Julia Hartwig, Gorzkie żale

 

Julia Hartwig, Gorzkie żale

Wydawnictwo A5, 2011

 

Można mieć 90 lat i pisać wyjątkowe wiersze. Tomik „Gorzkie żale” cały poznaczyłam plastikowymi samoprzylepnymi karteczkami: żółtymi, czerwonymi, niebieskimi. Czerwone to trzy najlepsze wiersze („Albo”, „Wiersz zapomniany”, „Sekrety”), niebieskie – siedem bardzo dobrych („Rozliczanie”, „Rozpoznawanie”, „Do samej siebie”, „Próby”, „Odloty”, ,,Gorzkie żale”, „Nie zawsze”), żółte – siedem inspirujących i oryginalnych fragmentów, a pozostałe teksty są po prostu dobre. Ogólnie, jak na 45 utworów, zużyłam bardzo dużo zakładek. I tak wiele wersów chciałabym zapamiętać na zawsze.

Najprościej byłoby tu po prostu przepisać wybrane teksty, żebyście sami mogli się nimi zachwycić i nie musieli wierzyć mi na słowo, że są wspaniałe. Streszczanie poezji wychodzi mi jeszcze gorzej niż streszczanie prozy. Ponieważ ten blog nie ma być zbiorem cytatów, ale zbiorem moich opinii postaram się jednak napisać coś od siebie, posługując się zaledwie kilkoma cytatami.

O tym, że uwielbiam wiersze Julii Hartwig już wspominałam przy okazji lektury jej zbioru „Nim opatrzy się zieleń” (choć mam wrażenie, że wciąż nie wyczerpałam tego tematu). „Gorzkie żale” to utwory poświęcone zmarłym, wspomnieniom, śmierci, samotności, podsumowaniu życia, rozliczeniom. To mądre i piękne teksty o prawdzie, dzielności, nadziei, radości. Pełne emocji, trudu życia i zrozumienia jego sensu są frazy typu: „pamięć jak egzekutor bólu nas nie odstępuje” („A może”), „I choć twój smutek jest nieprzerwany/ jak pruty z dnia na dzień sweter/ przyjdzie taka chwila że poczujesz się wolny” („Sekrety”), „Dziękuję ci za ciernisty dar samotności/ I choć samotność miała być/ jak ziemia nieurodzajna/ jak pustynia/ to jednak wyrósł na niej krzew” („Dar”). Inne są „teksty-olśnienia” (tak je nazwałam), w których poetka przekazuje swoje bardzo ważne spostrzeżenia, np.: „Żadne świadectwa nie są dość wiarygodne/ my sami musimy zaświadczyć istnienie/ Nie jest tożsamy nasz świat” („Tyle”), „Jak łatwo przychodzi nam pewność/ że oczekiwania się spełniają/ powolny krok w spokojny dzień/ łaska deszczu przyjaźń pewność że się obudzimy” („Nawet muzyka”). Ostatni wiersz, „Nie zawsze”, jest jakby pożegnaniem, jak refren powracają w nim słowa „do widzenia”.

„Gorzkie żale” przypominają mi inny tomik Julii Hartwig – „Obcowanie” (1987), najlepszy w jej dorobku. Łączy je piękno języka, mądrość słów, uniwersalność przekazywanych doświadczeń. Różni bardziej osobisty ton nowszego zbioru (w wielu utworach można domyślać się wspomnień o zmarłym mężu) i jego perspektywa, podmiot liryczny zdaje się patrzeć wstecz. „Obcowanie” zachwyca mnie formą i treścią, „Gorzkie żale” odciska się bardziej na moich uczuciach. Do obu zbiorów na pewno będę jeszcze wracała wielokrotnie (oba kupię, bo egzemplarze biblioteczne to za mało), by je lepiej zrozumieć, przeżyć, zapamiętać.

 

Gaynor Arnold, Dziewczyna w błękitnej sukience

 

Gaynor Arnold,  Dziewczyna w błękitnej sukience

Wydawnictwo: Znak, 2012

 

Piękna okładka ozdabia bardzo dobrą książkę, choć trochę przygnębiającą podczas czytania. Rozpoczyna się tak:

 

Dziś jest pogrzeb mojego męża. W ostatniej drodze towarzyszy mu połowa Londynu, a ja siedzę sama w pokoju na piętrze.

