Ma talent! (Christer Mjåset, To ty jesteś Bobbym Fisherem)

Christer Mjåset z książki na książkę staje się coraz lepszym pisarzem (o ile można to stopniować, bo każda jest na bardzo wysokim poziomie). Jego „Lekarz, który wiedział za dużo” (2008, wyd. polskie 2012) był świetną powieścią obyczajową z wątkiem kryminalnym. Następne „Białe kruki” (2012, wyd. polskie 2014) ukazywały świat lekarzy i równocześnie udowodniały, że norweski pisarz (z zawodu: neurochirurg) szuka swojej drogi w literackim świecie i nie będzie kolejnym typowymi skandynawskim autorem kryminałów. Ostatnio w „To ty jesteś Bobbym Fisherem” (2015, wyd. polskie 2016) Mjåset potwierdza, że bardziej niż opisywanie kolejnych śledztw interesuje go psychologia postaci i warstwa obyczajowa (decyzje i ich konsekwencje, przeszłość i jej wpływ na teraźniejszość, tajemnice – to, co ludzie ukrywają bardzo głęboko). I mimo że autor ten nie sięga po łatwe tematy, to niezmiennie pisze o nich w sposób zaskakująco lekki. Ma talent!

To ty jesteś Bobbym Fisherem

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2016, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Dorota Polska

„To ty jesteś Bobbym Fisherem” czyta się jednym tchem. Niedzielne popołudnie wystarczy, by poznać tę zaledwie dwustustronicową opowieść. Bohaterowie (koledzy z małego norweskiego miasteczka) są pełnokrwiści, prawdziwi i tacy zwyczajni. Sympatyczni i odpychający (w miarę jak poznajemy ich sekrety). Łatwo się z nimi utożsamić. Akcja biegnie dwutorowo, koncentrując się wokół klasycznego „spotkania po latach”. Mjåset szczególnie dużo miejsca poświęca powrotowi do krainy dzieciństwa, która nacechowana jest tajemniczymi i negatywnymi wspomnieniami. Przeszłość stale przeplata się z teraźniejszością, a finał jest oczywiście zaskakujący.

Hakån wraca po niemal trzydziestu latach do Lillehammer, na pogrzeb dawnego kolegi – Kristoffera. Powrót jest dla niego niesamowicie trudnym przeżyciem. Dlaczego?

„Kiedy pociąg mija stację w Moelv, ogarnia mnie dyskomfort. Zaczyna się od czegoś w rodzaju mdłości, a potem to rozlewa się na całe ciało, aż z trudem łapię oddech. Nigdy czegoś takiego nie czułem, a przychodzi tak nagle, że nie mam pojęcia co, się dzieje. Siedzę na fotelu przy oknie obok kobiety, która czyta gazetę; papier trzeszczy jak fajerwerki, kiedy przestępuję nad jej nogami, żeby wydostać się na przejście między rzędami. Kobieta prosi mnie o spokój, ale ja już ją mijam i pod gradem zdumionych spojrzeń pospiesznie przechodzę środkiem do przesuwnych drzwi na końcu wagonu.

Kiedy wreszcie zostaję sam, opieram się o ścianę naprzeciw drzwi wejściowych i próbuję się ogarnąć. Serce mi galopuje i jestem tak roztrzęsiony, że postanawiam usiąść.” (s. 12)

Szkolne przyjaźnie, rozwijanie zainteresowań (szachy), pierwsza miłość, to uniwersalne doświadczenia, ale Mjåset na nich nie poprzestaje. Elementy kryminału i sensacji, kolejne pojawiające się znienacka tajemnice wciągają czytelnika w wir kłamstw i przemilczeń. Pytań jest bardzo wiele, a autor umiejętnie konstruuje intrygę, dając odpowiedzi w odpowiednich miejscach, z najważniejszą czekając niemal do ostatnich stron.

Jeżeli talent tego norweskiego pisarza będzie się nadal rozwijał w tym tempie, to mam nadzieję, że doczekamy się jeszcze wielu niesamowitych powieści. Jak dotąd „To Ty jesteś Bobbym Fisherem” jest jego najlepszym i najdojrzalszym utworem, który garściami czerpie z literatury popularnej (zwroty akcji, zbiegi okoliczności, sensacyjne wydarzenia), sprytnie jednocześnie wymykając się schematom przypisanym do kryminału.

