Katarzyna Fiodor, Drobnochwile

 

Drobnochwile, Katarzyna Fiodor

Wydawnictwo: Liberum Arbitrium, 2011

 

Tym razem to raczej nie będzie recenzja. Nie wiem, jak opisać i ocenić tomik wierszy (bo pisanie i czytanie poezji jest sprawą bardzo osobistą). Chciałabym jednak, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się o Drobnochwilach, a także ich autorce – Katarzynie Fiodor (i jeszcze o jej blogu, na którym można znaleźć najnowsze wiersze i opowiadania).

Pamiętam, że gdy pierwszy raz znalazłam w sieci Ćwiczenia z pamięci i przeczytałam jeden z wierszy tam zamieszczonych, od razu wiedziałam, że autorka ma talent, niezwykły i poruszający serce. I zadziwiający w takim miejscu (wtedy jeszcze nie znałam podobnych blogów pisanych na bieżąco przez innych poetów). Nie pamiętam, który wiersz tak mnie oczarował. Całkiem możliwe, patrząc po datach, że to był ten: „*** [szczęśliwi nie piszą wierszy]„.

Właściwie chciałabym tu po prostu skopiować stamtąd wszystkie utwory, które mi się podobają, żebyście mogli je poznać. Po co czytać o poezji, skoro można przeczytać poezję? Niestety na stronie internetowej ciężko się skupić przeglądając 30 stron po 20 wpisów na jednej. (Szczególnie, że warto zajrzeć jeszcze do komentarzy, bo trafiają się tam prawdziwe ‘wierszoperełki” innych poetów.) Wzrok szybko się męczy, nie można się wygodnie ułożyć, poczuć kartek w dłoni i usłyszeć ich szelestu.

Całe szczęście w tym roku ukazał się debiutancki tomik „blogopoetki”, właśnie wspomniane we wstępie – Drobnochwile. (Kosztuje na allegro tylko 8 zł plus przesyłka 5 zł, dużo radości za 13 zł. Czemu wszystkie tomiki poezji nie mogą mieć takiej ceny?) Wydanie tego zbioru, było nagrodą za wygranie (razem z trzema innymi osobami) IV Międzynarodowego Konkursu Poetyckiego Liberum Arbitrium „O laur lipowego wzgórza”. Znajduje się w nim 70 wierszy. Nazwa tomiku świetnie oddaje ich tematykę. To drobne chwile zatrzymane w kilku wersach. Takie, jak ta z wiersza o tym samym tytule – „Drobnochwile”.
Wiersze-wspomnienia, wiersze-smutki, prośby, spostrzeżenia. Krótkie i wieloznaczne. Pełne metafor i uczuć. Pozornie proste, a jednak skłaniające do refleksji. Przyjrzyjcie się na przykład temu – „Zakochanym jest łatwiej”. Czy jego zakończenie nie jest poruszające?

Najbardziej poza zacytowanymi już dwoma wierszami podobały mi się jeszcze te trzy: Poeta, Blogopoetka, Krytyk. Są to wiersze autotematyczne próbujące opisać, kim jest poeta, co czuje, jak radzi sobie z prozą życia i co boi się przeczytać w recenzjach. Ja nie będę „ścinać głów stalówkom nakazem niepisania” (określenie z Krytyka), nie wystawię na koniec żadnej noty. Jedynie zaproszę wszystkich na blog autorki, abyście sami mogli poznać i docenić jej wiersze (a także opowiadania, świetny cykl o Tede i Małej z pięknymi ilustracjami w postaci obrazów Dariusza Twardocha):

 


http://zapisana.blox.pl/

 

I przy okazji nie mogę nie wspomnieć o drugim blogu, zupełnie wyjątkowym, pisanym przez Katarzynę Fiodor w duecie z Tercybiadesem:

 


http://zapisywanek.blogspot.com/

 

Wiersze na nim opublikowane zdecydowanie należą do moich ulubionych. Szczególnie te dwa: „*** [w moim niebie aniołowie]” i „*** [Z Twojego nieba]„. Niesamowite, że dwie osoby mogą się tak wspaniale poetycko uzupełniać i prowadzić taki piękny dialog za pomocą metafor i porównań. Jestem bardzo ciekawa, czy Wy również podzielicie mój zachwyt dla ich twórczości.

 
PS Zapomniałabym o jednym bardzo ważnym miejscu w sieci – blogu Nieboskłon prowadzonym przez samego Tercybiadesa (są tam nie tylko wiersze, ale i opowiadania). Polecam!

 

Jarosław Grzędowicz, Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy.

 

Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy, Jarosław Grzędowicz

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2006

 

Powieść Jarosława Grzędowicza podobała mi się mniej niż jego opowiadania.  Właściwie, gdyby skrócić ją do np. 60 stron (czyli pierwotnego tekstu – Obol dla Lilith) nic by się złego nie stało, a myślę, że miałabym bardziej pozytywne odczucia. Jak na tak długi utwór, to zdecydowanie zbyt prosta i jednowątkowa historia. Chociaż początkowe rozdziały zdają się zapowiadać świetną rozrywkę, to później właściwie fabuła zaczyna przypominać gry komputerowe, w których bohater za wszelka cenę stara się nie zginąć. Mamy walki, ucieczkę i przerażający świat Pomiędzy życiem a śmiercią. I okropne zakończenie z gatunku „deus ex machina”, czyli gdy autorowi kończą się pomysły, jak uratować swoją postać, wprowadza dodatkowy i niespodziewany czynnik, w tym wypadku – nagą czarownicę na motocyklu.

