Niedosyt Chin (Recenzja książki: Marek Pindral, Chiny od góry do dołu)

Piękne wydanie, dużo zdjęć, lekki styl autora, ale mimo to książka Marka Pindrala nie do końca spełniła moje oczekiwania. Może spodziewałam się zbyt wiele? Czy da się w jednym tomie opowiedzieć o kulturze, religii, kuchni, historii, przyrodzie tak wielkiego i starego kraju jak Chiny?

Wydawnictwo: Bernardinum, 2013, egzemplarz recenzencki

Dwa pierwsze rozdziały („Do czytelnika”, „Decyzja”) są bardzo zabawne i wiele obiecują. Zresztą charakterystyczne poczucie humoru autora jest dalej również obecne, podobnie jak jego osobiste poglądy i sposób patrzenia na świat. Czego więc mi brakowało? Miałam niedosyt Chin. Nie potrafiłam sobie tych wszystkich miejsc wyobrazić. Nie wiem, czy to wina opisów, czy mojej słabej wyobraźni. Są rzeczy, które trzeba zobaczyć na własne oczy, spróbować swoimi kubkami smakowymi, powąchać własnym nosem, usłyszeć swoimi uszami itd. W dobie wielkiej popularności programów przyrodniczych, podróżniczych i kulinarnych – książka (nawet z najpiękniejszymi fotografiami) wydała mi się zbyt ubogim medium. A najgorsze jest to, że mam wrażenie, że tak mało się dowiedziałam nowych rzeczy o Państwie Środka i jego mieszkańcach (w książce jest bardzo dużo informacji, ale część z nich była mi znana wcześniej z innych źródeł, część to ciekawostki, które szybko zapominam). Chociaż podobały mi się niektóre pojedyncze zdania, które w trakcie lektury czytałam rodzinie na głos.

„Chiny od góry do dołu” mają układ tematyczny i to mi chyba najbardziej przeszkadzało. Marek Pindral dotknął najważniejszych tematów, pozostawiając za każdym razem spory niedosyt. Najlepsze były fragmenty, w których po prostu opowiadał o swoich doświadczeniach i napotkanych ludziach, np. o uczeniu chińskich studentów angielskiego. Te historie były konkretne, namacalne, wiarygodne. Przypominały mi to, co autor zapowiedział we wstępie:

„Tę ostatnią podróż odbywamy nawet nie jeden raz, ale kilka i to na różne sposoby – przeglądamy zdjęcia, porządkujemy notatki, opowiadamy innym o swoich wrażeniach. Słyszymy wtedy często: „Opowiedz jeszcze o…” albo: „A jak było w…?” I snujemy opowieść, w której kolejny raz wędrujemy przez bambusowy las czy wspinamy się do klasztoru na wysokiej górze. Niestety, nie jesteśmy w stanie dotrzeć do wszystkich, którzy chcieliby o tym posłuchać. I stąd właśnie wzięła się ta książka” s. 9

Cieszę się, że wysłuchałam tej opowieści, bo zachęca ona do podróżowania i samodzielnego poznawania Chin:

„Nie słuchaj, co mówię. Idź i zobacz to sam” Lao Tzu, s. 387

Taka podróż raczej nie będzie mi dana, ale na pewno wielokrotnie będę wracała do zdjęć Marka Pindrala.

Ocena: 4+/6

Ludzie przeminęli, przedmioty pozostały (Recenzja książki: Edmund de Waal, Zając o bursztynowych oczach)

W założeniu to miała być książka o kolekcji netsuke, ale chyba nieprzypadkowo brak w niej kolorowych zdjęć tych pięknych miniaturowych japońskich cacek (jedno znajduje się na okładce, więcej można znaleźć w Internecie). Za to zaraz za spisem treści znajduje się drzewo genealogiczne bogatego żydowskiego rodu Ephrussich, przodków Edmunda de Waala – to oni są głównymi bohaterami tej biografii. Ich „wielkość i upadek”. Autora interesują także dzieje Europy i świata w XIX i XX wieku oraz historia prześladowań Żydów. Ludzie przeminęli, ale ich przedmioty pozostały.