Przypuszczam, że powinnam szaleć ze złości, ale to Kitty przemierzała pokój nerwowym krokiem i gniewała się na mnie. „Nie mogą ci zabronić – powtarzała co chwila. – Nie odważą się odprawić wdowy po nim”. Miała oczywiście rację. Gdybym się tam pojawiła, musieliby uznać moje prawa i zaciskając zęby, robić dobrą minę do złej gry. Nie mogłam się jednak zmusić do paradowania przed nimi, siedząc w czarnej sukni w czarnym powozie, do wsłuchiwania się w stłumiony kopyt i spazmatyczny szloch tłumów. Ale przede wszystkim nie zniosłabym widoku Alfreda, który zgodnie z tą okropną tradycją miał zostać zamknięty w jakiejś skrzyni.”

Dorothea Gibson nie bierze udziału w pogrzebie swojego męża, słynnego angielskiego pisarza, ponieważ od dziesięciu lat była z nim w separacji. Nie spotykali się od momentu, w którym (po dwudziestu latach małżeństwa) usunął ją z domu i pozbawił kontaktu z dziećmi.

Początkowo niewiele wiemy o życiu głównej bohaterki, dzięki temu powieść jest bardziej wciągająca. Zastanawiamy się, co stało się z małżeństwem państwa Gibsonów. Dorothea opowiada o ich pierwszym spotkaniu, swoim zauroczeniu biednym, lecz zdolnym młodym aktorem (i autorem utworów teatralnych), o gorących listach miłosnych, które przysyłał jej w tajemnicy itd. Od początku jasne jest, że pierwsza miłość dziewczyny nie będzie miała szczęśliwego zakończenia. Jej uczucia najpierw odwzajemnione z czasem zostaną podeptane i to przez człowieka o dobrym sercu, bardzo wrażliwego na krzywdę innych. 

„Dziewczyna w błękitnej sukience” jest powieścią o małżeństwie, a może bardziej o niedobranej parze: ona – piękna kobieta, lecz niezbyt mądra i zupełnie niezaradna, on – mężczyzna inteligentny, utalentowany, ale równocześnie mający wyjątkowo trudny charakter. Co ich połączyło i co ich rozdzieliło? Czy można być wielkim pisarzem i równocześnie kochającym mężem i ojcem? Jak czuje się rodzina sławnego człowieka? I gdzieś w tle powieści ostatnie z pytań: czym jest miłość?

Tym, co najczęściej jest wspominane w recenzjach i opisach tej książki to fakt, że nawiązuje ona do życia i twórczości Karola Dickensa. Gaynor Arnold przyznała w posłowiu, że korzystała z jego biografii, lecz zaznaczyła, że wiele zmieniła i treść należy traktować jak literacką fikcję. Mimo to jej powieść na pewno skłoni wielu czytelników do sięgnięcia po dzieła tego wielkiego angielskiego pisarza. Ja na pewno się za nimi rozejrzę w bibliotece. Chciałabym również przeczytać inne powieści Arnold (szczególnie najnowszą zainspirowana historią Lewisa Carrolla i Alice Liddell), lecz na razie ich u nas nie wydano. Szkoda, bo pisarka ma świetny styl, trochę kojarzący mi się z dziewiętnastowiecznymi powieściami, i w ciekawy sposób łączy fakty biograficzne i nawiązania literackie z tworami własnej wyobraźni. Do tego radzi sobie z opowieścią dwupłaszczyznową o przeszłości i teraźniejszości, a jej postaci są interesująco sportretowane od strony psychologicznej. Nominacja „Dziewczyny…” do Orange Prize i Bookera mnie nie dziwi.

Ocena: 5/6

 

Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie

Agnieszka Steur, Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie, tom I

Wydawnictwo: Poligraf, 2013

To rewelacyjna (i rewolucyjna) książka dla młodzieży. Choć nie poznałam się na niej od pierwszej strony, a trochę później. Jestem przekonana, że „Wojna w Jangblizji” powinna trafić (i kiedyś trafi) do kanonu lektur szkolnych. Podczas czytania od razu układały mi się w głowie scenariusze lekcji, tematy do dyskusji z uczniami (to przyzwyczajenie, zostało mi, mimo że już nie pracuję jako nauczycielka). Agnieszka Steur poruszyła w swoim debiucie powieściowym bardzo ważny temat, aktualny i potrzebny – mowa o tolerancji i dyskryminacji rasowej. Powieść z wątkami fantastycznymi okazała się idealnym gatunkiem, by przedstawić coś więcej niż tylko fascynujące przygody baśniowych postaci w niezwykłym otoczeniu.