A przecież miało być ciekawie. Narrator pierwszoosobowy tak opowiada o swoim dzieciństwie:

 

„Pierwszego demona widziałem zanim jeszcze nauczyłem się mówić. Dlatego to tak pamiętam. To był gaki. A ja nie miałem nawet dwóch lat. Upiorna, wysnuta z nicości żółtawa gęba z krwawymi oczami ścigająca mnie, wrzeszczącego, po całym mieszkaniu. Pamiętam nie tylko przerażenie. Pamiętam też straszny wysiłek, z jakim usiłowałem zawołać o pomoc, wyrazić cokolwiek z tego, co czułem, i nie potrafiłem. Nic z tego, co się ze mną działo, nie mogło być oddane za pomocą tych kilku przypadkowych słów, które znalem. Rodzice uspokajali mnie i nie mogli, bo nie widzieli tego, co ja.
Potem były sny.
Miałem normalne, pogodne dzieciństwo, dopóki nie wypiłem kubka mleka, nie wysłuchałem bajki i nie położyłem się do łóżka. Później w ciemnościach dziecięcego pokoju śniłem o szkieletowych twarzach ludzi ubranych w biało-sine pasiaki, kłębach zardzewiałego drutu kolczastego, widziałem morza ceglanych ruin, wśród których snuł się siwy dym, widziałem doły pełne trupów, kłębowiska wyciągniętych rąk, jak powykręcane gałęzie.
Nie bałem się.
Nie rozumiałem, co widzę.”

 

Tę historię da się logicznie wytłumaczyć – u bohatera powieści stwierdzono schizofrenię i zaczęto go leczyć. I podobno wyleczono, ale on nadal potrafi widzieć krainę „Pomiędzy”, która od czasu jego okresu dojrzewania wygląda tak:

 

„Wtedy po raz pierwszy znalazłem się w krainie Półsnu. W świecie Pomiędzy. Po raz pierwszy zobaczyłem jego czerwone niebo i Ka wszystkich codziennych przedmiotów, stojące na ich miejscu, jak mroczne atrapy.

To nie jest zaświat. Jeszcze nie. Zaświaty są znacznie wyżej. To tylko pęknięcie. Szczelina. Dziura pomiędzy życiem a śmiercią, wypełniona cieniami i wątpliwościami. Znajdują się tam martwe lub półżywe dusze wszystkiego, co nas otacza. Stoją tam takie same budynki, takie same krzesła i lustra, wyglądają jednak inaczej, bo to nie są te same przedmioty, tylko ich widma. Ich Ka, Ich odbicia w krainie Półsnu.”

 

W krainie Pomiędzy bohater odgrywa rolę Charona, albo jak sam siebie nazywa „psychopompa”, to znaczy pomaga duszom, które utknęły w tym miejscu po śmierci, przejść na drugą stronę, do światła. Choć sam nie ma pojęcia o tym, co jest dalej. Korzystając ze swoich niezwykłych umiejętności stara się też rozwiązać zagadkę morderstwa swojego przyjaciela – mnicha i dziwnych zdarzeń w jego klasztorze. Jednocześnie pracuje zawodowo na uniwersytecie, jest doktorem etnologii. Prowadzi wykłady na temat kultury Celtów (o legendach, przypowieściach, rytuałach i demonologii). Napisał też książkę o wierzeniach mieszkańców Syberii, Oceanii i Ameryki. Oba kręgi zainteresowań, zawodowy i prywatny wyraźnie się ze sobą łączą. Bohater może w praktyce sprawdzić różne podania ludowe o duchach i praktyki medytacyjne. I robi to, ryzykując własnym życiem. Jego historia jest zdecydowanie przerażająca, pełna demonów i trupów, wywołuje w czytelniku strach. Dla mnie jest zbyt mroczna i pozbawiona, w przeciwieństwie do opowiadań, drugiego dna.

Doceniam język autora, tak dobry, że nie mogę się powstrzymać przed cytowaniem dłuższych fragmentów, doceniam wyobraźnię, która stworzyła bardzo konkretną krainę rządzącą się swoimi prawami. Nie odkryłam jednak sensu tej opowieści. Jedyne przypuszczenie związane jest z popularną anegdotą o tonącym człowieku, który odmawia pomocy ludzi, wierząc w pomoc Boga. Bohater podziela zdanie będące jej morałem, że radzić musimy sobie sami, bo „Bóg pomaga tylko tym, którzy sami sobie pomagają, ale nie wychodzi z cienia. Zapewne po to, by wiara nie stała się wiedzą”. Przyjmując taką interpretację, można by zaliczyć powieść Grzędowicza do „historii alternatywnych” będących ilustracjami, tego, co po śmierci.