Wydawnictwo: Czarne, 2013, egzemplarz z biblioteki

Autor przekładu: Elżbieta Jasińska

Po śmierci wuja Iggiego Edmund de Waal stał się właścicielem wspaniałej kolekcji dwustu sześćdziesięciu czterech ręcznie rzeźbionych figurek. Zafascynowany ich pięknem postanowił dowiedzieć się o nich wszystkiego, co możliwe. Odbył liczne podróże: do Paryża, Wiednia, Odessy i Tokio. Przeczytał wiele książek, artykułów w gazetach, rodzinnych listów itd., obejrzał mnóstwo fotografii i map. Poświęcił na to dwa lata. Co zyskał?

„Przedmiot to zawsze jakaś opowieść. […]

Wyjmujesz przedmiot z kieszeni, kładziesz przed sobą i jesteś gotów. Zaczynasz snuć opowieść.” s. 381

Napisał „Zająca o bursztynowych oczach. Historię wielkiej rodziny zamkniętej w małym przedmiocie”. Dostał za nią liczne nagrody literackie i nominacje. Została również przetłumaczona na wiele języków i sprzedała się w ogromnym nakładzie. Dlaczego jest atrakcyjną lekturą dla czytelników, którzy nigdy nie słyszeli ani o netsuke, ani o Ephrussich?

Oszczędnym (na początku trochę zdystansowanym) stylem de Waal opowiada o dawnym bogactwie swojej rodziny – o ich pałacach, wpływach, kolekcjach sztuki, znajomościach wśród artystów (pojawiają się np. Proust, Renoir, Rilke). Z czasem coraz bardziej angażuje się w badanie ich życia i zwyczajów. A czytelnik razem z nim. Pojawia się nić zrozumienia i sympatii. To musi być ciekawe uczucie zwiedzać pałac w centrum Wiednia, wiedząc, że kiedyś mieszali w nim pradziadkowie z dziećmi. Albo podziwiać ich bezcenne obrazy w słynnych galeriach.

Z de Waalem (artystą ceramikiem, historykiem sztuki, filologiem) odbywamy niezwykłą wyprawę przez czas i przestrzeń, próbując za pośrednictwem przedmiotów poznać i poczuć, to, czego już nie ma. Początek i koniec to komentarz odautorski do tekstu, bardzo osobisty zapis rozterek i refleksji biografa:

„Jednocześnie zaczyna mi też ciążyć dwuznaczność biografii jako gatunku, poczucie wtargnięcia bez zezwolenia na obrzeża czyjegoś życia Może trzeba dać sobie z tym spokój? Co było, to było. Dość tego myszkowania i drążenia, uporczywie powtarza wewnętrzny głos. Wracaj do domu i przestań grzebać w tych historiach. […]” s. 378

„Dlaczego wszystko ma być oczywiste i wydobyte na światło dzienne? Skąd imperatyw, by wszystko zachowywać i archiwizować swoje najintymniejsze doznania? […] To, że coś się ma, nie oznacza jeszcze, że trzeba przekazać to innym.” s. 379

Myślę, że to uniwersalne pytania, które towarzyszą nie tylko pisaniu biografii, ale i czytaniu. Jest gdzieś granica prywatności, której nie powinno się przekraczać. Są też rzeczy, które warto ocalić od zapomnienia. Autor zachował złoty środek. „Zając…” to pouczająca historia o nietrwałości bogactwa, zmienności fortuny i o pamięci, szukaniu własnych korzeni.

Ocena: 5+/6

PS Zapomniałam o życzeniach. To ostatni wpis przed Wigilią, zaraz wyjeżdżam na tydzień, więc szybciutko chciałabym Wam wszystkim życzyć zdrowych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia – świętego czasu wolnego, aby móc sobie przypomnieć, o co w tej całej życiowej bieganinie chodzi.