Melancholijny kryminał (Kjell Eriksson, Kamienna cisza)

Kjell Eriksson napisał serię książek z policjantką Ann Lindell w roli głównej, która została przetłumaczona na kilkanaście języków oraz zdobyła liczne wyróżnienia. To zachęciło mnie do zapoznania się z jego twórczością. Wybrałam tom trzeci pt. „Kamienna cisza”, ponieważ pierwszy i drugi nie zostały dotąd u nas wydane.

Kjell Eriksson, Kamienna cisza

Wydawnictwo: Amber, wyd. II, 2016, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Ewa Chmielewska-Tomczak

Wrażenia po lekturze mam pozytywne. Trzysta trzydzieści pięć stron przeczytałam bardzo szybko. Nawet pomyślałam (żartem), że Szwedzi muszą uczyć dzieci pisania powieści kryminalnych w szkołach, bo ich autorzy są w tym niesamowicie dobrzy. Jakby znali przepis na kryminał idealny. W skrócie: wziąć bohatera (najlepiej policjanta) wzbudzającego sympatię, opisać, jak prowadzi śledztwo razem z kolegami z pracy, przeplatając sceny kryminalne wątkami z życia prywatnego, wszystko to ukazując na tle jakiegoś szwedzkiego miasta/wsi, by na koniec rozwiązanie zagadki połączyć z ważnymi kwestiami społecznymi lub politycznymi.

Eriksson nie odbiega za bardzo od gatunkowego schematu. A jednak dwie rzeczy go wyróżniają. Pierwsza: główną bohaterką jest policjantka, której problemy osobiste i rozmyślania o życiu zdają się być dla autora równie ważne jak śledztwo. I druga rzecz, dużo trudniejsza do uchwycenia, to klimat tej opowieści. Z braku innych słów nazwałabym go melancholijnym. Smutek, samotność, tęsknota są gdzieś rozsiane „między stronami”.

Nastrojowe opisy miejsc i emocji wewnętrznych w „Kamiennej ciszy” przeplatają się nieustannie z fragmentami opowiadającymi o poszukiwaniu przez policję człowieka, który śmiertelnie potrącił młodą kobietę – Josefin Cederén i jej sześcioletnią córeczkę Emily:

„Środa czternastego czerwca zapowiadała piękne lato. Dolina prowadząca do jeziora Mälaren kipiała bujną zielenią. Pastwiska porastała wysoka trawa. W niektórych miejscach zaczynały się już pierwsze zbiory. Tuż przed Högby jakiś mężczyzna zostawił na poboczu traktor i wszedł ciężkim krokiem w koniczynę i tymotkę sięgające mu do pasa. Ann przez chwilę miała niemal fizyczne odczucie obecności Edvarda. To on mógł iść tym polem, obejmując dłońmi ramiona. Wrażenie minęło po sekundzie, ale jednak nie. On tam był. W tym krajobrazie. Jeszcze pół roku po rozstaniu Edvard Risberg towarzyszył jej jak cień. Słyszała jego słowa i czuła jego dłonie. Nikt dotąd nie wniknął w jej życie jak on.

Kozioł sarny pojawił się na skraju lasu, spoglądając czujnie w stronę Lunsen. Słońce świeciło Ann prosto w oczy, ale nie opuściła osłony w samochodzie, tylko pozwoliła, by promienie grzały ją w twarz. Edvardzie, jesteś teraz nad morzem?

Kilometr dalej na skraju rowu leżała kobieta z córeczką.” (s.12)

Czy mordercą mógł być mąż i ojciec ofiar, pracujący w medycznej firmie MedForsk, Sven-Erik? I co było motywem zbrodni?