Niestety nie mogę zdradzić Wam za dużo. „Wojna w Jangblizji” pełna jest tajemnic odkrywanych przez autorkę stopniowo. Najlepiej będzie, gdy sami o nich przeczytacie. I to mi się bardzo spodobało – widać, że fabuła została oparta na solidnym i przemyślanym planie, który jest konsekwentnie realizowany. „W Tamtym Świecie” to dopiero pierwsza część, więc wiele jeszcze przed czytelnikami.

Pierwsze rozdziały poświęcone zostały królowej Zarze. Władczyni Jangblizji uwięziona w wieży wspomina przeszłość swojego królestwa i rozważa przyczyny klęski w wojnie ze Szmaragdową Panią. Jest samotna, opuszczona i bardzo nieszczęśliwa (nie wie, co stało się z jej mężem, martwi się o dzieci). Jej opowieści powoli (dla mnie trochę za wolno, bo jestem niecierpliwa) przygotowują nas do przyjrzenia się głównemu wątkowi.

Powieść wciągnęła mnie od czwartego rozdziału, od którego akcja zaczęła koncentrować się na młodych bohaterach. Dzieci królowej Zary: książę Roan i księżniczka Nana, ich przyjaciel Fitels oraz rodzeństwo: Dawid i Ewa szybko stali się dla mnie postaciami bliskimi i realnymi, których losy autentycznie mnie zainteresowały. Tamten Świat (czyli nasz świat) widziany oczyma chroniących się w nim Jangblizjan (nie tylko książąt Roana i Nany, ale ich opiekunów: Owcowatej Irys i Koniowatego Martonusa) pokazany został jako miejsce pełne wad (morderstw, brudu, spalin) i jednocześnie pod pewnymi względami jako wzór. Okazuje się bowiem, że Jangblizja nie dla wszystkich jest rajem, a jedno z jej starych praw jest wyjątkowo okrutne.

Na koniec warto wspomnieć o pięknych ilustracjach. Każda idealnie pasuje do treści. Szczególnie ta na okładce. Możecie je obejrzeć na stronie internetowej książki:
http://www.wojnawjangblizji.com/
Znajdują się tam również fragmenty czwartego rozdziału, które od razu możecie przeczytać.

A ja już nie mogę się doczekać kontynuacji! I jestem bardzo szczęśliwa, że taką oryginalną powieść otrzymałam od Agnieszki Steur. Bardzo serdecznie za nią dziękuję! To miłe, kiedy autor chce znać Twoje zdanie o swojej powieści, a gdy jest to autor wybitny, radość jest wielka!

Ocena: 5+/6

Charlotte Bronte, Profesor

 

Charlotte Bronte, Profesor

Wydawnictwo: MG, 2012

 

Tę książkę bym najchętniej na blogu przemilczała, ale skoro już ją przeczytałam (a raczej wymęczyłam), to muszę o niej napisać choć parę zdań. W końcu wiem, dlaczego przez tyle lat jej w Polsce nie wydawano. Pomimo że bardzo lubię i cenię „Dziwne losy Jane Eyre” i „Shirley” tej pisarki i ogromnie chciałam poznać wszystkie jej dzieła, i pomimo że lubię literaturę dziewiętnastowieczną, nie jestem w stanie dostrzec zbyt wielu zalet w „Profesorze”. Za to wady są nazbyt liczne. Można by go uznać za typowe dzieło debiutantki. Zaskakuje mnie jednak, że autorka tak słabej książki, mogła później napisać inne wspaniałe powieści.

W „Profesorze” nudny (i niesympatyczny) jest główny bohater, nudne są jego dzieje, przy portretach postaci drugoplanowych (szczególnie przy opisie ich fizjonomii) można zasnąć, a przydługie monologi i dyskusje wywołują u czytelnika zniecierpliwienie i złość. Podczas czytania nasuwała mi się analogia między tą książką a „Agnes Grey” Anne Bronte (siostry Charlotte). „Agnes…” również jest wczesną powieścią, niezbyt doskonalą, ale nie najgorszą, ma pewne walory (np. wątek guwernantki). „Profesor” natomiast zaczyna się nawet ciekawie, od pokazania sytuacji młodego wykształconego mężczyzny bez pieniędzy, Williama Crimswortha, który musi zacząć zarabiać na swoje utrzymanie. Świetnie zarysowany został jego konflikt z rodziną, szczególnie bratem. Później jednak, gdy bohater przenosi się do Belgii, robi się nieciekawie. A przecież autorka znała Brukselę z własnego doświadczenia, znała zawód nauczyciela od podszewki! Czytając np. te zdania o wolności po wyjeździe z Anglii, zastanawiałam się czy opisywała to, co sama kiedyś czuła:

 

Po raz pierwszy tuliłem w ramionach wolność, a uśmiech jej i uścisk niczym słońce i zachodni wiatr sprawiły, że odrodziło się we mnie życie. Tak, w owym czasie czułem się jak poranny wędrowiec, który nie wątpi, że ze wzgórza, na które się wspina, uda mu się ujrzeć wspaniały wschód słońca; a jeżeli jego ścieżka okaże się wąska, stroma i kamienista? Nie dostrzeże tego, jego oczy skupione są na szczycie, oblanym już teraz rumieńcem, oblanym rumieńcem i skąpanym w złocie, a zdobywszy go nareszcie, pewien jest sceny, która się poza nim rozgrywa. Wie, że słonce wzejdzie mu naprzeciw, że już teraz jego rydwan wznosi się na wschodzie ponad linią horyzontu i że bryza, ów zwiastun, który mężczyzna czuje na policzkach, otwiera przed bogiem czystą, rozległą ścieżkę lazuru pośród chmur łagodnych niczym perły i ciepłych jak płomień.”

 

Dlaczego Charlotte Bronte nie potrafiła wykorzystać swoich wspomnień do stworzenia barwnej opowieści? Czy naprawdę miała tak złe zdanie o mieszkańcach Europy kontynentalnej i o katolikach, jak jej bohater? Czy nie dostrzegała nic fascynującego w innej kulturze, obyczajach? Wątek miłosny pojawia się w połowie książki i jest równie nieudany, jak pozostałe. William ma do wyboru dwie kobiety: bogatą i złą oraz biedną i dobrą. Którą wybierze, jak myślicie?

Fanów twórczości Charlotte Bronte pewnie nie zniechęcę do sięgnięcia po tę powieść. Najlepiej samemu się przekonać, czy jest dobra czy zła. Wszystkich jednak chciałam uprzedzić, że nie należy się spodziewać po niej za wiele.

Ocena: 4-/6

 

Kim Thuy, Ru

 

Kim Thuy, Ru

Wydawnictwo: Drzewo Babel, 2012

 

Zapamiętajcie tytuł, autora, okładkę. Nie przegapcie tej książki! Objętościowo skromna (157 stron zapisanych tylko częściowo) zawiera w sobie wstrząsającą historię opartą na faktach i jednocześnie jest parabolą, uniwersalną opowieścią o życiu. Kim Thuy w „Ru” opowiada o swoim dzieciństwie w Sajgonie, ucieczce z rodziną z Wietnamu, pobycie w Kanadzie, a także o powrocie do ojczyzny i pracy w Hanoi. Nie jest to jednak tylko autobiografia. Od pierwszego zdania autorka miesza prawdę z fikcją (zmienia datę swoich urodzin, imię, nazwisko, dopisuje wymyśloną postać zakochanego w niej mężczyzny) i dba o literacką stronę swojego dzieła, doprowadzając ją do perfekcji.

„Ru” ciężko jest opowiedzieć. Zdarzenia i czasy przeplatają się. Całość przypomina zbiór luźnych, przypadkowo połączonych kartek zapisanych wspomnieniami. Narratorka, Nguyen An Tinh, najpierw opowiada o swoich narodzinach, ucieczce z Wietnamu, a później niespodziewanie wspomina o swoich dzieciach, łączy teraźniejszość z przeszłością, jakby chciała jedną i drugą w ten sposób bardziej zrozumieć i odnaleźć ich głębszy sens.

Niesamowity jest język i styl tych miniobrazów mieszczących się na stronie lub połowie strony. Na podstawie fragmentów, drobnych szczegółów jesteśmy w stanie zbudować sobie wizję całości, domyślić się tego, co zostało przemilczane lub opisane skrótowo. Niektóre zdania są bardzo poetyckie, inne zwięzłe, proste, zaskakujące realizmem. Całość nie jest smutna, wręcz przeciwnie – tchnie optymizmem i wielką chęcią życia, walki. Po lekturze zupełnie inaczej zaczniemy patrzeć na Wietnamczyków i w ogóle imigrantów.