Jedna z najważniejszych książek 2013 roku (Wojciech Tochman, Grzegorz Wełnicki, Eli, Eli)

Książka Grzegorza Wełnickiego i Wojciecha Tochmana zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Specjalnie podkreślam jej podwójne autorstwo. Choć napisał ją reporter, nie powstałaby, gdyby nie fotograf. I jeszcze jedna osoba jest w niej ważna, żeby nie powiedzieć najważniejsza – „Josephine z perłą” (Josephine Vergara zwana Ate Jo).

Wydawnictwo: Czarne, 2013, egzemplarz z biblioteki

To bardzo osobisty reportaż i właściwie nie sposób o nim opowiedzieć. Każdy pewnie odbierze go inaczej, na co innego zwróci uwagę. Ja podziwiam Wojciecha Tochmana za szczerość i otwartość, z którą przekazuje swoje myśli. I za talent w dobieraniu odpowiednich słów – wstrząsających, wybijających czytelnika z dobrego nastroju i samopoczucia, oskarżających, rozliczających, ale i skierowanych w samego siebie – w reporterów i reportaż. Według mnie „Eli, Eli” to jedna z najważniejszych książek 2013 roku w Polsce. Jest wielowymiarowa i ważna z wielu względów. Pierwszy (najbardziej powierzchowny) – bo pokazuje Filipiny. Drugi – bo portretuje biedę i pochyla się nad ubogimi. Trzeci – bo próbuje wniknąć w głąb rzeczywistości i ją zrozumieć. Czwarty – bo nie tylko przygląda się biernie, nie tylko analizuje, ale jest pełna energii i emocji, które mogłyby góry poruszyć (albo przynajmniej kilka serc). Piąty – ze względu na autotematyzm i autoteliczność – jest to reportaż będący rozprawą z reportażami, a może nawet trochę traktatem moralnym reportera. Wszystkie z wymienionych powodów są ważne, ale to ten ostatni wydaje mi się najważniejszy.

Wełnicki i Tochman pojechali na Filipiny i powstała książka o tym, co tam zobaczyli i o ludziach, których tam poznali. To rodzi pytanie, a może nawet kilka pytań. Co nimi kierowało? Po co jechali? Co chcieli osiągnąć? Co osiągnęli? Czy ich postępowanie (podobnie jak postępowanie innych dziennikarzy, fotografów, reporterów) można uznać za moralne? Czy jest w porządku względem „bohaterów reportażu”? Czy obaj więcej otrzymali czy więcej dali? I w końcu: gdzie są granice sztuki i reportażu?

Jeżeli chodzi o treść, to nie będę jej Wam opowiadała. Mam nadzieję, że sami zechcecie ją poznać. Za to zatrzymam się jeszcze chwilę nad formą, która mnie zaskoczyła. Zdjęcie Wełnickiego – kilkustronicowy opis Tochmana. Zdjęcie – opis. Zdjęcie – opis. Itd. Na końcu osobista refleksja obu panów, odsłaniająca ich motywy (szczególnie Wełnickiego). Piękna klamra kompozycyjna łącząca początkowe zdjęcie kobiet w wodzie z końcowym opisem (bardzo wzruszającym) jego powstania:

„…morze jest spokojne…

… weszły ostrożnie do wody, Ate Jo z mamą, w jasnych długich koszulach, cieszyły się jak dzieci, patrzyłem na nie zdumiony, woda moczyła im uda, zdumiony słuchałem siebie, zrobiłem to dla siebie, ostatnie tego dnia światło padało na ocean, spełniłem swoje marzenie, dalekie ciemne chmury, dla siebie je tu przywiozłem, mogłem mu podać rękę, powiedzieć, do zobaczenia, tato, kolory srebra i stali, wiedziałem, że drugiej operacji ojciec nie przeżyje, wszedłem za nimi do morza i zobaczyłem, jak są ze sobą blisko. Ate Jo z mamą, tak w sumie powinno być, syn grzebie ukochanego ojca, a nie ojciec ukochanego syna, taki jest porządek, boli, kurwa, boli, ale tak jest dobrze, patrzyłem na nie, jak są w tej wodzie razem szczęśliwe, zrobiłem zdjęcie…

…jeden dzień szczęścia dla Jo, pozwoliłem ojcu odejść…” s. 124

Brak słów. Podziwiam fotografa, że podzielił się tak osobistymi uczuciami. I podziwiam jego zdjęcia. „Josephine z perłą” nie ustępuje Vermeerowi.