W Internecie można znaleźć sporo negatywnych opinii o tej książce zarzucających jej nudę, przeciętność, rozwlekłość. Moim zdaniem nie jest to najlepszy kryminał na świecie, ale na pewno solidna proza, z wiarygodnymi portretami psychologicznymi postaci i ciekawymi scenami obyczajowymi. Warto również pamiętać, że to jeden z początkowych tomów serii. Podejrzewam, że kolejne są lepsze i chętnie się kiedyś o tym przekonam osobiście.

Sen wariata? (Antoine Volodine, Sny Mevlida)

Gatunkowo inna niż wszystkie. Brawurowe połączenie realizmu magicznego z postapokaliptycznym science fiction. „Sny Mevlida” Antoine’a Volodine’a nie są łatwe do zaszufladkowania i zrozumienia. Jest w nich wiele elementów fantastycznych (fantasmagorycznych, surrealistycznych), jednocześnie narracja jest poetycka i nastrojowa (jak w „Sklepach cynamonowych” Brunona Schultza). Lektura od początku przypomina zanurzanie się w chaotyczny sen, w którym wszystko jest dziwne i potencjalnie możliwe.

Sny Mevlida, Antoine Volodine

Wydawnictwo: Draft Publishing, 2014, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Beata Geppert

Wizja, którą buduje Antoine Volodine nie należy ani do pięknych i przyjemnych, ani do optymistycznych. Przestrzeń nie jest przyjazna dla bohaterów. Reguły życia w niej są absurdalne.

„Tramwaj jechał ze zgaszonymi światłami, to silnie dygocząc, jakby za chwilę miał się rozsypać na kawałki, to znów gładko sunąc do przodu. […]

W wagonie było ciemno. Latarnie nie wystarczały do oświetlenia pasażerów. Tego odcinka trasy Mevlido zdecydowanie nie lubił. Po wojnie ulicę uprzątnięto, lecz stojące po obu jej stronach domy były zbyt zniszczone, aby zamieszkali w nich lokatorzy. Jechało się kilometrami wzdłuż opustoszałych kamienic o cuchnących pleśnią fasadach z czarnymi otworami drzwiowymi i okiennymi. Mówiło się, że znalazła tu schronienie część dzieci-żołnierzy, które uczestniczyły w ostatnim z nieprzeliczonych ludobójstw. […]

Minęła północ. Było gorąco. Jak w każdą letnią noc od kilkunastu dziesięcioleci nadejście wieczoru nie zmniejszało duchoty.” (s. 15)

Tytułowy Mevlido to policjant walczący z bolszewikami, rozmawiający z ptakami, należący do partii, której nazwy i poglądów nie zna, mieszkający w zniszczonej przez wojnę dzielnicy nędzy zwanej Kurnikiem Czwartym. Jego sny i wspomnienia nieustannie mieszają się z rzeczywistością. A może wszystko czego doświadcza jest snem?

„Sny Mevlida” zaskoczyły mnie swoją warstwą językową, stylistyczną, narracyjną. To wielka zasługa tłumaczki, która potrafiła oddać w języku polskim odrębność stylu Volodine’a. Francuski pisarz kryjący się pod tym pseudonimem potrafi czarować czytelnika opisami miejsc i sytuacji. Nawet coś tak zwyczajnego jak nocna jazda tramwajem staje się na kartach jego książki magicznym doświadczeniem. I choć wykreowany przez niego świat uległ katastrofie (degeneracji), której skutki wydaja się nieodwracalne, to jednak nadal pozostaje w nim jakieś wspomnienie miłości i piękna. Główny bohater niczym starożytny Syzyf stara się dokonać rzeczy niemożliwej – wykonać swoją życiową misję, nie wiedząc jak i po co.

Doskonałej formie powieści dorównuje treść. Volodine porusza fundamentalne tematy, takie jak sens ludzkiego życia i kierunek, w którym zmierza ludzkość. Za pomocą szkatułkowej budowy fabuły (jedna opowieść schowana w drugiej) i podwójnego narratora (pierwszoosobowego i trzecioosobowego) udało mu się stworzyć skomplikowany i lekko zamglony obraz-lustro, krzywe zwierciadło, w którym możemy dostrzec swoje życie i swój świat.