„Popiół i kurz” nie zniechęcił mnie do poznania kolejnych utworów tego pisarza. Może będą mniej mroczne i bardziej wieloznaczne. A na pewno oryginalnie napisane.

Ocena: 4+/6

 

Haruki Murakami, Po zmierzchu

 

Po zmierzchu, Haruki Murakami

Wydawnictwo: Muza SA, 2007

 

Bardzo byłam ciekawa twórczości tego japońskiego pisarza, o którym nie tylko głośno na blogach recenzenckich i w gazetach. Nawet moja koleżanka, która mało czyta, o nim słyszała. Nie mówiąc o tym, że pani farmaceutka z osiedlowej apteki też go uwielbia. Oczekiwania miałam więc wysokie i pewnie po części dlatego się zawiodłam.

Po zmierzchu może i łatwo się czyta, ale niewiele potem w głowie zostaje. Akcji tam jak na lekarstwo, przez całą książkę prawie nic się nie dzieje. Dziewczyna siedzi w nocy w restauracji i czyta książkę. Przysiada się do niej „daleki znajomy”, którego w mieście zatrzymała nocna próba zespołu. Siedzą, rozmawiają. Nic ciekawego. W tym samym czasie siostra dziewczyny śpi, śniąc dziwny sen. Telewizor sam się włącza pokazując mężczyznę w masce siedzącego na krześle – scena jak z typowego japońskiego horroru (motyw już bardzo ograny i nudny). Pozostałą cześć fabuły można opowiedzieć w kilku zdaniach. Chyba nikomu nie zepsuję przyjemności czytania, pisząc, że jedyne czego doświadczy dziewczyna tej nocy, to pomoc pobitej, chińskiej prostytutce i rozmowa z pracownicą hotelu. I oczywiście zaprzyjaźni się z poznanym w restauracji chłopakiem, który pomoże jej naprawić relację z siostrą.

Bohaterowie tej historii są bardzo przeciętni. To, co ich spotyka zwyczajne (poza dziwnym telewizorem i światem po drugiej stronie ekranu.) Nic mnie nie urzekło, nie zachwyciło, nie dało do myślenia. Do połowy książki myślałam, że to tylko taki wstęp powolny, a dalej będzie się działo. Nic z tych rzeczy.

Choć akcja ma miejsce w japońskim mieście próżno tu szukać jakiś głębszych informacji na temat tamtejszej kultury czy obyczajowości. Są jakieś drobne różnice, ale wszystko równie dobrze mogłoby się toczyć w każdym innym dużym mieście na świecie. Pod tym względem też się zawiodłam. Z literatury japońskiej wcześniej czytałam jedynie „Kobietę z wydm” Abe Kobo i zdecydowanie mogę ją polecić. Natomiast źródło popularności Murakamiego jest dla mnie zagadką. Można przeczytać Po zmierzchu, ale jest przecież tyle ciekawszych książek. Ja zaliczam ją na moim blogu do kategorii „czytadeł”.

Właściwie jedyne, co ją wyróżnia to język. I nie wiem, czy liczyć go na plus powieści. Trochę ciężko się przyzwyczaić do narratora, który w pierwszej osobie liczby mnogiej opisuje nam świat widziany jakby okiem kamery. Przeczytajcie sami pierwsze zdania powieści:

 

„Patrzymy na miasto.

Ogarniamy je z lotu nocnego ptaka szybującego wysoko po niebie. W naszym szerokim polu widzenia miasto jawi się jako olbrzymie stworzenie. A może jak jakaś zbiorowość powstała ze splątania kilku żywych organizmów. Niezliczone naczynia krwionośne, rozciągając się aż po krańce tego niezidentyfikowanego ciała, umożliwiają obieg krwi i nieustannie odtwarzają komórki. Wysyłają nowe informacje, odprowadzają stare. Wysyłają nowe sprzeczności, odprowadzają stare. Ciało pulsuje światłami w rytmie tętna, wije się, jego temperatura wzrasta. Zbliża się północ, więc minął już szczyt jego aktywności, lecz utrzymująca je przy życiu podstawowa przemiana materii dokonuje się z niesłabnącą energią. Rozlega się  basso continuo jednostajnego, monotonnego, lecz brzemiennego przeczuciem pomruku miasta.”

 

I jak wrażenia? Co o tym myślicie? Ja nie wykluczam, że Murakami napisał ciekawsze powieści i za nie jest kochany przez czytelników. Jednak po przeczytaniu tej jednej, nie mam już ochoty poznawać kolejnych i to się nie zmieni raczej przez dłuższy czas.

Ocena: 4-/6

 

Magdalena Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego

 

Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego, Magdalena Grzebałkowska

Wydawnictwo: Znak, 2011

 

Prezenty książkowe od siostry na Święta Bożego Narodzenia dostałam dwa. Pierwszy, który przeczytałam to biografia księdza Jana Twardowskiego. W twardej okładce, z kolorowymi zdjęciami, duży format i odpowiednia do tego cena – 44,90. Takie „bryły” w łóżku czyta się niestety niewygodnie. Pierwsza moja uwaga dotycząca spraw technicznych – dobrze byłoby zmienić okładkę na miękką, format na mniejszy, i przede wszystkim cenę podzielić na pół, bo prawie 45 zł ta książka nie jest warta.