Wszystko, co napiszę o tej wyjątkowej książce, to będzie za mało. Kim Thuy udało się własne życie zamienić w sztukę. I myślę, że na „Ru” powinniśmy traktować jak dzieło literackie, żeby nie przegapić jego wyjątkowości.

Ocena: 5+/6

PS Więcej o książce i autorce dowiecie się, słuchając nagrania ze spotkania w Warszawie:

https://drzewobabel.pl/wydawnictwo/wydarzenia/kim_th%C3%BAy_we_wrzeniu_swiata_-_zdjecia,wydarzenie,69.html

Na górze strony jest link do zapisu wideo, a na dole do zapisu audio.

 

Anna Kańtoch, Czarne

 

Anna Kańtoch, Czarne

Wydawnictwo: Powergraph, 2012

 

Coś mnie nieustannie ciągnie do twórczości tej autorki. Wiem nawet co. Przyczyną są jej dwie książki o Domenicu Jordanie („Diabeł na wieży” i „Zabawki diabła”) prezentujące naprawdę bardzo dobry styl. Niestety jest też coś, co mnie wciąż zasmuca. Inne dzieła Anny Kańtoch nie dorównują tym dwóm wymienionym (próbowałam czytać wszystkie: i „Miasto w zieleni i błękicie”, i „13 anioła”, i „Przedksiężycowych”). „Czarne” miało być inne, oryginalne, lepsze, tak pisali liczni recenzenci. Czy jest?

Początek wiele obiecuje, za wiele. Już w myślach planowałam przyznać Annie Kańtoch za tę powieść moją Felicjankę. Już układałam komplementy. Nawet dałam sobie czas, żeby powoli cieszyć się lekturą, a nie „połknąć” za jednym razem te zaledwie 265 stron (ale z bardzo szerokimi marginesami, krótkimi rozdziałami poprzedzonymi pustą stroną, więc w sumie tych stron będzie pewnie mniej niż 200, czemu tak mało?). Poza językiem spodobał mi się pomysł na miejsce, bohaterkę i czas, atmosfera niepokoju i niewyjaśnione zjawiska (sanatorium, kobieta myląca lub nie rzeczywistość z urojeniami, rok 1935).

 

Sanatorium dla nerwowo chorych doktora Kempera ma dobrą renomę, ponoć chwalą je nawet w zagranicznych magazynach. Personel dokłada tu wszelkich starań, byśmy o naturze zakładu zapomnieli: żyjemy jak w modnym uzdrowisku, mamy kort tenisowy i wieczorki brydżowe, gramofon i radio. Nasze posiłki, tak różne od szpitalnej, pozbawionej smaku papki, są obfite i podawane na delikatnej porcelanie, lekarze spacerują z nami, rozmawiają na temat kina, polityki. Incydenty, takie jak zamroczenia umysłu, napady wściekłości czy przemoczenia łóżka, są dyskretnie tuszowane przez urocze pielęgniarki i unieważniane już pięć minut po zajściu. Oczywiście nie ma tu żadnych „poważnych przypadków”, wszyscy jesteśmy zaledwie „trochę zmęczeni”, „nieco zagubieni”, potrzebujemy tylko wypoczynku, by dojść do siebie. Tak przy wspólnych posiłkach zapewniają nas lekarze, choć u siebie w gabinetach trzymają grube pliki notatek, które opisują nasze anomalie za pomocą groźnie brzmiących łacińskich i niemieckich słów. Skuszone na pogawędkę pielęgniarki przekazują jeszcze inną wersję – w ich oczach jesteśmy zbiorowiskiem przypadłości romantycznych i niekonkretnych zarazem, ta cierpi z powodu zawiedzionej miłości, inna doprowadziła się do żałobnego obłędu, dochowując wierności zaginionemu na wojnie mężowi, jeszcze inna popadła w melancholię po śmierci ukochanego dziecka. Smakujemy te plotki, ubarwiamy je i puszczamy dalej w obieg, aż wracają do nas niepodobne zupełnie do swej pierwotnej postaci, aż nikt nie wie, co jest prawdą.”