„Powszechna czarna wojna to obecnie jedyna konkretna perspektywa dla społeczności, której zachowania praktycznie we wszystkich dziedzinach można określić jako aberracyjne. Wszystko zmierza ku temu, co straszne i nieakceptowalne, nic nie jest racjonalne, modele analityczne nie znajdują już zastosowania. […]

Dzieciństwo i młodość Mevlida stają pod znakiem zagłady, płomieni, kolumn uchodźców, mnożenia się mutantów, chaosu. Życie dorosłe Mevlida to marsz na oślep w społeczeństwie ogarniętym nędzą i zidioceniem.” (s. 276-277)

Chaos, absurd, bezsens. Czy to tylko fikcyjna wizja przyszłości? Sen wariata?

PS Obszerny fragment „Snów Mevlida” można przeczytać na stronie wydawnictwa Draft Publishing:
http://draftpublishing.com/snymevlida/fragment

Uniwersalne i niezmienne (Anikó Polgár, Archeolożka w czółenkach)

„Europejski Poeta Wolności” to ważna literacka nagroda, która przyznawana jest w Gdańsku co dwa lata (od 2010 roku). W czwartej edycji wśród siedmiu nominowanych do niej poetów znalazła się m.in. Anikó Polgár z Węgier. Dzięki temu ukazał się na naszym rynku tomik jej wierszy pt. „Archeolożka w czółenkach” w przekładzie Anny Góreckiej. Przy okazji w Internecie zamieszczone zostały dwa intrygujące utwory – „W poczekalni u Parysa” i „Delos” – i to właśnie one skłoniły mnie do przeczytania całego zbioru.

Anikó Polgár, Archeolożka w czółenkach

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria, 2015, egzemplarz recenzencki
Autor tłumaczenia: Anna Górecka

Anikó Polgár to nie tylko poetka, ale również tłumaczka i historyczka literatury, absolwentka filologii klasycznej. Jej fascynacja mitologią grecką widoczna jest prawie w każdym wierszu. Można je oczywiście czytać, nie sprawdzając, kim była Niobe, Leto, Hermiona, Klitajmestra, Kasandra i inne wymienione w tytułach panie… Ale dużo większą frajdę daje odkrywanie, co autorka wzięła z tradycji starożytnych Greków, a co dorzuciła od siebie. „Pożyczone” są na pewno imiona i biografie bogiń/bogów i bohaterek/bohaterów. „Własne” – kobiece doświadczenia i uczucia: poród, macierzyństwo, cierpienie, zazdrość. Szczególnie często pojawia się motyw ciąży, narodzin i karmienia dziecka przedstawiony w sposób naturalistyczny, cielesny i bardzo sugestywny.

Mity to niewyczerpane źródło inspiracji dla artystów od wieków, ale nie jest tak prosto nadać im aktualną wymowę, po raz kolejny odczytać na nowo, sprawić, by silnie poruszały odbiorców żyjących w zupełnie innych czasach i kulturach. Węgierka miała świetny, choć prosty koncept, jak to zrobić. Współczesna „scenografia”, „rekwizyty” i problemy dnia codziennego w jej twórczości zestawione zostały z antycznymi postaciami i tematami. Bogowie i bohaterowie (herosi, księżniczki, królowe) pozbawieni są boskich atrybutów, mocy i władzy, „strąceni z Olimpu” i z piedestału – doświadczają wszystkiego jak zwykli ludzie, przede wszystkim fizycznego bólu, ograniczeń ciała, wstydu, strachu, zmęczenia. Biologia wysunięta jest na plan pierwszy.

W „Archeolożce w czółenkach” starożytność ożywa na różne sposoby. W pierwszej części pod piórem poetki antyczne postaci wkraczają w czasy esemesów, sztućców z plastiku, bilbordów i faktur VAT. To zestawienie przeszłości z teraźniejszością wprowadza do utworów humor i ironię. W części drugiej podmiot liryczny odwiedza starożytne miasta i wyspy: Rzym, Ateny, Delos, Kretę, Neapol, Delfy, Itakę i inne. Z każdym z nich związana jest jakaś opowieść. Klamrę kompozycyjną zbioru tworzą, co zaskakujące, dwa utwory ze świętą Hildegardą w tytule. W obu pojawiają się wątki autotematyczne, radość i trud pisania, problem właściwego doboru słów:

„[…] kropki zaczynają się wiercić
zdania są niezamykalne, jak zamki błyskawiczne podróżnych toreb [...]
Słowa pocą się pod brzemieniem znaczeń.”