Uważam, że dobrze się stało, że ta kontrowersyjna książka powstała. Daje do myślenia, nie pozostawia obojętnym. Mówi: zatrzymaj się, pomyśl, kim jesteś, dokąd zdążasz, kto jest obok Ciebie.

Ocena: 6/6

Psotne dzieci pastora (Recenzja książki: Lucy Maud Montgomery, Dolina Tęczy)

O „Dolinie Tęczy” raczej nie można powiedzieć, że to kolejna część przygód Ani z Zielonego Wzgórza. Ania, a właściwie pani doktorowa Blythe, jest w tej powieści zaledwie postacią epizodyczną. Nawet jej dzieci (które były głównymi bohaterami „Ani ze Złotego Brzegu”) nie są w centrum akcji. Poznajemy za to postaci zupełnie nowe, bardzo sympatyczne, choć psotne, dzieci wielebnego Jana Knoxa Mereditha: Gucia, Karolka, Unę i Florę oraz sierotę – Marysię Vance – która przypomina trochę pewną dobrze nam znaną rudowłosą dziewczynkę o nazwisku Shirley.

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 1999, egzemplarz z biblioteki
Autor przekładu: Jolanta Bartosik

Tę część (w przeciwieństwie do poprzedniej) bardzo Wam polecam. Fabuła wywołuje nieustannie uśmiech na ustach. Przygody małych łobuzów są dużo ciekawsze niż perypetie grzecznych dzieci. Głównym źródłem komizmu jest to, że synowie i córki pastora wcale nie chcą być niegrzeczni, ale ponieważ nikt nie nauczył ich, jak należy się zachowywać (ojciec jest wiecznie zamyślony, a matka nie żyje), często nieświadomie popełniają największe gafy. Właściwie im bardziej się starają, tym efekt jest gorszy. Ale bardzo kochają tatę i siebie nawzajem i to jest piękne.

Najbardziej podobały mi się sceny pokazujące, jak Marysia prawi dzieciom z plebani kazania i rozdziały opisujące temperament i „wybryki” Flory. Ta ostatnia zrobiła wspaniałą awanturę panu Normanowi Douglasowi:

„– Przyszłam powiedzieć, co o panu myślę – powiedziała głośno i wyraźnie. – Nie boję się pana. Jest pan nieokrzesanym, niesprawiedliwym, niesympatycznym, apodyktycznym starcem. Zuzanna mówi, że po śmierci pójdzie pan do piekła i dotąd było mi pana żal, ale teraz już nie. Pańska żona przez dziesięć lat nie miała nowego kapelusza. Nic dziwnego, że umarła. Od dzisiaj, ilekroć pana gdzieś spotkam, będę pokazywała panu język. Kiedy znajdę się za pańskimi plecami, będzie pan wiedział, co robię. Tata ma w gabinecie rysunek diabła. Jak wrócę do domu, podpiszę go pańskim imieniem i nazwiskiem. Jest pan starym wampirem i mam nadzieję, że będzie pan miał kobzę.” s. 147-148

Silne emocje, gniew, szczerość, a w efekcie – przyjaźń. Częsty motyw tej serii.