Z informacji na tylnej okładce dowiadujemy się, że autorka dotarła do „nieznanych zapisków księdza Jana”. Tej informacji nie należy traktować poważnie. To, czego tej książce brakuje, to zdecydowanie źródła – prywatne notatki księdza, rękopisy. Jeden raz, od tajemniczej osoby Magdalena Grzebałkowska otrzymuje fragment dziennika księdza, którego nie wolno jej kopiować ani fotografować. Niestety kartki te nic ważnego nie zawierają, oprócz kazań. Poza tym znajomi i przyjaciele księdza-poety nie chcieli rozmawiać na jego temat. Wypowiedziało się zaledwie kilkanaście osób. Część poprzez anonimowe telefony i listy. Wystarczy spojrzeć w bibliografię umieszczoną na końcu książki, jedyne dotąd niepublikowane źródła, z których korzystała autorka to: księga chrztów, listy (7 sztuk)  od różnych osób związanych z księdzem, teczka ks. Twardowskiego z IPN, jeden maszynopis jego przemówienia, dziennik Jerzego Zawieyskiego.

To nie jest książka, z której można się wiele dowiedzieć o księdzu Janie. Dowiadujemy się za to wiele o osobach, które go otaczały i o atmosferze kłótni, nieporozumień i zazdrości. To książka o pisaniu biografii. Wiele w niej opisów „walki” Grzebałkowskiej o napisanie książki. Duża dbałość o szczegóły. Wszystko, do czego udało się dotrzeć, to jednak suche fakty, dokumenty oficjalne. Ksiądz nie chciał odkrywać przed innymi swojego życia. Mało opowiadał o sobie, do tego mylił fakty, miejscowości, osoby. Czy mamy prawo „grzebać” w czyimś życiu, tylko dlatego że ten ktoś był znanym poetą? Czy mamy prawo czytać jego listy, pamiętniki, które zamierzał ukryć przed światem? Czy to w porządku nie uszanować czyjejś woli i tajemnicy po śmierci? Zastanawiam się. Jak mało czasu minęło od pogrzebu księdza Jana. Jego sława jest faktem oczywistym. Wartość jego poezji, dla mnie – ogromna. Zdecydowanie jednak wolę czytać jego wiersze i kazania niż próbować na siłę odkryć, ile lat chodził do szkoły, dokąd jeździł na wakacje, czy z jakimi kobietami się przyjaźnił i dlaczego.

Biografię Twardowskiego czyta się dobrze, niemal jak kryminał. Grzebałkowska prowadzi śledztwo w sprawie „odkrycia prawdy” o księdzu Janie. Niektórzy zdają się jej nie pomagać, inni wprost rzucają kłody pod nogi i piszą nieprzyjemne listy. Oto anonim otwierający biografię:

 

„Szanowna Pani. Szukając, jaki naprawdę był ks. T., nie zdaje sobie Pani sprawy ze stopnia trudności zagadnienia. Jest to praca porównywalna do dochodzenia Sherlocka Holmesa.

Ksiądz T. był bardzo skomplikowanym człowiekiem i myślę, że do końca On sam nie wiedział, jaki był. Miał różne okresy w swoim życiu, lepsze i gorsze.

Ze względu na pamięć ks. Jana, który już nie może się bronić od jakichkolwiek zarzutów, wątpię, że ktoś Pani opowie o tym gorszym okresie. Osobiście nie lubię plotkować, a jeszcze mniej publicznie.”

 

Jednak nie rezygnuje, dzielnie odwiedza wszystkie miejsca związane z poetą, nawiązuje kontakt z każdym, kto go znał lub mógł znać. Mamy też czarny charakter w tej historii – spadkobierczynię, edytorkę i opiekunkę prawną księdza Jana – Aleksandrę Iwanowską. To między tymi paniami toczy się główny spór. Iwanowska ma w swoim posiadaniu wszystko, co dotyczy księdza, była przy nim przez lata. Podczas krótkiej z nią rozmowy pada kluczowe pytanie. Dlaczego edytorka pism miałaby zdradzać historie o księdzu, które sama mogłaby wykorzystać w swoich książkach? Po śmierci księdza Twardowskiego wszyscy chcą pisać o nim książki i na nich zarobić. Co w tym złego? To, że każdy chce „mieć” księdza tylko dla siebie, na własność. Skoro już za jego życia kłócili się, kto może, a kto nie może być jego przyjacielem, odwiedzać go, to i po śmierci poety kłócą się, kto może, a kto nie może napisać o nim książki. Bardzo przykre. Książka, mimo że dobrze napisana, pozostawia wielki niesmak. Wspaniały poeta i nie wątpię, że wspaniały człowiek, stał się „przedmiotem” kłótni. Zupełnie nie pasuje to do jego poezji – pełnej uśmiechu, wiary i miłości bliźniego.