„Święta Hildegarda w hotelu Wergina”, s. 133

Tomik ten ma bardzo przemyślaną strukturę, poszczególne utwory są ze sobą powiązane, ich kolejność nie jest przypadkowa. Warto spojrzeć na opisany przez Polgár ludzki los i chwilę zastanowić się nad tym, co jest w nim uniwersalne i niezmienne.

Ogłoszenie laureata Nagrody „Europejski Poeta Wolności” nastąpi podczas Międzynarodowego Festiwalu Literatury w marcu 2016 roku w Gdańsku.

Radość czytania (Jørn Lier Horst, Poza sezonem)

Najpierw zaczęłam czytać zbiór rozmów pod przewrotnie prawdziwym tytułem „Obecność” Remigusza Grzeli (egzemplarz zdobyty na lipcowym spotkaniu w Sopocie podczas wymiany), ale po jednym wywiadzie przerwałam lekturę na rzecz słynnego „Wstępu do psychoanalizy” (pożyczonego od koleżanki). Niedługo potem (po dwóch wykładach) książka Sigmunda Freuda przegrała rywalizację z „Poza sezonem” Jørna Liera Horsta, który zaczęłam wczoraj, a skończyłam dzisiaj. Zastanawiam się teraz, co takiego wyjątkowego ma w sobie ten norweski pisarz, że jego kryminały tak mi się podobają.

Jørn Lier Horst, Poza sezonem

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2015, egzemplarz recenzencki
Autorka tłumaczenia: Milena Skoczko

Horst napisał do tej pory dziesięć części cyklu, którego bohaterem jest William Wisting. W Polsce „mamy przyjemność” poznawać je w odwróconej kolejności:

„Jaskiniowiec” (2014) – część dziewiąta
„Psy gończe” (2015) – część ósma
„Poza sezonem” (2015) – część siódma

Przy „Jaskiniowcu” mi to nie przeszkadzało, chciałam poznać styl i umiejętności autora – byłego policjanta. Przy „Psach gończych” czułam pewien dyskomfort, cofając się w powieściowym czasie, ale książka była tak dobra, że nie narzekałam. Przy „Poza sezonem” zaczynam się trochę buntować. Czy pierwsza część jest tak zła, że nie można jej u nas wydać?

Komisarz Wisting to postać, którą bardzo polubiłam. Jest uczciwy, rzetelny w wykonywaniu obowiązków, oddany swojej pracy. Chciałabym poznawać jego losy chronologicznie, chociaż śledztwa nad którymi pracuje on w poszczególnych tomach (jak dotąd) się nie łączą. Jednak w tle pojawiają się bohaterowie trzecioplanowi (jak np. Suzanne, Tommy Kvanter) i drobne wątki prywatne, które choć nie mają bezpośredniego wpływu na fabułę, to mimo wszystko się je zapamiętuje i czeka na ich rozwinięcie. Np. w „Poza sezonem” Wisting namawia Suzanne do otwarcia kawiarni. Kto wcześniej poznał „Psy gończe”, od razu będzie wiedział, jak to się skończyło. Dodaje to dodatkowego „smaczku” lekturze, ale i odbiera część przyjemności z pierwszego czytania.

A kryminały pióra Horsta naprawdę sprawiają czytelnikowi dużo radości! Jego doświadczenie zawodowe i wiedza, talent pisarski, umiejętność stawiania intrygujących pytań – to wszystko godne jest uznania. Norweg pisze o swoim kraju i jego mieszkańcach, ale dotyka przy tym problemów uniwersalnych. Jak dotąd każda z jego wydanych w Polsce powieści jest inna, inaczej skonstruowana, na co innego położone są akcenty.

