, że w literaturze gatunku bohater musi być do pewnego stopnia zrobiony według klisz. Co uzupełnił Krajewski kolejną wskazówką dla piszących: „Istotne jest, żeby stworzyć interesującą scenerię, jak najbardziej niezwykłą, nietypową”, bo jeżeli chodzi o fabułę, to wszystko już było. Natomiast mówiąc o czytaniu kryminałów, panowie zaprezentowali odmienne stanowiska. Krajewski: „Nie czytam kryminałów od trzech lat. […] Jako autor, który musi publikować jedną książkę rocznie, nie mogę pozwolić, żeby inny autor zawładnął moją wyobraźnią […] Plagiat – rzeczownik, który wywołuje u mnie drżenie”. Czubaj: „Kryminały są moim drugim tlenem. Czytanie ich jest psim obowiązkiem autora, formą treningu. […] Istotą kryminału jest uwiedzenie, opowiadanie historii”. Krajewski: „Analizuję szczegóły techniczne, uwiedzenie mnie nie interesuje, nie czerpię przyjemności z czytania kryminałów”. Zaskakujące rozbieżności, prawda?

Autograf od Mariusza Czubaja i Marka Krajewskiego

3. Szczepan Twardoch porównał siebie do muzyka, który potrafi grać, ale nie umie czytać nut. Powiedział, że nie zna się na teorii literatury: „Ja powieści nie wymyślam, pojawia mi się kompletny pomysł, konkretny bohater w konkretnej sytuacji egzystencjalnej”. „Morfina” miała być powieścią awanturniczą, w której pojawi się zestaw pytań, nie idei. Przed jej napisaniem autor sprawdzał szczegóły w Internecie: „Ja myślę od detalu, tylko od detalu umiem budować swoje wizje”. Przyznał, że jego hobby to ciekawostki historyczne.

W odpowiedzi na jedno z pytań ciekawie określił polskość jako beztożsamość: „Polskości w ogóle nie ma, widzi siebie tylko cudzymi oczami. […] Polacy sami siebie nie widzą”. O sobie powiedział, że ma ogromny dystans do polskości i że jest to wpływ środowiska, w którym się wychował.

W pamięci utkwiły mi szczególnie słowa pisarza na temat pisania: „Nie potrafię pisać w sposób wyrachowany. Nie mogę pisać innych książek, niż piszę.” I ich kontynuacja, gdy mówił o ogromnych kosztach powstawania swoich powieści – tworzenie przyrównał do wyrywania czegoś z własnego wnętrza i dawania innym: „Po każdej książce pozostaje dziura”. Twardoch czuje „strach, że się skończy”.

Fanów „Morfiny” zapewne ucieszy informacja, że rozpoczęły się prace nad ekranizacją. Do pisania scenariusza przymierzają się Szczepan Twardoch i Łukasz Orbitowski.

Szczepan Twardoch
fot. fotobank.pl/UMS

4. Kazimiera Szczuka i Zbigniew Majchrowski byli bohaterami najdłuższego spotkania, na którym byłam na Literackim Sopocie 2013. Jednocześnie zrobiłam na nim najmniej notatek. Podobało mi się, że dyskusja nie była powierzchowna. Książka „Janion. Transe – traumy – transgresje. 1: Niedobre dziecię” została omówiona bardzo szczegółowo. Kazimiera Szczuka opowiadała, że nie było trudno namówić Marię Janion na rozmowę, ponieważ ma ona potrzebę komunikowania się z odbiorcami/czytelnikami. Problemem było to, że pani profesor jest trudną rozmówczynią, mówi skąpo, zwięźle, wszystko odnosi do pracy. „Sama nigdy by nie usiadła do napisania swojej autobiografii. To mogło się odbyć tylko w ten sposób lub wcale” – stwierdziła Szczuka.

5. Tadeusz Sobolewski i Tadeusz Lubelski zostali zaproszeni w ramach cyklu „Nominowani do Nike”. Samolot, którym miał przylecieć do Sopotu Tadeusz Sobolewski zepsuł się, co spowodowało małe opóźnienie. Autor przybył wprost z lotniska. Bardzo ciekawie opowiadał o biografii Mirona Białoszewskiego, którą napisał. Powiedział, że nie jest ona laurką, że jej zamiarem nie jest demaskacja. To książka, która ma towarzyszyć „Tajnemu dziennikowi”. Według Sobolewskiego Białoszewski „lepił sam siebie” i dlatego chciał go „troszkę odczarować, a jednocześnie iść za nim i siebie od niego obronić”. „Człowiek Miron” to nie wspomnienia, nie zmyślenie, ale coś pośredniego („się go kreuje, bo nie można inaczej”). Tadeusz Lubelski dodał, że to „książka o Białoszewskim napisana przez ucznia Białoszewskiego”.

Tadeusz Sobolewski
fot. fotobank.pl/UMS

Niestety tego, co mieli jeszcze do powiedzenia Sobolewski i Lubelski nie zdążyłam wysłuchać, musiałam biec na kolejne spotkanie – z Joanną Bator.