Autorka jest z wykształcenia historykiem, z zawodu – reporterem (od trzynastu lat w „Gazecie Wyborczej”) i pewnie dlatego w książce zabrakło analizy twórczości księdza pod kątem jego światopoglądu. Myślę, że z jego pism więcej dowiedzieć się można, jakim był człowiekiem, co myślał, co czuł, niż z jego aktu chrztu, teczki SB, czy podania na studia. Już nie czekam na żadną biografię księdza Twardowskiego. Bardziej potrzebna jest według mnie książka krytycznoliteracka, która obejmie całą jego twórczość: wiersze, kazania, opowiadania. Która spróbuje uchwycić fenomen jego popularności wśród ludzi, którzy poezji na co dzień nie czytają. A Grzebałkowska może niech zacznie pisać kryminały? I nie piszę tego złośliwie, talent do pisania ma, tylko „przedmiot” wybrała sobie nieodpowiedni.

Ocena: 4/6

 

Zygmunt Miłoszewski, Uwikłanie

 

Uwikłanie, Zygmunt Miłoszewski

Wydawnictwo: W.A.B, wyd. III – 2011, wyd. I – 2007

 

Teraz na moim blogu nastąpi krótka przerwa w recenzjach książek z dziedziny fantastyki (przez niektórych chyba wyczekiwana) i zajmę się kryminałem. W tym gatunku również mam spore zaległości, więc na początek pierwsza powieść Zygmunta Miłoszewskiego z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej (wiem, że część czytelników jest już po lekturze kontynuacji – Ziarna prawdy, ale może to lepiej, bo będzie się można wymienić uwagami o autorze, którego twórczość się czytało, a nie dopiero ma się zamiar przeczytać).

Uwikłanie jest zdecydowanie książką godną polecenia. co nie znaczy, że nie ma wad. Jej siłą jest pomysł, by kryminalna intrygę osnuć wokół jednej z bardzo kontrowersyjnych metod terapeutycznych – terapii ustawień wymyślonej przez Berta Hellingera, polegającej na „ustawieniu” obcych ludzi w rolach swojej rodziny i przyjaciół. To w jakim miejscu i w jakiej odległości, a także w jakiej relacji do siebie ustawimy konkretne osoby, świadczy o naszym stosunku do nich. Pozwala też obejrzeć sytuacje rodzinną z dystansu i wysnuć odpowiednie wnioski dotyczące uwikłania w nieodpowiednie związki, znaleźć nierozwiązane problemy itp.

Tak tłumaczy to jedna z postaci powieści, psychiatra Jeremiasz Wróbel:

 

„- W ustawieniach zadajemy sobie dwa podstawowe pytania. Po pierwsze: kogo brakuje i kto musi dołączyć do ustawienia? Często przypomina to śledztwo, grzebanie w brudach rodzinnej historii. Po drugie: kto musi odejść? Komu trzeba na to pozwolić? Mechanizm zawsze jest ten sam. Jeśli nie pozwolimy komuś odejść, zarówno w sensie „umrzeć”, jaki i w sensie „oddalić się”, to zamiast tej osoby odchodzą dzieci. To dorośli zazwyczaj są winni, a dzieci chcą im pomóc, wziąć winę na siebie, odejść zamiast tego, kto odejść powinien. Taki jest porządek miłości.”

 

Bohaterowie powieści – terapeuta Cezary Rudzki i jego pacjenci spotykają się, by w małym, kilkuosobowym gronie poddać się oczyszczającej kuracji. Sesje mają burzliwy przebieg, a rano jeden z pacjentów zostaje znaleziony martwy. Śledztwo w tej sprawie prowadzi wspomniany już Teodor Szacki, a narrator poucza, że w Polsce decydujący głos w śledztwie ma właśnie prokurator, nie policja i on również prowadzi czynności śledcze: przesłuchuje świadków, asystuje przy sekcji zwłok itd. Dowiadujemy się przy okazji wiele na temat nudnej urzędniczej pracy w prokuraturze.

Pierwsza połowa książki bardzo mi się podobała: mały krąg podejrzanych, sympatyczny śledczy, interesujące teorie psychologiczne. Niestety w drugiej połowie wątek kryminalny schodzi na dalszy plan, a pod koniec powieści prawie w ogóle traci znaczenie odpowiedź na pytanie, kto zabił. Prokuratora Szackiego „dopada” kryzys wieku średniego i jedyne, o czym jest w stanie myśleć, to romans z młodą dziennikarką – Monika Grzelką. I tu moja sympatia dla bohatera się ulotniła. A zazwyczaj gdy nie lubię głównego bohatera, nie podoba mi się też książka. Właściwie doczytałam ją już z niesmakiem i życząc Szackiemu pobicia przez zbirów. Trudno mi się identyfikować czy sympatyzować z postacią, która po kilku latach małżeństwa, gdy na świecie jest już siedmioletnie dziecko, zaczyna zdradzać swojego partnera bez żadnych wyrzutów sumienia, a wręcz z pretensjami, że wcześniej wszystko robili razem, a teraz zdradzać musi sam:

 

„Była najbliższą mu osobą i żałował, że nie może jej opowiedzieć o wszystkich swoich rozterkach, obawach i nadziejach związanych z Moniką. Chciałby otworzyć butelkę carmenere albo primitivo, usiąść obok niej w łóżku i opowiadać zabawne anegdoty, jak to bał się zamówić tort bezowy, żeby nie walczyć z nim na oczach dziewczyny. Śmieszne? Śmieszne. Uśmiałaby się? Wcale. Robili prawie wszystko razem, ale zdradzać ją musi oddzielnie.”