Choć w powieści ciemne strony życia nie zostały pominięte (np. znajduje się w niej kilka czytelnych aluzji do pierwszej wojny światowej) – dominuje pogodny nastrój. Wątek romantyczny (a nawet dwa wątki) opisany został nienachalnie i znajduje się gdzieś w tle, dopełnia pozostałe historie. Akcenty zostały przez Lucy Maud Montgomery tak rozłożone, że lektura daje czytelnikowi sporą dawkę pozytywnych emocji i nadziei. To wielka sztuka moim zdaniem. Myślę, że „Dolinę Tęczy” można czytać wielokrotnie (będąc w różnym wieku) i zawsze poprawi nam humor.

Ocena: 5/6

Czy warto zaglądać do studni? (Recenzja książki: Grzegorz Filip, Studnia)

Nie jest to powieść spektakularna, oszałamiająca. Raczej skromna i pod względem rozmiarów, i pod względem zastosowanych środków. Ale może to tylko pozory? Może do „Studni” trzeba zajrzeć głębiej?

Wydawnictwo: JanKa, 2013, egzemplarz recenzencki

Grzegorz Filip opowiada o ojcu i córce, o ich pogubionym po śmierci żony/matki życiu. Akcja rozpoczyna się na lotnisku. Janusz czeka na przylot Grażyny, której nie widział dziesięć lat:

„Tyle się tu dzieje, zupełnie inaczej niż tamtego dnia, gdy żegnał Grażynę przed odlotem do Anglii.

Było to niedługo po śmierci Anny. Potrzebował córki jak nigdy przedtem, szukał jej towarzystwa, wieczornych powrotów oczekiwał z niecierpliwością, a ona wyjeżdżała! Z tego samego pewnie powodu, dla którego chciałby ją zatrzymać. Przywiązana była do matki, nie do niego, on w domu zadowalał się rolą z tła. Rządziły kobiety, to one codziennym dreptaniem nakręcały życie rodzinne. Został sam, obie opuściły go prawie równocześnie. Śmierć Anny i wyjazd córki zlewały się w pamięci w jedną dotkliwą ranę.” s.10

Dlaczego Grażyna wyjechała? Pyta ją oto w samolocie starszy syn, Julek.

„Dlaczego wyjechała? Jak ma to dzieciom wytłumaczyć? Trudno patrzeć na ojca nieudacznika. Powie im to? Dopóki żyła mama, dom tętnił życiem. Nie znał ciszy, tej nieznośnej martwoty, która ogarnęła mieszkanie po jej śmierci. Wtedy ojciec się pogubił. Odszedł z uniwersytetu, żeby zmienić środowisko. Tak twierdził. Codziennie wysiadywał na cmentarzu. W niej szukał oparcia, a ona nie widziała się w takiej roli. Miała dość.” s. 20

Trudny do czytania temat, przynajmniej dla mnie. Ale w sumie to nie on dominuje w książce. Ogólnie „Studnia” to powieść o sensie życia rozpisana na kilka głosów, co jest jej największą zaletą, bo w dynamiczny sposób pokazuje odmienne postawy i punkty widzenia, nie tylko ojca i córki, ale również otaczających ich ludzi w różnym wieku. Przyjazd Grażyny staje się pretekstem do podsumowań, patrzenia wstecz i prób zmiany czegoś na lepsze.

„Na poboczu” głównego wątku pojawia się wiele interesujących kwestii. Janusz rozmyśla np. o życiu na prowincji w rodzinnym mieście (jest to Lublin, choć ta nazwa nie pada), o polityce, która dzieli ludzi, o kulturze masowej i roli uniwersytetu we współczesnym świecie. Jest też mowa o pisaniu. Tajemnicza postać zwana Garbarkiem (bo z wyglądu przypomina Jana Garbarka, norweskiego saksofonistę) doradza nieszczęśliwemu bohaterowi pisanie pamiętnika (którego fragmenty może przeczytać czytelnik).

Tytułowa „studnia” jest bardzo ważnym i symbolicznym elementem książki, pojawiającym się wprost lub pośrednio dość często. Całe szczęście jej rola nie została przez autora określona dosłownie, sami możemy nadać jej znaczenie podczas lektury lub po niej. Czy warto zaglądać do studni? Czy warto przyglądać się przeszłości, temu, co było i sobie oraz temu, co jest? Moim zdaniem na pewno warto przeczytać „Studnię” Grzegorza Filipa i stanąć oko w oko z tymi pytaniami.