W końcu autorka powróciła do klimatów „jordanowskich”, pomyślałam i bardzo się ucieszyłam (powyższy fragment dobrze napisany, prawda?). A potem coś zaczęło się psuć. Czekałam na wyjaśnienie zagadek fabuły (która jest bardzo tajemnicza, kręci się wokół powrotu do dzieciństwa i letniskowej miejscowości Czarne), to w głównej mierze od nich uzależniłam moją ocenę. Zaczęłam podejrzewać, że zakończenie mi się nie spodoba, sygnały rozrzucone na kolejnych stronach były niepokojące. Finał okropny. Okazało się, że powieść opiera się na niezbyt oryginalnym pomyśle, co bym może jeszcze zniosła. Ale jak to zostało ujawnione – wprost, bez szczypty tajemnicy. Opowiedzenie, jak została zrobiona magiczna sztuczka, zawsze wywoła zawód widzów, to tak jak zapalenie światła w trakcie nocnych opowieści o duchach – cały strach znika. Tego się czytelnikowi nie robi! Trzeba zostawić jakąś dwuznaczność, albo przynajmniej nie zdradzać wszystkich szczegółów (albo mieć olśniewającą puentę).

W jednym z wywiadów przeczytałam, że pisarka zmieniła pierwszą wersję powieści, bo czytelnicy uważali, że niektóre fragmenty są niejasne. Obawiam się, że właśnie te zmiany negatywnie wpłynęły na mój odbiór książki. Wolę borykać się z niejasnością, niż mieć podane wszystko jak na tacy.

Jak zapamiętam „Czarne”? Jako niewykorzystaną szansę na coś wielkiego. I na pewno sięgnę po kolejne książki Anny Kańtoch.

Ocena: 4/6

 

Bryan Bruce, Historia smaku

 

Bryan Bruce, Historia smaku

Wydawnictwo: Carta Blanca, 2011

Kto nie chciałby jeździć po świecie w poszukiwaniu swoich ulubionych smaków? Bryan Bruce w Meksyku tropi historię czekolady, w Wiedniu przygląda się pieczeniu tortu Sachera (podaje przepis), w Kolumbii odwiedza plantację trzciny cukrowej, w USA odkrywa sekrety sosu tabasco, w Paryżu rozmyśla o historii ziemniaka, a w Andach ogląda wszystkie jego odmiany, w Irlandii próbuje zrozumieć przyczyny tzw. „głodu ziemniaczanego” z połowy XIX wieku. A to tylko część jego podróży. W książce „Historia smaku” są jeszcze rozdziały poświęcone: mące, pomidorom, kawie, oliwie, cebuli i czosnkowi. Razem z autorem w ekspresowym tempie zwiedzamy różne miejsca, jednocześnie zyskując ogromną wiedzę o przeszłości podstawowych produktów używanych dziś w kuchni.

Bruce udowadnia, że historia nie jest nudna i że przeszłość to nie tylko wojny. Autor w zabawny sposób opowiada o tym, co go spotyka. Na kartach jego książki pojawiają się barwne osoby spotkane po drodze oraz słynne postaci takie, jak: Kolumb, Ludwik XVI, Hitler, hrabia Dracula. Opisom towarzyszą fotografie. Niestety choć kolorowe, są niewielkie, umieszczone najczęściej po cztery na jednej stronie. A przecież ich wartość jest ogromna! Co innego wyobrażać sobie nasiona kakaowca, a co innego zobaczyć je na zdjęciu.

Sama pewnie nigdy nie sięgnęłabym po „Historię smaku”. Całe szczęście, że otrzymałam ją w prezencie od Aurory w ramach Wielkiej Gwiazdkowej Akcji Blogerskiej organizowanej przez Avo_lusion. Bardzo lubię gotowanie i programy o podróżach, więc to prezent idealnie dla mnie. Jedyne czego mi zabrakło to dołączonej do niego płyty DVD z filmem dokumentalnym nagranym przez Bryana Bruce’a. Prawie w każdym rozdziale wspomina on o jego kręceniu, więc domyślam się, że książka jest tylko częścią większego projektu.

Ocena: 5/6

PS Aurorze bardzo serdecznie dziękuję za prezent (nie tylko za książkę, ale jeszcze za piękną zakładkę do książek „Kocham czytanie” i za pyszną czekoladę!), a Avo_lusion za zorganizowanie Wielkiej Gwiazdkowej Akcji Blogerskiej!

Wielka Gwiazdkowa Akcja Blogerska