Ten brak moralności i zwykłej uczciwości u osoby stojącej na straży sprawiedliwości i prawa zupełnie nie przypadł mi do gustu.

Z powodu mojej niechęci do głównego bohatera nie zamierzałam sięgnąć już po książki Miłoszewskiego, pomimo że dostrzegam w nim duży potencjał i talent. Moje zdanie na temat autora zmienił bardzo ciekawy wywiad z 2008 roku dostępny na portalu Zbrodnia w bibliotece. Poza „ciekawostką” wywołującą moje zdziwienie, że według redaktorki zadającej pytania Szacki „To bardzo „czysta”, pozytywna postać.” (czytałyśmy inną książkę?), dowiedziałam się jakie jest zdanie autora na temat własnej twórczości i że za najbliższy sobie gatunek literacki uważa horror. I dlatego właśnie postanowiłam poznać jego powieść grozy z 2005 roku – Domofon. Może okaże się mniej irytująca?

Ocena 4+/6



Rafał Kosik, Mars

 

Mars, Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph, wyd. II – 2009

Wydawnictwo: Ares, wyd. I – 2003

 

Jeżeli chodzi o fantastykę, to mamy w Polsce naprawdę świetnych pisarzy: Ewę Białołęcką, Annę Kańtoch, Jarosława Grzędowicza (to oczywiście tylko trójka ostatnio przeze mnie odkrytych, za najgenialniejszego w tym gatunku uznaję Andrzeja Sapkowskiego). Do tego wyjątkowego grona zaliczam też kolejnego pisarza odkrytego dzięki Nagrodzie im. Janusza A. Zajdla – Rafała Kosika, który pisze utwory science-fiction.           

Jestem naprawdę pod wrażeniem jego pierwszej powieści – Mars, wydanej w 2003 roku. Wyróżnia się ona: dobrze przemyślaną fabułą, wspaniale wykreowanym światem na obcej planecie i filozoficznymi pytaniami, które w sobie zawiera i które właściwie są jednym z jej głównych wątków (pytania, do czego służy polityka, co to jest świadomość, czym jest wolność, ogólniejsze o sens życia i wiele innych). Mogłabym jedynie zarzucić pisarzowi niedostateczne zarysowanie bohaterów od strony psychologicznej. Wydają mi się oni dość „jednowymiarowi”. Kilka cech, kilka uczuć i nic się w nich nie zmienia. Może dlatego autor w połowie akcji wymienia głównych bohaterów? To też trochę mnie zdziwiło i raczej się wcześniej z czymś takim nie spotkałam. Właściwie wydaje mi się, że można by mówić, że Mars to dwie powieści w jednym tomie z prologiem. Dla czytelnika nawet lepiej, że nie musi czekać na drugą część, ani podwójnie płacić. Niestety druga połowa powieści jest gorsza i podobała mi się zdecydowanie mniej, choć jednocześnie doskonale uzupełnia pierwszą, kontynuuje wątki i je wyjaśnia, do tego jest w niej przedstawiony zupełnie inny świat, będący wręcz przeciwieństwem tego wykreowanego na początku.

Trochę to złożone, więc może zacznę od początku. W prologu obserwujemy jedną z baz na Marsie, w której przygotowuje się teren pod zasiedlenie w przyszłości przez ludzi. Mechanicy i technicy trudnią się budową specjalnych wież, które mają umożliwić produkcję tlenu na planecie i rozwój flory i fauny. Jest rok 2040 – czerwona planeta nie nadaje się jeszcze do zamieszkania.

Trzysta lat później, a dokładnie w 2305 rozpoczyna się akcja powieści. Głównym bohaterem jest Allen Ryan, który decyduje się przeprowadzić na Marsa z braku perspektyw dla siebie na Ziemi:

 

„Coraz mniej ludzi emigrowało na Marsa. Allen wiedział o tym, ale właśnie w tym upatrywał swojej szansy. Miał dwadzieścia lat i cały majątek zakodowany w mikrochipie jedyne karty kredytowej. Już samo posiadanie karty kredytowej świadczyło o jego niskiej pozycji społecznej. Rodziców nie znał, dalsze rodziny też nie. Był sam, a rachunek ekonomiczny ostatnich trzech lat nie wyglądał najlepiej. Oszczędności kurczyły się niezależnie od tego, jakiej pracy się podejmował. życie w mieście było zbyt drogie. Allen nie mógł zrozumieć,  w jaki sposób ludzie, z którymi pracował, potrafili utrzymać siebie i rodzinę. Jeśli nie chciał wylądować w tekturowym domku pod mostem, miał do wyboru kilka rozwiązań, a Mars był prawdopodobnie najlepszą z nich.”