Ocena: 5/6

Arcydzieło? (Recenzja książki: Charlotte Brontë, Villette)

Arcydzieło? Mam wątpliwości. Na pewno nie czyta się tej książki szybko, lekko i przyjemnie. Na pewno bardziej podobała mi się „Jane Eyre”. A jednak „Villette” ma w sobie coś szczególnego i wyjątkowego. Coś, co trudno dostrzec od razu i bez pomocy (do wypełnienia „białych plam” przydaje się znajomość biografii pisarki).

Wydawnictwo MG, 2013, egzemplarz recenzencki
Autor przekładu: Róża Centnerszwerowa

Do tej prawie siedmiuset stronicowej powieści trzeba mieć cierpliwość i dużo czasu. Ja czytałam bardzo powoli (ze względu na pracę), pięćdziesiąt stron dziennie, wieczorami przed snem (zasypiałam potem prawie od razu). Było to moje drugie podejście do tej lektury. Za pierwszy razem (mimo mojego uwielbienia dla talentu pani Brontë) poddałam się po stu stronach.

W „Villette” nic się nie dzieje. Albo prawie nic. Wydarzenia nie porywają, bohaterowie nie zachwycają. Pewne wątki były mi już znane z wcześniejszej twórczości Charlotte (pobyt w Brukseli, praca nauczycielki, niechęć do katolicyzmu). Wplatała ona swoją autobiografię w różne dzieła („Villette” ma dużo wspólnego z „Profesorem”, na którego swego czasu bardzo narzekałam na blogu).

Narratorką jest Lucy Snow – postać, która powinna być w centrum, ale wyraźnie od pierwszych stron usuwa się w cień (z którego bacznie obserwuje innych). Przeżyła ona w swoim życiu wielką tragedię (nie wiadomo, jaką konkretnie). Możemy się domyślać, że była to utrata najbliższych, która sprawiła, że coś w niej umarło i tę „śmierć” nosiła zawsze w sobie:

„Nie da się jedna zataić, że gdyby tak miało być, należałoby wyobrazić sobie, że uległam snadź w jakiś sposób katastrofie, zostałam wyrzucona za burtę albo też że moja łódź się rozbiła. I ja sama także pamiętam czas – długi okres – chłodu, niebezpieczeństw, zwad. Do dnia dzisiejszego, ilekroć dławi mnie nocna zmora, doznaję ponownie owego uczucia słoności napływającej mi do przełyku wody i jej mroźnego ucisku na płuca. Wiem nawet, że rozpętała się burza, i to burza, która trwała nie godzinę czy jeden dzień tylko. W ciągu wielu dni i nocy nie zajaśniało słońce ani też nie zabłysnęły na niebie gwiazdy; własnymi rękami wyrzucaliśmy takielunek z naszego statu; nad naszymi głowami srożył się sztorm, straciliśmy wszelką nadzieję, że uda nam się uratować. W końcu statek uległ rozbiciu, a cała załoga poszła na dno.” s. 49-50

Charlotte Brontë pisała „Villette” jakiś czas po śmierci swojego brata Branwella i dwóch sióstr, Emily i Anne. Może stąd trudności w czytaniu „Villette”? W uproszczeniu: załamana autorka pisała o załamanej bohaterce (chociaż słowo „załamana” nie jest tu trafne). Obie starały się nie poddać, ale miały tylko tyle sił, by przyjąć postawę rezygnacji, pogodzenia z losem, które było prawie biernością. Czytelnik wchodząc w ten świat, również musi zmierzyć się ze smutkiem, samotnością, nudą, brakiem nadziei, nieodwzajemnioną miłością lub jej brakiem. To ciężka próba, szczególnie gdy nasze życie przypomina losy Lucy/Charlotte. Czy po tragedii jest jeszcze miejsce na radość?