6. Joanna Bator i Przemysław Czapliński rozmawiali o nagrodzie Nike. Joanna Bator wolałaby, żeby zamiast nagród literackich był w Polsce bardziej rozwinięty system stypendialny. Dla niej liczy się głównie to, że rośnie liczba jej czytelników. Poza tym powiedziała, że prowadzi egzystencję pustelniczą i sukces nie przewróci jej w głowie, a klęska nie załamie. Ważne jest poczucie siły i harmonii. Pisanie i bieganie dają jej „power”.

Przemysław Czapliński interesująco opowiadał o tym, co by było gdyby nagrody przestały istnieć. Porównał to do niemieckiego eksperymentu usuwania z dróg sygnalizacji świetlnej, a później znaków drogowych, czego efektem było zwiększenie bezpieczeństwa. Jego zdaniem wszyscy chodzilibyśmy do księgarni i sami byśmy musieli wypracować hierarchię ważności poszczególnych tytułów. Byłoby to cudowne społeczeństwo. Jednak z drugiej strony profesor stwierdził, że człowiek jest istotą społeczna i konkurencyjną, a „literatura to perwersja i obsesja”. Nagrody są czymś naturalnym, zły byłby ich nadmiar, bo wtedy zawłaszczyłyby życie literackie.

Przemysław Czapliński, Joanna Bator
fot. fotobank.pl/UMS

Bator i Czapliński dużo opowiadali o swoim doświadczeniu bycia jurorami. Pisarka (jurorka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego) powiedziała: „W każdej nagrodzie od czasu do czasu przepadają książki bardzo dobre, a laureatką zostaje książka średnia, o której za parę lat nikt nie będzie pamiętał”. Natomiast krytyk literacki (juror Nagrody Literackiej Nike) przywołał cytat mówiący o tym, że każda nagroda to skandal. I rozwinął go w bardzo przekonujący sposób. Byłam zaskoczona! Nie myślałam, że osoby, które decydują o przyznawaniu wyróżnień mają taką świadomość subiektywności swojego wyboru.

Część dyskusji była poświęcona książce Joanny Bator „Ciemno, prawie noc”. Czapliński powiedział, że ten pastisz horroru pokazuje, jak „łączymy się poprzez nasze odrazy i poprzez to, co nas pociąga, poprzez obrzydlistwa i rzeczy uwielbiane”. Pochwalił też powieść za to, że przełamuje tabu związane z przemocą. Autorka powiedziała, że nie ma własnego metajęzyka, by mówić o swojej twórczości, dlatego cieszy się, że ma takiego recenzenta jak Czapliński, który robi to za nią. Podkreśliła, że związek między pisarzem a jego krytykiem jest bardzo intymny. Książka narodziła się z poczucia Bator, że „ludzkość jest obrzydliwa i wszystko zmierza ku katastrofie”. Napisana została w Japonii, jedną z inspiracji był film „Ring” obejrzany samotnie w środku nocy w mieszkaniu w Tokio. Zaczęło się od słów tytułowych „Ciemno, prawie noc”, potem pojawiła się bohaterka, która jedzie do Wałbrzycha. Nie było planu powieści, żadnego schematu. Sama pisarka nie wiedziała co będzie dalej. Było tylko w niej poczucie, że chce/musi wrócić do Polski, inaczej nie potrafi: „Wracam, mimo że się brzydzę. […] Nie można oderwać się od obrzydliwości ”.

Nowa powieść Joanny Bator została już rozpoczęta. Jej akcja będzie miała miejsce w Ząbkowicach Śląskich (dawna niemiecka nazwa miejscowości Frankenstein). Będzie to książka o miłości, horror, z wątkami autobiograficznymi – rozliczenie m.in. z feminizmem i podróżami.


https://www.facebook.com/LiterackiSopot

Trochę się rozpisałam, wszystkiego i tak nie sposób opowiedzieć. Drugą edycję Literackiego Sopotu uważam za bardzo udaną. Ogromnie mnie cieszy, że takie letnie święto literatury odbywa się tak blisko mojego miejsca zamieszkania. Wizyty wielu międzynarodowych i krajowych gości, targi książki, warsztaty dla dzieci i dorosłych, czytelnia na świeżym powietrzu, koncerty, wystawy, pokazy filmowe, gry miejskie… Już zaczynam niecierpliwie czekać na kolejną odsłonę festiwalu! Wiodącym tematem Literackiego Sopotu 2014 będzie literatura rosyjska!

PS O atrakcjach, które podczas Literackiego Sopotu czekały na dzieci napisała Dofi:

http://dofi.com.pl/literacki-sopot-dzieciom/
Natomiast zdjęcia ze wszystkich spotkań znajdziecie na stronie Serwisu Fotograficznego Miasta Sopotu:

http://sopot.fotobank.pl

6 Komentarze

  1. Dzięki za fantastyczny reportaż z imprezy. :)
    Dzięki niemu jeszcze bardziej mi żal, że nie byłam, ale tym bardziej postaram się być w przyszłym roku, zwłaszcza, że temat też bardzo interesujący. Niestety nie będę miała jednak szansy sobie pogadać z kimkolwiek stamtąd ;/