 

Jednak życie na obcej planecie pełne jest niespodzianek. Zamiast pokazywanych w folderach reklamowych: bujnej roślinności i jeziora – staw w małym parku, do tego wysoka temperatura, wstrętne jedzenie, wszechobecny piach i jakby tego było mało – podział na biednych i bogatych. Szybko też okazuje się, że planecie grozi zagłada, a uratować ją może jedynie nielegalny plan jednego z senatorów. Allen razem z poznaną w Biurze emigracyjnym urzędniczką – Doris zostają wplatani w wielką polityczną aferę, ryzykując życiem i nie znając wszystkich faktów. Ta umownie przeze mnie nazwana „pierwszą” część książki ma ok. 215 stron. Jak na powieść wystarczy prawda? (Szczególnie, że marginesy są dość wąskie, co utrudnia czytanie).

Na 237 stronie rozpoczyna się „druga cześć” opowieści, licząca ok. 186 stron. Akcja przenosi się znowu w czasie, tym razem o 35 lat, jest rok 2340, a głównym bohaterem zostaje Jared Grant, którego Allen poznał kiedyś jako chłopca podczas podróży na Marsa. Jared już jako dorosły mężczyzna jest poszukiwaczem wody, czyli wykonuje zawód bardzo ceniony na Marsie. Czerwona planeta przez czas jego dorastania bardzo się zmieniła. Nastąpiła prawdziwa rewolucja informatyczna, ludzie noszą wszczepione w głowach minikomputery – specjalne ”komplanty”, które są wstanie tworzyć doskonale światy wirtualne, iluzje indywidualne i zbiorowe:

 

„Komplant sterował ciałem precyzyjniej niż mózg.

Kwitł zatem przemysł rozrywkowy pozwalający zabić czas pracy i odpoczynku. Skoro komplant zastąpił inne towarzyszące człowiekowi gadżety, cała para poszła w oprogramowanie.

Muzykę przekazywano wprost do ośrodka słuchu, obraz do ośrodka wzroku. Dawno zniknęły materialne nośniki danych. Odłączenie się od ciała eliminowało nawet mimowolne ruchy gałek ocznych i skurcze mięśni twarzy. Istniało jednak wiele zawodów, w których multitasking układu komplant-mózg nie pozwalał na jednoczesną pracę i zabawę. Świadomość trzeba było więc czasowo włączać.

Dla użytkowników zysk i tak przewyższał starty. Po pracy szara klita mogła się stać ekskluzywnym apartamentem. Każdego dnia innym. Brzydka żona dostarczała uciech jak rasowa dziwka. Skala wrażeń dotykowych, zapachowych i smakowych była dłuższa od jej niebiańskich nóg. Tym bardziej, że małżeństwa stawały się coraz rzadsze. Brak żony nie stanowił zresztą problemu. Komplanty nie tylko udoskonalały. Generowały, co trzeba.”

 

Przerażający świat, od którego Jared ucieka na pustynię. Też bym uciekła. Wizja ta jest dlatego taka straszna, bo wydaje się całkowicie prawdopodobna. I chyba przez nią ta druga część jest gorsza. Opowiada o świecie, w którym nikt nie chciałby żyć, ale do którego ciągły rozwój technologii zdaje się zmierzać. Poza tym w tej części Jared wraz z dziennikarką – Valerie Pinard próbuje rozwiązać kolejne marsjańskie tajemnice, które już nie są tak wciągające, a dotyczą starożytnych ruin odkrytych na pustyni. Za to rozwiązanie zagadki jest bardzo satysfakcjonujące, wszystkie puzzle układają się w jedną całość. Brawa dla autora za ostatni pomysł i wszystkie wcześniejsze. Tylko bohaterowie znowu tacy płascy, że po przeczytaniu zapomina się nawet ich imiona. Dodatkowo brakuje między nimi prawdziwych uczuć, co może w takim odczłowieczonym świecie nie powinno dziwić.

Po Marsie sięgnęłam od razu po kolejną powieść Rafała Kosika – Vertical (niedługo o niej napiszę) i mam zamiar przeczytać wszystko inne, co ten pisarz napisał (Kameleon wydany w 2008) i jeszcze napisze. Wypożyczę też jego powieści pisane dla dzieci z cyklu Felix, Net i Nika, ciekawa jestem, czy bardzo się różnią stylem i poziomem literackim.

Ocena: 5/6

 

Jarosław Grzędowicz, Księga jesiennych demonów

 

Księga jesiennych demonów, Jarosław Grzędowicz

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2003

 

Okładka tej książki sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z przerażającymi opowiadaniami. Podobnie opis z tyłu – „Tak demonicznych i mrocznych opowiadań nie przeczytasz w żadnej innej książce”. Oczywiście wszystko to gruba przesada. Nie wiem, kto to wymyśla, ale książkę z taką okładką i takim opisem na pewno omijałabym szerokim łukiem, gdyby nie to, że postanowiłam poznać laureatów Nagrody im. Janusza A. Zajdla przyznawanej w dziedzinie fantastyki (pisałam o tym w poprzednim wpisie, więc nie będę się powtarzać).