Bardzo trudno mi ocenić „Villette”. Dopiero wczoraj skończyłam czytać i długo jeszcze będę o niej myślała (i o jej autorce). Bardzo chciałabym przeczytać biografię Charlotte pióra świetnej pisarki Elizabeth Gaskell (ukaże się niedługo po raz pierwszy w Polsce nakładem wydawnictwa MG). Mam wrażenie, że im więcej czytam tego, co napisała najstarsza z sióstr Brontë i tego, co napisano o niej (świetna książka Eryka Ostrowskiego „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”), tym lepiej rozumiem, co chciała przekazać. Nie pisała romansów dla rozrywki znudzonych kobiet. Miała ambicję pokazania życia, uczuć i psychiki kobiety takimi, jakie są. W swojej ostatniej powieści udało jej się to w prawie doskonały sposób.

Ocena: 5+/6

Przyglądanie się wierszom z bliska (Recenzja książki: Waldemar Smaszcz, Serce nie do pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach)

Druga biografia Jana Twardowskiego, którą przeczytałam zupełnie nie przypomina pierwszej (autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej). Właściwie każda z nich kreuje całkowicie inny wizerunek poety. Nie ukrywam, że bliższa mi jest książka literaturoznawcy (i przyjaciela księdza) Waldemara Smaszcza.

Instytut Wydawniczy Erica, 2013, egzemplarz recenzencki

„Serce nie do pary” właściwie nie jest biografią w pełnym tego słowa znaczeniu. Najwięcej miejsca poświęcone zostało w niej analizie poezji. Dla mnie to wielki plus. Wciąż mało wiemy o Janie od Biedronki, ale mamy jego teksty i wnikliwy czytelnik sporo potrafi z nich wydedukować.

Najbardziej zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze to, że ksiądz pisał swoje wiersze tylko podczas wakacji. Po drugie – sposób, w jaki jego poezja wpisuje się w tradycję polskiej liryki religijnej. Przykłady, które podaje Smaszcz przekonały mnie, że twórczość Twardowskiego nie wzięła się „znikąd” i że w tej dziedzinie mamy się czym pochwalić, mamy twórców, których nazwiska może i zostały przez ogół czytelników zapomniane, ale ich pieśni nadal śpiewa się w kościołach. Jednocześnie na tle historycznoliterackim świetnie pokazane zostało nowatorstwo i wyjątkowość autora „Nie przyszedłem pana nawracać”. A miarę jego talentu pokazuje ta anegdota z udziałem profesora Konrada Górskiego:

„Kiedy przyszedłem któregoś dnia, Profesor właśnie oddawał pani, która prowadziła mu dom, korespondencję do wysłania. Nieoczekiwanie, po przywitaniu, powiedział z zagadkowym uśmiechem:

– Panie Waldemarze, rozmawia Pan z człowiekiem nieuczciwym…

Zaprzeczyłem oczywiście, a wówczas usłyszałem:

– Akademia Szwedzka prosi mnie o opiniowanie polskich kandydatur do Literackiej nagrody Nobla. Znowu wpisałem Zbigniewa Herberta, bo to świetny poeta. Powinienem jednak księdza Jana Twardowskiego, ale przecież protestanccy Szwedzi nie dadzą tej narody katolickiemu księdzu…” (s. 22)

Polonistom na pewno spodoba się wszechobecne w tej książce przyglądanie się wierszom z bliska. Nie wiem, czy pozostałym osobom również. Duża liczba cytatów powinna być zaletą dla miłośników poezji. Jednak tych, którzy spodziewają się nowych, nieznanych faktów z życia poety może spotkać lekkie rozczarowanie. Żadnych skandali ani odkrywania sekretów tu nie ma. Wszystkich na pewno zachwyci piękne wydanie: twarda okładka, liczne zdjęcia (niestety czarno-białe), dobry papier.

Ocena: 5/6