W „Poza sezonem” tematem jest przestępczość zorganizowana i nawet z tym „nudnym” zagadnieniem norweski pisarz radzi sobie świetnie. Sposób realizacji tematu trochę przypomina mi „Psy z Rygi” Henninga Mankella. W obu powieściach mamy pokazane zderzenie dwóch światów, bogatego kraju z biednym. U Mankella Kurt Wallander odwiedza Łotwę, natomiast u Horsta Wisting wyjeżdża na Litwę. Refleksje, które pojawiają się przy tej okazji są bardzo interesujące. Tak na przykład zostało opisane Wilno:

„Miał przed sobą nowy europejski plac dla bogatych. Ale wzrost ekonomiczny nie dotyczył wszystkich. Rozwarstwienie społeczne łatwiej było zauważyć po zapadnięciu zmroku. Jawna prostytucja i bieda, a tuż obok zamożni mężczyźni wysiadający z drogich samochodów w towarzystwie długonogich blondynek.

Wydawało mu się, że już rozumie, dlaczego ci, którzy nie widzieli dla siebie przyszłości w tym mieście, decydowali się szukać szczęścia w innych krajach, nawet jeśli to oznaczało wejście na drogę przestępstwa.” (s.215)

Byłam w litewskiej stolicy parę lat temu i zupełnie tego nie zauważyłam. Sposób patrzenia norweskiego komisarza na Litwinów (widział w nich głównie przestępców) trochę mnie początkowo dziwił. Nie chcę zdradzać za dużo z fabuły, więc napiszę tylko, że mądrze wątek ten (jak i cały kryminał) został przez autora zakończony.

Została pamięć (Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop ’44)

Drugą i niestety ostatnią przeczytaną przeze mnie podczas urlopu książką jest „Galop ’44” Moniki Kowaleczo-Szumowskiej. Cieszę się, że starczyło mi czasu akurat na tę młodzieżową powieść z elementami fantastycznymi dotyczącą powstania warszawskiego. Byłam nią zainteresowana odkąd tylko ukazała się na rynku prawie dokładnie rok temu. Jest wyjątkowa pod wieloma względami.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop '44

Wydawnictwo: Literacki Egmont, 2014, egzemplarz ze spotkania w Sopocie

Podoba mi się okładka – połączenie archiwalnego czarno-białego zdjęcia ulicy z postacią w pomarańczowej bluzie „wyciętą” z innego świata. I podoba mi się treść – mająca silne oparcie w faktach (bogata bibliografia, autorka pracowała dla Muzeum Powstania Warszawskiego), a jednocześnie pokazująca wydarzenia historyczne oczami dwóch współczesnych nastolatków. Wojtek i Mikołaj są braćmi, którzy się nie lubią. Różnica wieku, różnica charakterów.

„Wojtek był małomówny i zamknięty w sobie, a swojego brata traktował jak kosmitę i zazwyczaj nie miał czasu, ani ochoty, ani cierpliwości z nim przebywać. Trochę usprawiedliwiało go to, że był od Mikołaja kilka lat starszy. Rodzice gotowi byli finansować ich wspólne wyjścia, i może by się nawet czasem skusił, gdyby nie to, że przebywanie z Mikołajem kończyło się zawsze wielkim wstydem.[...] Mikołaja, choć nikomu o tym nie mówił, bolał brak prawdziwego zainteresowania ze strony Wojtka, co objawiało się głównie szarpaniną, kłótniami i wzajemną złośliwością” s. 8

Kiedy przez przypadek chłopcy przeniosą się w czasie do 1944 roku, wszystko w ich relacjach się zmieni. I słowo „patriotyzm” też nabierze dla nich nowego znaczenia.

Pomysł na fabułę autorka miała prosty. Podróż w czasie, młodzi bohaterowie, plus najważniejsze powstańcze epizody i postaci. Historia w trzystu stronicowej pigułce. Ale wykonanie jest najważniejsze. Narracja, dialogi, opisy miejsc – to wszystko jest w „Galopie ’44” po prostu świetne! Spodoba się i młodzieży, i dorosłym. I nie obejdzie się bez chusteczek, całej paczki. Szczególnie pięknie została odmalowana wojenna Warszawa i heroiczne czyny powstańców. Żal serce ściska za tym, co było i tak bezpowrotnie minęło. Została pamięć.