Opowiadania w ogóle mnie nie przestraszyły. Scharakteryzowałabym je zupełnie inaczej niż wydawca. To prawda, że mamy w nich do czynienia z rożnymi nadprzyrodzonymi postaciami: diabłem, aniołami, Bogiem, wilkołakiem itd., ale autor moim zdaniem nie ma na celu wystraszenia czytelnika. Tematem wszystkich opowiadań są raczej problemy natury psychologicznej. Bohaterowie to ludzie, którym w życiu z rożnych powodów nie wyszło. Brakuje im albo pieniędzy, albo miłości, albo sukcesów w pracy. Wszystkim można by przypisać lekką jesienną depresję, stąd pewnie tytuł. Książka jest o demonach, ale nie tych, którymi straszą nas horrory, ale tych, które nosimy w sobie, z którymi walczymy na co dzień, a w szczególności jesienią, gdy na dworze robi się szaro i ponuro.

Czy nie przydałby nam się czasami wszystkowiedzący szaman, który w pierwszym rozdziale tak zwraca się do zagubionego klienta w sklepie z magią:

 

„– Zostaw te tandetne talizmany, człowieku – powiedział sprzedawca. – Tobie potrzebna jest prawdziwa pomoc. Zgubiłeś drogę, co? Wszystko się wali, bez żadnego powodu? Nosisz płaszcz, teczka pod pachą. Jesteś poważnym człowiekiem. Żadnych kadzidełek, horoskopów, kryształów. Stoisz twardo na ziemi, a jednak tu wszedłeś. Oglądałeś wizytówki, potem talizmany. Tu są ciekawsze rzeczy dla zatwardziałego materialisty. Mnóstwo gadżetów, którymi można ozdobić mieszkanie albo zrobić komuś prezent. Niebo się wali, co?

– A co? Sprzedasz mi specjalny towar? Taki, który naprawdę działa? – zakpił Jacek.

– Nie trzymaj tej zasuwy – oznajmił sprzedawca cierpko. – Możesz ją otworzyć i iść dalej. Chociaż wygląda na to, że nie masz dokąd. Zgubiłeś swoja drogę przyjacielu. – Wyciągnął palec w kierunku tablicy z ogłoszeniami. – Szaman miejski. To moja wizytówka. Jeżeli wiesz, co dalej robić, idź. Jeżeli nie wiesz, zrób to, co się w takich razach robi od wieków. Usiądź i zapytaj szamana.” 

 

Czy ten fragment nie jest intrygujący? Mogłabym wypisać jeszcze kilka, które bardzo mi się podobały, ale zabrałoby to zbyt wiele miejsca. To jedna z tych książek, które porywają czytelnika, ale nie tempem akcji, zagadkami czy wyobraźnią autora. To wszystko tu jest, ale najważniejsza jest głębia psychologiczna każdego z tekstów. W każdym z nich można znaleźć coś mówiącego o człowieku, jego lękach, potrzebach. Pięć opowiadań plus krótki prolog i epilog, 413 stron. Jedno opowiadanie ma ok. 70 stron. Czy to nadal jest krótki utwór prozatorski? Nie są długie, ale podobnie jak w przypadku opowiadań Anny Kańtoch długość tekstu jest wystarczająca, żeby wczuć się w akcję, poznać bohaterów, zrozumieć myśl pisarza. Zaczynam się przekonywać do takiej formy opowiadania. I doceniam zalety. Jedna książka – aż 6 intrygujących historii. Aż chciałoby się każdą opisać Wam po kolei, ale to zepsułoby radość czytania, bo w większości przypadków zawierają one nieprzewidziane zwroty akcji, tajemniczych bohaterów i zaskakujące zakończenia.

Podam tylko krótki zarys początku każdego tekstu:

Klub absolutnej karty kredytowej jest o człowieku, który zawsze cierpiał na brak pieniędzy i nagle otrzymuje tajemniczą kartę kredytową z nieograniczonymi środkami na własny użytek.

Opowieść terapeuty – o psychologu, który w każdy czwartek ma depresję, bo nie ma już sił pomagać swoim pacjentom i marzy o tym, by mieć boską moc leczenia dusz. Do jego gabinetu zgłasza się niezwykły pacjent.

Wiedźma i wilk – historia czarownicy żyjącej w związku z alkoholikiem i sadystą, która postanawia się wyzwolić przy pomocy wilkołaka.

Piorun – o mężu, który próbuje rozgryźć zdradę żony.

Czarne motyle – samotna starsza pani przyjmuje w swoim pensjonacie agroturystycznym spóźnionego gościa, kulturalnego pana po sześćdziesiątce. Co z tego wyniknie?

Moje streszczenie tylko udowadnia, że nie sposób tej książki opowiedzieć (ma w sobie dużo więcej treści niż to wynikałoby z opisu samej fabuły). Trzeba ją przeczytać. I koniecznie sięgnąć po inne dzieła tego autora. Ja przeczytałam już powieść Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy, gorszą od opowiadań, ale o tym opowiem w jednym z kolejnych wpisów.

Ocena: 5/6