Książka Moniki Kowaleczo-Szumowskiej idealnie nadaje się na szkolną lekturę. Przekazuje wiedzę o powstaniu warszawskim w sposób prosty i zrozumiały. Czyta się ją jednym tchem. Wzbudza silne emocje. Zachęca do wizyty w Muzeum Powstania Warszawskiego i do szukania kolejnych informacji na temat ’44 roku.

Wybitna powieść (Herbjørg Wassmo, Stulecie)

Jest urlop, jest czas na czytanie. Z wielkiego stosu, który przydźwigałam do domu ze spotkania blogerów i pisarzy w Sopocie wybrałam książkę grubą i jak mi się wydawało trudną i wymagającą. Dużo wcześniej miałam chęć zmierzyć się z pisarstwem Herbjørg Wassmo, ale bałam się, że nie będzie to literatura dla mnie. Liczne recenzje zachęcały, a jednocześnie nie oddawały w pełni piękna prozy Wassmo. Jej styl trudny jest do opisania.

Herbjørg Wassmo, Stulecie

Wydawnictwo: Smak Słowa, 2014, egzemplarz ze spotkania w Sopocie
Autorka przekładu: Ewa M. Bilińska

„Stulecie” to książka o kobietach. Prababce, babce, matce i Herbjørg. To opowieść na miarę „Stu lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza. Pełna smutku, samotności, rozczarowania. I miłości, chwil nadziei, rozkoszy, szczęścia. Na ponad pięciuset stronach codzienna egzystencja Norweżek pokazana jest w najrozmaitszych odcieniach – małżeństwo, macierzyństwo, śmierć bliskich. Zmęczenie i heroizm podejmowania domowych obowiązków. I marzenia. O wyrwaniu się, innym życiu.

Łatwo się dać wciągnąć tej historii. Najpierw opowiada o swoim życiu Herbjørg. Potem poznajemy jej przodkinie: Sarę Susanne, Elidę i Hjørdis. Chronologia szybo zostaje zakłócona, ich życiorysy się przeplatają, czasy zmieniają. I nie jest to zabieg przypadkowy. Pozwala spojrzeć na cały ród z szerokiej perspektywy. Wassmo opisuje świat z dociekliwością Fiodora Dostojewskiego, nie cofając się przed ukazaniem brudu, nieszczęścia i grzechu. (Chociaż ta ostatnia kategoria nie bardzo tu pasuje. Bóg nie jest ważny dla bohaterek książki. Sumienie zostaje zastąpione przez pojęcie wstydu.) Wykreowana rzeczywistość sprawia wrażenie „prawdziwej”. Emocje i uczucia nie są wydumane, ale bardzo „ludzkie”. W warstwie fabularnej – nie ma łatwych odpowiedzi i rozwiązań na na trudne pytania i problemy. Kobiety budzą podziw swoją siłą, dzięki której znoszą kolejne ciosy w dzieciństwie i dorosłości. Popełniają błędy, ale trudne je oceniać.

Ile w tej powieści jest prawdy? Ile wątków autobiograficznych? Czy pisanie jest sposobem na oswojenie traumy, autoterapią?

„Wstyd. Dla mnie to istota życia. Zawsze próbuję ukryć, zbagatelizować albo uleczyć wstyd. Pisanie książek stanowi taką formę wstydu, którą trudno jest zataić, ponieważ zostaje on w nich dosłownie udokumentowany. Można powiedzieć, że wstyd nabiera formy.” (s. 9)

Według mnie najważniejsze jest pytanie, co dana lektura może dać czytelnikom. W tym przypadku otrzymujemy dzieło wielowątkowe. Panoramę społeczną na tle historycznym i obraz kobiecego losu w jednym.

Jestem przekonana, że Herbjørg Wassmo ma wielki talent. Niewielu mamy współcześnie ważnych powieściopisarzy, których utwory są ponadczasowe. Tym bardziej warto przeczytać „Stulecie”, aby zobaczyć, że możliwości powieści jako gatunku wcale nie zostały wyczerpane w XX wieku.